Rządy PiS były czasem totalnej mobilizacji. Zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników rządzącej partii. Walczyli oni ze sobą, nie przebierając w środkach. "Po bandzie" jeździli wszyscy. Dziś emocje opadły, warto więc zastanowić się, co z tego wszystkiego wynikło. Czy PiS zmieniło polską politykę? Czy naruszyło w jakiś sposób istniejące dotąd społeczne hierarchie? Wreszcie, jakie wnioski powinna z wydarzeń ostatnich dwóch lat wysnuć polska inteligencja, grupa najbardziej zaangażowana w kulturową wojnę "PiS kontra reszta świata"? Na te pytania próbują w dzisiejszym numerze "Europy" odpowiedzieć Paweł Śpiewak i Jerzy Sosnowski. Zdaniem tego pierwszego PiS-owska rewolucja przyniosła niewiele. Nie dokonano żadnych naprawdę znaczących reform, nie rozwiązano żadnego z istotnych społecznych problemów. Cała para poszła w gwizdek, czyli w retorykę. Ta ostatnia zaś w końcu zwróciła się przeciwko jej twórcom. Antagonizowanie nastrojów spowodowało, że wszystko, co robił rząd PiS, podlega dziś zanegowaniu. Nawet jeśli przynosiło albo mogło przynieść pozytywne efekty. Także w kategoriach systemu politycznego Jarosław Kaczyński pozostawia po sobie próżnię. Zniknęły LPR i Samoobrona. Lewica nie bardzo może się odnaleźć. Jedyne istotne siły to dwie prawicowe partie, które w istocie są dość wąskimi grupami zainteresowanymi w utrzymaniu bądź odzyskaniu władzy. Ta sztuczna dominacja PiS i PO świadczy, zdaniem Śpiewaka, przede wszystkim o kompletnym wyobcowaniu klasy politycznej, która nie reprezentuje już nikogo poza sobą samą. Co gorsza, szanse na rychłą zmianę tego stanu rzeczy są znikome. Prawo wyraźnie faworyzuje już istniejące ugrupowania i nie zachęca do tworzenia nowych. Spora część społeczeństwa jeszcze długo zatem będzie musiała obyć się bez politycznej reprezentacji.

p

Paweł Śpiewak*

Polska polityka po Kaczyńskich

Dzisiejsza koncepcja rządzenia Polską jest w przeważającej mierze koncepcją budowaną na kontrze wobec PiS i Jarosława oraz Lecha Kaczyńskich. Wszystko lub niemal wszystko, co rząd Kaczyńskiego chciał osiągnąć, zostało odrzucone, niezależnie od tego, czy było słuszne, czy nie. Także jego retoryka polityczna obróciła się całkowicie przeciwko niemu.

Nie stało się to bez winy byłego premiera. Polityczna historia Jarosława Kaczyńskiego w sensie ideologicznym jest równoznaczna z historią tych kilkunastu lat, w których żyjemy od czasu załamania komunizmu. Jarosław Kaczyński był pierwszym autorem poglądu, że największe zagrożenie dla demokracji, wolności mediów oraz dla rynku gospodarczego tkwi w niedokończonej transformacji, która pozostawiła nienaruszoną pozycję różnego rodzaju nomenklatur wywodzących się ze starego reżimu. Nomenklatur, które asymilowały do siebie inne grupy interesu i formacje polityczne i stworzyły rodzaj systemu hybrydalnego, hamującego zmianę społeczną. Ta postawa Kaczyńskiego, którą nazwałbym pragnieniem "domknięcia rewolucji", współgrała z koncepcją zwaną w skrócie IV Rzeczpospolitą, czyli nurtem krytyki istniejącym od około 2002 roku. Określał on polski system państwowy po 1989 roku jako system niepełny, taki, w którym pojawiły się - mówiąc językiem Jadwigi Staniszkis, Edmunda Wnuka-Lipińskiego czy Andrzeja Rycharda - klasy transferowe, zainteresowane transformacją (która przyniosła im zyski z prywatyzacji oraz niejasnych powiązań biznesu i polityki), ale nie jej zakończeniem. Z tymi hasłami, a także silną krytyką korupcji oraz państwowego imposybilizmu, nieudolnego rządzenia, państwa opanowanego przez różnego rodzaju grupy interesu PiS rozpoczęło w 2005 roku swoje rządy. Porządek miały zaprowadzić gabinet i partia Kaczyńskiego.

Można z pewnością zgodzić się z wieloma elementami powyższej diagnozy. Jednak rządy Kaczyńskiego (słabe, bo nie doszło do koalicji PO - PiS) nie przyniosły wiele poza silną retoryką ducha rewolucyjnej przemiany połączonej z konfliktowym sposobem prowadzenia polityki. Tej drapieżnej retoryce towarzyszył chichot spowodowany nieudolnością i słabością środowisk przeprowadzających reformy. Najlepsze przykłady to głośna ustawa medialna jawnie upartyjniająca media, zamiast uwolnić je od politycznych wpływów, oraz straszliwa klęska ustawy lustracyjnej, która zamiast być praktyczna i konsekwentna, okazała się niepraktyczna i nie do zrealizowania. Dodać do tego warto jeszcze kompromitujące projekty Giertycha i knajackie zagrania Samoobrony.

Reklama

PiS podczas dwóch lat rządów nie zdołało wiele osiągnąć. Klęska jest podwójna - to zarówno demaskacja języka i ideologii "przyspieszenia", jak i porażka ludzi. Większość ministrów - Wasserman, Ziobro, Naimski - to dziś wstydliwie trzymane na zapleczu postacie z gabinetu figur woskowych. Retoryka zapowiadała więcej, niż zostało osiągnięte. Ostatecznie Kaczyński pozostawił po sobie pustkę, w której poruszają się dziś partie.

Na czym polega ta pustka? Po pierwsze, LPR i Samoobrona poniosły sromotną klęskę, zaś lewica i PSL nie bardzo potrafią odnaleźć się w nowej sytuacji. Obserwujemy również uproszczenie systemu partyjnego, w którego centrum znalazły się dwie walczące ze sobą partie o wspólnej, rzekomo prawicowej, orientacji: PiS i PO. Nie było to bynajmniej celem PiS, które w istocie pragnęło stworzyć system z dwoma przeciwstawnymi frakcjami: lewicowo-liberalną i prawicową. Nic takiego się nie stało, przez co PiS jest obecnie skazane na taktyczne dogadywanie się z SLD w różnych sprawach (np. ustawy medialnej). W związku z tym już wkrótce zaczną się pojawiać egzotyczne, zupełnie niezrozumiałe, wstydliwe dla obu stron porozumienia. Po drugie, nastąpiła swoista petryfikacja sceny politycznej. Taka przedwczesna stabilizacja systemu politycznego już wkrótce będzie miała negatywne konsekwencje, ponieważ dominującą rolę odgrywają w niej partie o niepogłębionej tożsamości, słabe instytucjonalnie, nieliczne, co oznacza, że wiele środowisk i idei nie znajdzie swojej politycznej reprezentacji.

Po trzecie, dzisiejsza polityka nie jest już ideologiczna. To nie wielkie ideologie i nie potrzeba zmiany Polski, nie całościowe systemy reform oświaty czy służby zdrowia wygrały w ostatnich wyborach. Były one rozgrywką dwóch klas politycznych reprezentowanych przez PiS i PO, które pragnęły zapewnić sobie dostęp do parlamentu, a przez to do władzy. Zasadniczym problemem stało się zdobycie władzy i wszystko, co w nim pomaga. Zadecydowały obietnice trafiające w nastroje społeczne i rozrzucane wedle zasady: im mniej idei, tym lepiej. Partie są nastawione na zdobycie stosownej liczby głosów i w tej sytuacji trzymanie się jakichś ideowych pryncypiów nie służy im. Zamiast konfliktu - grzeczni ludzie. Zamiast zasadniczych dyskusji na temat systemu politycznego, państwa czy naszych sojuszy - unikanie jakichkolwiek trudnych tematów. Zamiast realnej walki z korupcją - pojękiwanie pani minister na ten temat.

Obecny układ polityczny wzmacnia pozycję partii w polskiej demokracji. To wedle parytetu partyjnego otrzymuje się stanowiska we wszystkich obszarach funkcjonowania państwa: od mediów, administracji czy zarządu opery aż po rady nadzorcze. Ten stan rzeczy trwa od początku transformacji i moim zdaniem jawnie obniża jakość polskiej demokracji i jakość kierowania państwem. Wyobcowanie sceny politycznej jest faktem i można spodziewać się, że nic w tej kwestii w najbliższych latach się nie zmieni.

Czy taki spetryfikowany system polityczny może przetrwać bardzo długo? Wydaje się, że tak - ze względu na obowiązujące ustawodawstwo polityczne forujące w każdym wymiarze istniejące partie i ograniczające dostęp do sceny politycznej polityków innych niż partyjni. Szanse zmiany tego stanu rzeczy są niewielkie. Mamy sporo "generałów bez wojska", czyli polityków, którzy wypadli z gry na różnych etapach. Można tu podać przykłady Ujazdowskiego, Rokity, Marcinkiewicza czy Płażyńskiego. To bardzo doświadczeni politycy, którzy nie pozostaną, moim zdaniem, tylko biernymi obserwatorami. Mamy również bardzo fascynujące zjawisko w postaci doświadczonych polityków samorządowych - mam na myśli przede wszystkim prezydentów miast takich, jak Wrocław, Gdynia, Katowice. Można założyć, że to grupa ludzi, którzy mają wyjątkowe doświadczenie praktyczne, choć jednocześnie niekoniecznie są przywiązani do jednego ugrupowania politycznego. Już wkrótce nie będzie można uprawiać polityki centralnej bez współpracy z nimi, a zatem bez dopuszczenia ich do współdecydowania o sprawach dla całego państwa ważnych. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to jednak daleka przyszłość i na razie nie widzę możliwości, by proces wyobcowania klasy politycznej ze społeczeństwa mógł się zatrzymać.

Paweł Śpiewak

p

*Paweł Śpiewak, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 2005 - 2007 poseł z ramienia PO. Współzałożyciel pism "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". W latach 80. związany z "Solidarnością". Wydał m.in.: "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz "Pamięć po komunizmie" (2005). W "Europie" nr 189 z 17 listopada 2007 roku opublikowaliśmy jego tekst "Lewica, prawica, gra".