Amerykańska kampania prezydencka obfituje w niespodzianki. Najważniejszą było zdecydowane zwycięstwo Baracka Obamy w prawyborach w stanie Iowa. Pokonał on tam faworyzowaną Hillary Clinton. Kolejne prawybory w New Hampshire wygrała już co prawda była pierwsza dama, ale jej przewaga nad Obamą okazała się bardzo niewielka. Wszystko wskazuje więc na to, że walka o nominację Partii Demokratycznej będzie wyjątkowo zaciekła. Wśród Republikanów niespodziankę sprawił z kolei Mike Huckabee, pokonując w Iowa m.in. weterana amerykańskiej polityki Johna McCaina. Co oznaczają te niespodziewane przesunięcia w obu partiach? Dziś komentują je dla nas znakomici publicyści: Andrew Sullivan i Christopher Hitchens. Zdaniem Sullivana rezultaty prawyborów w Iowa są oznaką zmęczenia Amerykanów politycznym establishmentem, który rządził nimi od wielu lat. Społeczeństwo chce przełomu, a Barack Obama daje nadzieję na taki przełom. Jest także kandydatem, który może podobać się wyborcom obu partii. Przypomina w tym Ronalda Reagana. Może wygrać właśnie dzięki poparciu tej części republikańskich wyborców, którym bardzo nie podoba się obecna polityka George'a Busha. Z kolei lekceważony dotąd Mike Huckabee ma szansę wyciągnąć Republikanów z dołka, w jaki wpędziła ich polityka obecnego prezydenta. Dzięki niemu Partia Republikańska może stać się ugrupowaniem, którego związek ze "zwykłymi Amerykanami" nie będzie opierał się już wyłącznie na religii i postulatach ze sfery obyczajowej.
p
Andrew Sullivan*
Amerykanie chcą przełomu w polityce
Zjawisko pod nazwą "Barack Obama" budzi rozmaite skojarzenia historyczne. Przez jakiś czas komentatorzy porównywali go do Adlaia Stevensona, afektowanego i przeintelektualizowanego kandydata Partii Demokratycznej z lat 50. Po miażdżącym zwycięstwie nad Hillary Clinton w Iowa Obama już nie sprawia wrażenia pięknoducha.
Teraz mnożą się zatem porównania z Johnem Kennedym, młodym, elokwentnym politykiem, który dawał nadzieję na nowe otwarcie po dwóch konserwatywnych kadencjach. Również pudło: JFK wygrał w 1960 roku dzięki temu, że był większym jastrzębiem niż Richard Nixon, a Obama jest zdeklarowanym przeciwnikiem interwencji w Iraku. Tak jak głosowanie na Roberta Kennedy'ego w 1968 roku było traktowane przez wielu jako forma zadośćuczynienia za Wietnam, tak Obama znajduje poparcie u tych Amerykanów, którzy od kilku lat nie poznają swego kraju.
Republikanów bardziej martwi jeszcze inna analogia: czy Obama mógłby być demokratyczną wersją Ronalda Reagana i osiągnąć dla Demokratów to, co prezydent kowboj osiągnął dla Republikanów? Wydaje się to coraz bardziej prawdopodobne. Reagan doprowadził do przemeblowania na amerykańskiej scenie politycznej. Zdobywając głosy Demokratów, którzy poczuli się porzuceni za kadencji Jimmy'ego Cartera, Reagan przeobraził elektorat swojej partii.
Taki sam potencjał można dostrzec u Obamy. Od dawna jestem pod wrażeniem faktu, że ten liberalny polityk nie zniechęca do siebie konserwatystów. Dla wielu z nich senator z Illinois jest całkiem ciekawą propozycją wyborczą. Spokój, powściągliwość, zwięzły styl i odmowa politycznego wyzyskiwania kwestii rasowych: wszystko to podoba się Republikanom niezadowolonym ze swojej partii. Obama jest szczególnie atrakcyjnym kandydatem dla tej części prawicy, którą rozczarowała Bushowska wersja konserwatyzmu. Wyborcy ci - nienależący do prawicy religijnej, zwolennicy fiskalnego i militarnego umiaru, tolerancyjni w kwestiach obyczajowych - nie czują się u siebie w agresywnej, zdominowanej przez stany południowe, antyimigranckiej Partii Republikańskiej z ostatnich kilku lat.
Prawie jedna czwarta głosujących w demokratycznych prawyborach w czwartkowy wieczór to byli wyborcy republikańscy lub niezależni. W każdej z tych kategorii Obama osiągnął ponaddwukrotną przewagę nad Hillary Clinton. W New Hampshire niezależni są jeszcze liczniejsi i mogą stanowić nawet 40 proc. demokratycznych głosów.
Reagan wygrał dzięki poparciu wyborców demokratycznych. Obama może wygrać dzięki poparciu wyborców republikańskich. Już sam ten fakt zaskakuje, a kiedy przypomnimy sobie, że senator z Illinois jest wielkomiejskim czarnoskórym lewicowcem, to mózg wręcz odmawia posłuszeństwa. Jeśli do rozczarowanych Republikanów dołożymy potencjalnie najliczniejsze w dziejach głosy mniejszości i czarnych, to uświadomimy sobie, jakim skarbem dla swojej partii jest Obama.
Inna analogia z Reaganem to jego popularność wśród ludzi młodych. Często zapominamy, że najstarszy prezydent w historii Ameryki cieszył się ogromnym poparciem wśród osób poniżej 30. roku życia. Na uniwersyteckich kampusach Obama jest postacią bez mała kultową. Co cztery lata słyszymy o tym, jak ważnym elektoratem jest młodzież, ale w dniu wyborów jakoś jej szczególnie nie widać. W ubiegły czwartek nareszcie się pokazała. Podczas prawyborów w Iowa osoby 65-letnie i starsze z reguły przewyższały liczebnie grupę do 30 lat w proporcji pięć do jednego, ale teraz siły się wyrównały. 57 proc. młodych poparło Obamę, a tylko 11 proc. Clinton.
A jest to ogromna grupa, dzieci generacji urodzonej podczas powojennego wyżu demograficznego. Ponieważ Bush ich odstręcza, a Obama pociąga, mogą przesądzić o kształcie sceny politycznej na najbliższe lata. I taka jest ambicja Obamy. Senator pilnuje się, żeby woda sodowa nie uderzyła mu do głowy, ale wyraźnie widać, że zależy mu na czymś więcej niż zwycięstwo niewielkim odsetkiem głosów. Pod tym względem nie jest Clintonem ani Bushem, tylko Reaganem czy lewicową Margaret Thatcher.
Republikański zwycięzca prawyborów w Iowa Mike Huckabee uchodzi za polityka pozbawionego szans. Lekceważenie byłego gubernatora Arkansas uważam jednak za gruby błąd. W pogrążonej w kryzysie Partii Republikańskiej, jaką zostawia po sobie Bush, Huckabee jest najbardziej utalentowanym politykiem, który prezentuje uskrajnioną wersję buszyzmu.
Z dumą i prostotą opowiada się za polityką opartą przede wszystkim na religii. Nie przeprasza za swoje wcześniejsze deklaracje, że chce odzyskać Amerykę dla Chrystusa albo że chorych na AIDS należy poddać kwarantannie. W Iowa zyskał głosy wyborców głęboko religijnych i zwolenników Busha. Prezentuje się jako gatunek kaznodziei, który lubi piwo i rock and rolla. To działa. Podobnie jak proste hasło wyborcze: "I Like Mike" (Lubię Mike'a - przyp. red.). Wreszcie w odróżnieniu od Busha Huckabee łączy wiarę w paternalistyczne państwo z wrogością do Wall Street.
Huckabee jest potencjalnym budowniczym przyszłego republikanizmu, w którym obyczajowy konserwatyzm towarzyszyłby ekonomicznemu populizmowi. Podając powody, dla których nie warto głosować na multimilionera Mitta Romneya, Huckabee powiedział, że jest to wybór między kolegą z pracy i człowiekiem, który cię z niej zwalnia.
Niewykluczone, że rację ma komentatorska większość, która nie daje Huckabeemu szans na nominację. Za mało pieniędzy, kiepska organizacja kampanii i groźba kompromitacji na scenie międzynarodowej, gdyby został prezydentem - raczej nie wygra w New Hampshire ze starym wyjadaczem Johnem McCainem czy gładkim byłym gubernatorem sąsiedniego Massachusetts Romneyem.
Ale Południowa Karolina, wylęgarnia ewangelikalnych chrześcijan, to zupełnie inna historia. Poza tym niedoceniany talent Huckabeego pozwolił mu ściągnąć do swojego sztabu takich ekspertów jak były doradca Reagana Ed Rollins (obecnie szef kampanii Huckabeego) i Dick Morris, pozbawiony skrupułów guru Billa Clintona. Nawet jeśli Huckabeemu tym razem się nie uda, reprezentuje on jedną z możliwych recept na przyszłość Republikanów - partii południowej, religijnej, robotniczej. Jeśli zdobędzie nominację, może wypchnąć wielu gospodarczych konserwatystów do obozu demokratycznego, ponieść sromotną klęskę, a mimo to przeobrazić swoją partię: odwrotnie niż Barry Goldwater zrobić z republikanizmu coś bliższego religijnemu populizmowi niż jankeskiemu konserwatyzmowi.
Nie należy oczywiście przeceniać wyników pierwszych prawyborów, ale już teraz widać, że waszyngtońskie elity, które przewidywały starcie między Hillary Clinton i Rudym Giulianim, były w błędzie. Nie zauważyły, że społeczeństwo jest spragnione przełomu w amerykańskiej polityce. Ponieważ zaognia się sytuacja w Pakistanie, a gospodarkę amerykańską czeka ostre spowolnienie, nie widzę powodu, by czynniki, które wyniosły Obamę i Huckabeego na szczyt, szybko zniknęły. Amerykanie, zmęczeni strachem, wojną i ekonomiczną niepewnością, poinformowali nas, że chcą zmienić historię. Nie postawiłbym zbyt wielkich pieniędzy na to, że nie zrealizują swego zamiaru.
Andrew Sullivan
© The Australian
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Andrew Sullivan, ur. 1963, amerykański publicysta i komentator polityczny, jedna z najważniejszych postaci młodszego pokolenia amerykańskich konserwatystów. W latach 1991-96 pełnił funkcję redaktora "The New Republic". Obecnie jest m.in. autorem jednego z najpopularniejszych politycznych blogów w Ameryce "Daily Dish". Po 11 września 2001 roku poparł strategię "wojny z terrorem", ale dziś należy do zaciekłych krytyków polityki prezydenta Busha i neokonserwatywnego skrzydła w Partii Republikańskiej. W "Europie" nr 170 z 7 lipca ub. r. opublikowaliśmy jego tekst "Polityka wolności".