Christopher Hitchens jest pod wieloma względami przeciwieństwem umiarkowanego konserwatysty Andrew Sullivana. To zdeklarowany ateista, antyklerykał, wielbiciel oświeceniowych ideałów. Choć oficjalnie zerwał z lewicą, właśnie tam można ulokować typ społecznej krytyki, jaką uprawia. Nic dziwnego zatem, że jego ocena Baracka Obamy różni się diametralnie od opinii Sullivana. Wrzawa wokół demokratycznego kandydata na prezydenta jest wedle Hitchensa świadectwem wciąż nieprzezwyciężonej przez Amerykanów obsesji na punkcie rasy. Podstawową zaletą Obamy wydaje się bowiem to, że jest czarny. Gdyby był "zwykłym białym kandydatem", nikt zapewne nie zwróciłby na niego uwagi. Bo też i wedle Hitchensa nie ma na co zwracać uwagi - Obama jak dotąd zabłysnął głównie efektownym wodolejstwem. Na jego plus można zapisać to, że nie próbuje na siłę grać rasową kartą. Jednak jego próby zjednania sobie wszystkich wyborców owocują jedynie skutecznym wyciszeniem krytyki pod adresem obskuranckiego (i niekiedy jawnie rasistowskiego) fundamentalizmu, jaki prezentują niektórzy prezydenccy kandydaci. Obama to symptom głębszej choroby amerykańskiego społeczeństwa, które wciąż pojmuje społeczne problemy w kategoriach rasy. I nie jest w stanie krytycznie spojrzeć na religijnych fundamentalistów. Ci ostatni zaś skutecznie wykorzystują społeczne bolączki do realizacji własnych całkiem przyziemnych celów.
p
Senator Barack Obama ubiegający się o nominację prezydencką Partii Demokratycznej ma powody do radości, bo wygaduje się ostatnio nieprawdopodobnie wiele korzystnych dla jego wizerunku głupstw. Często przedstawia się go jako kandydata wszystkich Amerykanów, niezależnie od rasy, koloru skóry, wyznania, bla bla bla..., chociaż w ostatnich przemówieniach Obama zdaje się sugerować, że jego zwycięstwo byłoby zwycięstwem murzyńskości, a jego zwolennicy - zwłaszcza biali - łkają radośnie, że nareszcie mamy szansę wybrać na najwyższy urząd w państwie Afroamerykanina. Z boku zaś sztabowcy Hillary Clinton warczą z niezbyt skrzętnie ukrywanej wściekłości, ponieważ nie udało im się rozbudzić w narodzie podobnego entuzjazmu dla starzejącej się i niezbyt sympatycznej kobiety. Być może żałują, że w zbyt małym stopniu wyzyskali motyw "naszym pierwszym czarnym prezydentem był Bill Clinton"...
Czy nie ma czegoś żałosnego i zawstydzającego w tej dyskusji o kolorze skóry? I dlaczego syn białej matki uchodzi za "czarnego"? Czy o to nam chodziło, kiedy tak ciężko walczyliśmy z werdyktem w sprawie Plessy kontra Ferguson z 1896 roku (w którym Sąd Najwyższy orzekł, że segregacja rasowa jest zgodna z konstytucją)? A gdyby matka Obamy była Żydówką, czy uznalibyśmy go za kandydata na pierwszego żydowskiego prezydenta? Im częściej ludzie powtarzają, że kolor skóry Obamy stanowi "przełom", tym wyraźniej pokazują, że nie uwolnili się od mącącego myślenie odbierania świata w kategoriach rasowych.
Obama nie zawsze próbuje dodatkowo nakręcać tego typudyskusje. W jednym z najlepszych rozdziałów swojej uroczej autobiografii opowiada, jak jego czarny republikański konkurent w wyścigu do senatu stanowego - Alan Keyes - zarzucił mu, że nie jest dostatecznie murzyński, ponieważ nie pochodzi z rodziny dawnych niewolników! Decyzja Obamy, by podchodzić do tych tematów z humorem, sama w sobie była przełomem. Ale czy nie powielamy obłąkanej postawy Keyesa, w kółko rozprawiając o pigmentacji skóry Obamy? Skoro tak bardzo chcemy mieć czarnego prezydenta albo wiceprezydenta, mogliśmy liczniej zagłosować na Angelę Davis - która była również pierwszą kobietą ubiegającą się o posadę w Białym Domu - Jesse'ego Jacksona czy Ala Sharptona. Czemu tego nie zrobiliśmy? Czyżby zadecydowały o tym względy merytoryczne?
Tak się złożyło, że w zeszłym tygodniu w Kenii - rodzinnym kraju ojca Obamy - wybuchła polityczna wojna z upiornym i sadystycznym trybalizmem w tle. Dla Kenijczyka podkreślanie faktu, że kandydat jest czarny, zabrzmiałoby równie absurdalnie jak dla większości moich europejskich czytelników nazywanie kogoś "wielką nadzieją białych". Biały przybysz w Kenii raczej nie odróżniłby na pierwszy rzut oka Kikuju od Luo, ale Kenijczycy nie mają takich problemów. W USA dawno minęły czasy, gdy Amerykanin polskiego pochodzenia nie głosował na kandydata o niemieckim nazwisku, a gangi amerykańskie były na noże z portorykańskimi. Stało się tak dlatego (by posłużyć się definicją narodu zaproponowaną przez filozofa Ernesta Renana), że ludzie zgodzili się wiele rzeczy zapomnieć, jak również wiele rzeczy pamiętać. W tej chwili zapominamy czy pamiętamy?
Obama jest parafianinem chicagowskiego Trinity United Church of Christ. Zachęcam do krótkiej wizyty na stronie internetowej tego kościoła. Ta nietuzinkowa świątynia, na której czele stoi równie nietuzinkowy osobnik przedstawiający się jako wielebny Dr Jeremiah A. Wright Jr., mówi o sobie jako "bezwstydnie murzyńskiej i bezwstydnie chrześcijańskiej" i wspomina o "narodzie wybranym", którego charakter jest, jak można wnosić, "afrocentryczny". Trinity United sprzedaje książki kreacjonistyczne, a na stronie głównej jest link do - otoczonego aureolą - "Goodsearch", gdzie można przeczytać: "Za każdym razem, gdy czegoś szukasz lub robisz zakupy online za pośrednictwem tej strony, nasz Kościół zarabia pieniądze!".
Większość z tego, co ma do powiedzenia Trinity United, jest nieszkodliwe i nudne na miarę idiotycznego przekonania Mike'a Huckabeego, że jego sukces w Iowa można porównać z cudownym rozmnożeniem chleba i ryb przez Chrystusa. Na stronie internetowej można kupić książkę zatytułowaną "Złe dziewczyny w Piśmie Świętym: spojrzenie na biblijne kobiety o marnej reputacji". Włożyłem ją do koszyka, ale nikt rozsądny nie chciałby mieć nic wspólnego z taką niepoważną i w gruncie rzeczy rasistowską instytucją.
Całe to gadanie o tym, że Obama "łączy", a nie "dzieli", to dyrdymały świadczące o jednostronności spojrzenia. Od wielu miesięcy powtarzam, że republikański kandydat Mitt Romney powinien wytłumaczyć się z jawnie rasistowskiego charakteru swojego Kościoła oraz że Huckabee publicznie udowodnił, iż nie zna podstaw teorii ewolucji, w którą podobno nie wierzy. Wielu Demokratów wyznaje ten sam pogląd, ale milkną, gdy senator Obama deklaruje swoją lojalność wobec karykaturalnego Kościoła o jednoznacznie etnicznym charakterze.
Milcząca zgoda na to, by pozostawić czarną społeczność na łasce duchownych-szarlatanów, sama w sobie jest formą rasowego protekcjonalizmu. Absurdalna kanonizacja Martina Luthera Kinga doprowadziła do tego, że fałszuje się historię i pomija fakt, że marsz na Waszyngton organizowali ludzie świeccy zarówno czarni, jak i biali - Bayard Rustin, A. Philip Randolph, Walter Reuther. A każdy demagog, który postawi przed swoim nazwiskiem słowo "wielebny", automatycznie staje się nietykalny. Biali wyborcy, którzy podświadomie przyjmują postawę typu "Czarni lubią słuchać swoich pastorów", nie tylko okazują lekceważenie swoim czarnym braciom i siostrom, ale również legitymizują szarlatanerię białych pastorów, od Jimmy'ego Cartera po Mike'a Huckabeego. Tegoroczne prawybory nie zakończyły naszego długiego koszmaru rasowego. Były kolejnym etapem równie długiego koszmaru dewocji, tandetnego moralizatorstwa i zwodzącego na manowce optymistycznego wodolejstwa.
p
, ur. 1949, publicysta, krytyk literacki. Znany przede wszystkim ze swojej krytyki religii wyłożonej m.in. w książce "Bóg nie jest wielki" (wyd. pol. 2007) - zalicza się go do nurtu tzw. nowego ateizmu. Niegdyś trockista, zerwał z lewicą po 11 września, kiedy poparł amerykańską strategię wojny z terrorem, w tym także inwazję na Irak. Publikuje m.in. w "The Atlantic Monthly" i "New York Times Book Review". Jest autorem kilkunastu książek - m.in.: "Letters to a Young Contrarian" (2001), "Why Orwell Matters" (2002) oraz "Love, Poverty and War" (2004).