p

Robert Krasowski

Jakie były wyniki śledztwa "Europy" dotyczącego afery Rywina

Początek 2004 roku, czas powstania "Europy", był dla ludzi myślących najciekawszym momentem polskiej polityki. Chociaż wcześniejsza historia pozwoliła zaznać najsilniejszych wrażeń - od stanu wojennego po wybory 4 czerwca - dopiero teraz przyszło nam uczestniczyć w wydarzeniu o charakterze filozoficznym. Właśnie przetoczyła się afera Rywina, poznaliśmy zeznania świadków przed sejmową komisją, w gazetach rozpoczęła się publicystyczna młócka między obrońcami III RP a rosnącymi szeregami zwolenników IV, w której coraz silniej zaczęło się wybijać zgoła nietrywialne pytanie. Pytanie, którego społeczeństwa niemal nigdy sobie nie zadają - W JAKIEJ RZECZYWISTOŚCI ŻYJEMY? Czy w najlepszym ze światów, w transformacyjnym cudzie, który w 15 lat zmienił masę upadłościową po komunizmie w kwitnącą gospodarkę rynkową i stabilną demokrację? Czy też to wszystko jest fasadą, za którą kryje się wąska grupa skorumpowanych polityków i biznesmenów dzielących się Polską wedle zasad niemających nic wspólnego z prawem, rynkiem i demokracją. Społeczeństwa rzadko zadają sobie ostateczne pytania. Stabilne ramy, w jakich żyją, czynią je niepotrzebnymi. Chyba że pojawia się sytuacja graniczna, trzęsienie ziemi, ocean wylewa, zatapia Lizbonę, a setki tysięcy ludzi tracą życie. Wtedy rodzi się refleksja, czy żyjemy w najlepszym z możliwych światów, czy może w najgorszym.

Cztery lata temu w Polsce nie wydarzyło się nic ekstremalnego. Duża afera polityczna - i nic więcej. Jednak intelektualną dynamikę nadało sytuacji sformułowanie przez Jarosława Kaczyński jego głośnego oskarżenia - że polska rzeczywistość jest zupełnie inna, niż się obiegowo twierdzi. Oskarżenia, które przemknęłoby bez większego echa, gdyby nie to, że nie znalazł się nikt, kto by potrafił zarzuty Kaczyńskiego oddalić. Okazało się zatem, że żyjemy w rzeczywistości, o której niczego pewnego nie potrafimy powiedzieć. Jednym słowem - fundamentalne pytanie "jak jest naprawdę" zyskało polityczne znaczenie, kiedy się okazało, że nikt nie wie, jak na to pytanie odpowiedzieć.

III RP jako rzeczywistość nieopisana

"Europa" zrodziła się z rosnącej irytacji poziomem publicznego sporu. Z jednej strony słyszeliśmy litanię osiągnięć III RP - wejście do NATO, Unii, wprowadzenie demokratycznych instytucji, państwa prawa itd. Litanię o tyle bezsensowną, że problem nie dotyczył tego, czy mamy te wszystkie nowoczesne narzędzia, ale jak z nich korzystamy. Czy zgodnie z ich celem, w podobny sposób jak Europejczycy, czy też może odwrotnie, jak Latynosi, którzy używają tych instytucji do mydlenia oczu swym społeczeństwom i wyłudzania kredytów od Zachodu.

Reklama

Z kolei druga strona sporu proponowała nam coraz barwniejsze hipotezy na temat tego, co się dzieje za kulisami władzy - gdzie ponoć "towarzystwo" dzieli się Polską. Kłopot leżał w tym, że były to tylko hipotezy, tymczasem prezentowano je jak dowody, jak przełomowe fakty, które raz na zawsze kończą dyskusję. Oskarżyciele III RP mieli też naiwną skłonność do psychologizowania polityki. Nie zauważali, że sam fakt, iż Kwiatkowski, Kulczyk czy Kwaśniewski wyglądają na ludzi zupełnie pozbawionych zasad, nie oznacza jeszcze, że swoje osobiste cechy charakteru uczynili regułami systemu politycznego i gospodarczego. Te naiwne wysiłki poznawcze obie strony traktowały z powagą oddającą ducha epoki, nad którą zawisło pytanie - jak jest naprawdę? Być może powaga brała się także stąd, że dla wszystkich było jasne, iż kto wygra dyskusję, ten obejmie władzę. I będzie rządził w sposób, jaki narzuci mu jego diagnoza.

Aby uwolnić się od publicystycznej niepewności, świeżo powstała "Europa" zwróciła się do kilkudziesięciu liderów polskich nauk społecznych - politologów, socjologów, ekonomistów - z prośbą o wiedzę. O twarde dane pozwalające rozstrzygnąć, kto ma rację. Do dziś pamiętam listę pytań, które rozesłaliśmy. Czy demokratyczne instytucje w Polsce pełnią rolę dekoracyjną, czy substancjalną? Czy politycy choć w części realizują społeczne potrzeby? Czy system prawny służy powszechnej sprawiedliwości, czy wybranym grupom? Czy polski kapitalizm zmierza w stronę konkurencyjności, czy krzepnie w formie kapitalizmu państwowego? Było jeszcze sporo innych pytań, ale najważniejsze było ostatnie - czy zestaw patologii ujawnionych w czasie afery Rywina w świetle obecnej wiedzy należy traktować jako efekt uboczny, czy jako opis istoty procesów politycznych i gospodarczych?

Nie dostaliśmy ani jednego tekstu. Ani jednej próby systemowego opisu. Autorzy bezradnie rozkładali ręce. Jedni szczerze przyznawali, że nie potrafią postawić generalnej diagnozy, inni przyjmowali zamówienie na tekst, potem przedłużali termin jego oddania, aż w końcu rezygnowali. Okazało się, że z takim szumem zbierana wiedza o transformacji - liczne konferencje, książki z "Tranisition" lub "Polish Transformation" w tytule, tysiące grantów - nie istniała. A w każdym razie nie udawało się jej w żaden sposób zastosować do analizy konkretnego przypadku. W chwili próby dowiedzieliśmy się, że polska humanistyka uczestniczyła w transformacji bezwiednie. Na tych samych prawach co ogół obywateli. Z prostodusznym entuzjazmem zapewniając nieustannie, że idziemy w dobrą stronę, ogłaszając kolejne sukcesy reform. Zapewne było to ważne z punktu widzenia transformacyjnego morale Polaków, co nie zmienia faktu, że nauki społeczne okazały się bliższe propagandy niż wiedzy. Kiedy w 2004 roku spytaliśmy Pawła Śpiewaka, czy socjologia poradziła sobie z transformacją, ten bronił nauk społecznych. Jednak jako jej sukcesy wskazał prace Staniszkis, Mokrzyckiego i Zybertowicza, a zatem badaczy, których ich własne środowiska naukowe traktowały jako outsiderów i których śladami nie poszły.

Trudno powiedzieć, że polska politologia czy socjologia były zupełnie ślepe. Mieliśmy przecież interesujące badania Rycharda, Żukowskiego czy Szawiela. Jednak zamówienie, które w 2004 roku postawiła bieżąca polityka, było maksymalistyczne - odpowiedź miała być generalna. I temu nauka nie sprostała. Nie tylko nauka polska. Z opisem własnych losów nie poradzili sobie również Czesi i Węgrzy. Oni też musieli toczyć swoje spory polityczne w warunkach "zasłony niewiedzy". Mało tego, dziś widać, że z problemem postkomunistycznej transformacji nie poradziła sobie także politologia zachodnia. Najpierw przez kilka lat dreptała wokół kilku powierzchownych tez, aby po kilku latach po 1989 roku stracić zainteresowanie dla postsowieckiego obszaru. Przestała się pytać, czy na zniszczonym przez komunizm tworzywie społecznym można zbudować demokrację i kapitalizm. Być może dlatego, że zginęło polityczne zapotrzebowanie na tego typu analizy. Zachód upewnił się, że kraje postkomunistyczne znalazły się w jego strefie wpływów i to uznał za najważniejsze. Inną ważną wątpliwość - czy te kraje będą jedynie z wierzchu przypominały zachodnie, czy też takimi realnie się staną - uznano natomiast za kwestię wtórną, która z czasem sama się rozstrzygnie. Zresztą w połowie lat 90. nikogo już nie interesowała Europa Wschodnia. Ci sami naukowcy, którzy jeszcze wczoraj zajmowali się budowaniem demokracji na gruzach komunizmu, teraz popędzili wygłaszać referaty o budowaniu demokracji na gruzach islamu. Lokalne nauki społeczne pozostawione same ze swoimi metafizycznymi problemami, pytane o ocenę rzeczywistości w chwili najtrudniejszej, gdy owa rzeczywistość dopiero się rodzi, sromotnie więc poległy. To oddało pole powierzchownej ze swojej natury publicystyce, która nie potrafiąc zdiagnozować porywinowej rzeczywistości, zaczęła się pogrążać w dwóch równie jałowych wysiłkach myślowych - cynicznej obronie III RP oraz jej moralistycznej krytyce.

Diagnoza słabego państwa

"Europa" odrzuciła oba te kierunki myślenia. W jednym z pierwszych numerów, w kwietniu 2004 roku, próbowałem pokazać, że afera Rywina ujawniła nie tyle siłę układu, co raczej słabość państwa. Wedle tego rozpoznania najgłębszym i zarazem najbardziej trwałym doświadczeniem politycznym transformacji było poczucie słabości państwa. Poczucie powszechne, towarzyszące Polakom od samego początku, od 1989 roku przeżywane jednak w formach zastępczych, wyrażające się w kolejnych hipotezach na temat wpływów agentów, Moskwy, układu, oligarchów. Wszystkie te tzw. spiskowe teorie, sugerujące, że ktoś z zewnątrz dyktuje państwu warunki, były w istocie metaforycznym opisem słabości państwa. Opisem rozmywającym się w niepotrzebnych detalach, skupiającym się na wtórnych spekulacjach, kto najwięcej zyskuje na słabości państwa, ale zawierającym zarazem bardzo ważną intuicję, że polskie państwo jest realnie słabe. Bo jeśli prokuratura nie łapie przestępców, biznesmeni dyktują państwu swoje warunki, a rząd nie potrafi dopilnować elementarnych spraw, to wniosek z takiego opisu może być tylko jeden - że państwo nie istnieje.

Upadek Millera - powszechnie opisywany w kategoriach afery i moralnego kryzysu - był przede wszystkim demaskacją słabości władzy. Prawdziwy polityczny morał z afery Rywina nie dotyczył spraw tak wtórnych, jak ocena charakteru jednego czy drugiego polityka SLD, ale tego, że najsprawniejsza po 1989 roku formacja polityczna, gdy przejęła już całe państwo, chwilę potem udławiła się nim.

Przerzucanie się domysłami na temat roli Kulczyka, Ałganowa, Millera, Kwiatkowskiego - co było istotą publicystycznych sporów - było realizmem pozornym, szukającym dla opisu problemów systemowych łatwych personifikacji. Tymczasem rację miał Bronisław Łagowski: przed 1989 rokiem nie było państwa, ale był co najwyżej mało wydolny system policyjny. I usłużne narzędzie do spełniania zamówień z zewnątrz - od PZPR po KPZR. Po 1989 roku ten dziwny twór, który już przed rokiem 1989 ledwo co pozorował swoje istnienie, był dalej osłabiany przez byłych opozycjonistów, którzy naiwnie sądzili, że skoro państwo peerelowskie dawało im w skórę, musiało być ono wszechmocne. Nie dostrzeżono, że państwa, czyli ośrodka względnie skutecznego podejmowania i egzekwowania decyzji, w Polsce w zasadzie już nie ma. A później nikt nie zadbał o jego przywrócenie.

Układ postkomunistyczy to zatem tylko hipostaza słabości państwa. Ludowa metafora mająca nazwać fenomen bezkrólewia. Bardziej poprawnie zanalizowana afera Rywina odsłaniała inny morał. Taki, że pytanie, czy III RP jest chora, czy zdrowa, jest pozbawione sensu. Zdanie prawdziwe brzmiało: III RP jest nadzwyczaj słaba. Tak słaba, że aż pozbawiona tożsamości, zatem pozbawiona także zdolności do bycia podmiotem takich orzeczeń jak "zdrowy" czy "chory".

Wejście Kaczyńskiego i triumf jego idei

Operująca na poziomie metapolityki "Europa" nie była w stanie się przebić ze swoją diagnozą. Nie tylko ona zresztą. Polityce w tamtej epoce realną dynamikę nadawała tylko jedna osoba - Jarosław Kaczyński. Dziś polityk ten jest obiektem wielu krytyk, wytyka mu się jego błędy z czasu rządzenia, jednak w okresie między aferą Rywina a wyborami 2005 roku był on niekwestionowanym liderem polskiego życia politycznego. Zdominował praktycznie całą scenę, przesądził o tym, że tematem dyskusji stała się III RP jako całość, sprawił, że oceniano ją przez pryzmat afery Rywina i - co najważniejsze - zdefiniował kryteria oceny III RP w taki sposób, że musiała ona przegrać. Gdy dziś spojrzymy na ten okres z dystansu, przewaga Kaczyńskiego nad jego ówczesnymi przeciwnikami wydaje się jeszcze wyraźniejsza. To był jeden wielki intelektualno-polityczny knockout.

Być może spór o III RP potoczyłby się inaczej, gdyby Kaczyński napotkał na intelektualny opór. Problem w tym, że III RP nie znalazła przygotowanych do poważnej dyskusji adwokatów. Intelektualnie najciekawsze diagnozy na temat Polski zostały sformułowane przez Staniszkis, Krasnodębskiego, Łagowskiego czy Walickiego - a zatem przez kontestatorów. Kaczyński wygrywał tak zdecydowanie nie dlatego, że III RP była taka zła, ale ponieważ w chwili próby zabrakło jej przekonujących obrońców. Strategia lewicowych mandarynów, którzy po 1989 roku intelektualistów ustawili w roli dekoracji, którzy sprowadzili publiczną dyskusję do potakiwania jednemu dziennikarzowi, sprawiła, że w 2005 roku naprzeciw Jarosława Kaczyńskiego stanąć mógł jedynie ten dziennikarz.

Ten pojedynek Kaczyński wygrał. Po pierwsze dlatego, bo po raz pierwszy walka odbywała się na równych prawach. Po drugie, bo osobista frustracja przez 15 lat zmuszała Kaczyńskiego do myślenia, podczas gdy jego rywal ospale spoczywał na laurach. Po trzecie, bo Polacy mieli świeżo w pamięci występy owego dziennikarza przed sejmową komisją, kiedy - jako członek "towarzystwa", chwalący się swoją przynależnością, a w dodatku mający poważne kłopoty z pamięcią - mocno osłabił swoją wiarygodność.

Dziś, po tych kilku latach, mam intuicję graniczącą z pewnością, że gdyby elit III RP nie zmuszano wcześniej tak długo do mechanicznej poprawności, do propagandy sukcesu, gdyby nie skorzystano z pokusy kontroli nad debatą publiczną i gdyby... liderem III RP był Aleksander Smolar, nie tylko najwybitniejszy umysł tej formacji, ale też człowiek zasad, który nie bywał w "towarzystwie", losy tamtego sporu mogłyby się potoczyć inaczej. Bo III RP miała za sobą realne sukcesy. Gdyby po 1989 roku ton lewicy solidarnościowej nadawał Smolar, Kaczyńskiemu nie udałoby się przedstawić polskiej modernizacji jako własności jednego tylko środowiska. Co więcej, Smolar nigdy nie popełniłby tego fundamentalnego błędu, jakim było zrobienie z solidarnościowej lewicy środowiska kontrowersyjnego, agresywnie walczącego z antykomunistyczną wrażliwością społeczeństwa i konserwatyzmem prawicy. Michnik uwikłał potężną część inteligencji w wojnę, która w istocie była jego osobistą wojną, za którą teraz Kaczyński brał odwet nie tylko na Michniku, ale i na całej III RP.

Kaczyński z miesiąca na miesiąc odnosił kolejne retoryczne sukcesy. Pod jego wpływem odżywa w Polsce polityczny romantyzm. Marzenie o nowej "Solidarności", kolejnym wielkim zrywie, w którym pokonamy złego wroga, po czym staniemy się lepsi, bliżsi sobie. Oczywiście przed sobą Polacy pozują na realistów. Dużo mówią o konkretach, o tym, że trzeba odblokować sądy, wymusić konkurencję i w ten spoób nadać impet gospodarce, że należy odciąć oligarchów od kontaktów i bezpośredniego wpływu na władzę. Takich haseł padają dziesiątki, jednak nikt poważnie nie zastanawia się nad ich treścią. Nad tym, że to nie są konkretne polityczne plany, ale zaklęcia, z których nic jeszcze nie wynika. Co gorsze, wraz z radykalizacją języka coraz wyraźniej rysuje się wizja zerwania ciągłości państwowości, co wielokrotnie w "Europie" krytykował Rafał Matyja.

Podobnie jak w kwestii generalnej oceny III RP, tak samo w kwestiach cząstkowych diagnoz uderzająca jest bierność obrońców "ancienne regime'u". W obliczu zagrożenia całej bliskiej im formacji ustrojowej nie potrafią przeprowadzić nawet punktowych dowodów wartości III RP. Nie walczą nawet o konkretne obszary rzeczywistości. Powtórzę raz jeszcze - intelektualna niezdolność do samoobrony, jaką wykazała III RP, była główną przyczyną tego, że pod koniec 2005 roku jedna trzecia Polaków zagłosowała na PiS, a kolejna jedna trzecia zagłosowała na PO, formację, która w zasadniczych sprawach przejęła diagnozy Kaczyńskiego.

Przeoczona alternatywa Rokity

Co ciekawe, wygrana Kaczyńskiego wcale nie była przesądzona. Historia mogła potoczyć się inaczej, bo w intelektualnej próżni tamtego czasu pojawiła się pierwsza mogąca mieć polityczne znaczenie obrona III RP. Skonstruował ją Jan Rokita, państwowiec, który chciał ocalić III RP i który jako główny oskarżyciel grupy trzymającej władzę był jednocześnie jedynym politykiem mającym wiarygodność potrzebną, by do tego przekonać wyborców.

Jego potencjał został zmarnowany, ale warto odtworzyć jego poglądy, zwłaszcza że zostały one sformułowane właśnie na łamach "Europy". Otóż Rokita był przeciwnikiem budowy IV RP. Choć uważał, że jego raport z prac komisji sejmowej jest gotowym aktem oskarżenia pozwalającym aresztować członków grupy trzymającej władzę, to jednak Rokita odrzucił hipotezę układu. Polityk mający największą wiedzę o kulisach afery Rywina uznał, że nie ma postkomunistycznego układu, jest po prostu kryminalna klika, którą trzeba aresztować. Rokita nie dostrzegł w Kwiatkowskim, Czarzastym czy Jakubowskiej demonów, ale zwykłych aferzystów. Natomiast jego politycznym wnioskiem z afery Rywina było rozpoznanie słabości państwa. Takie, które nie potrzebuje zerwania ciągłości, nie potrzebuje antykomunistycznej krucjaty prowadzonej przez prokuraturę i służby, nie potrzebuje moralnej rewolucji, ale jedynie przywołania do porządku, owego "szarpnięcia cuglami".

Swoją drogą to kolejny ciekawy paradoks III RP. Jej zwolennicy nie zrozumieli Rokity, zareagowali na jego rozumowanie wręcz alergicznie. Tuż po wywiadzie dla "Europy" zarzucili mu autorytaryzm. Uznali, że Rokita jest bardziej radykalny od Kaczyńskiego. Tymczasem Rokita był jedynym w tej historii rasowym konserwatystą. Zdiagnozował aferę Rywina jako aferę właśnie, coś, co wymaga prokuratora, a nie nowej RP zrywającej ciągłość państwową. Rokita rozumiał, że chorobą polskiej polityki nie jest alternatywny wobec państwa ośrodek władzy, ale słabość samego państwa, wobec którego byle oszust może definiować się jako alternatywa. Ta linia analizowania afery Rywina pozwalała III RP przetrwać. Jednak została ona małodusznie odrzucona z tego tylko powodu, że Rokita w swojej wersji raportu bardzo ostro skrytykował Agorę, zarzucając jej przystąpienie do korupcyjnej gry. Z uporem wracam do tezy, że rewolucja Kaczyńskich mogła się nie wydarzyć, gdyby III RP nie oddała pola walkowerem. Gdyby lewicowe media dały Rokicie możliwość przedstawienia swoich racji, gdyby politycy SLD, zamiast dezawuować Rokitę, skorzystali z najlepszej linii obrony, jaka im sama wpadała w ręce - Kaczyński mógł swoją wojnę o umysły Polaków przegrać. Zwłaszcza że Rokita był jedną z nielicznych osób potrafiących mu intelektualnie stawić czoła.

On też był głównym oponentem Kaczyńskiego. On powiedział, że postkomunistyczny układ to fantom. I to on wystąpił z projektem naprawy III RP, w którym antykomunistyczne było tylko to, że po uzyskaniu wiedzy na temat zaplecza Millera nie chciał tej naprawy przeprowadzać wraz z SLD. Gdyby kibice III RP mieli oczy szerzej otwarte, zrozumieliby, że między 2003 a 2005 rokiem jedyne realne napięcie, mogące mieć zarówno intelektualne, jak i polityczne skutki, istniało między Rokitą a Kaczyńskim. Obrońcy III RP byli wobec tego napięcia jedynie mało ważnymi kibicami. Naprawdę liczył się spór o to, czy układ jest hipostazą niemocy państwa, a zatem politologiczną metaforą, czy też bytem realnym wymagającym specjalnej politycznej krucjaty. Różnica była ogromna. Kaczyński uważał, że politycznym celem jest krucjata przeciw układowi. Przeciw sieci patologicznych powiązań, która póki trwa, póki jest silna, póki oplata państwo i gospodarkę, czyni bezsensownymi jakiekolwiek marzenia o skutecznej naprawie państwa.

Rokita widział proporcje odwrotnie. Napastników jest wielu, ale wystarczy konsolidacja władzy, aby ich pogonić. Bo nie są jednym mocnym układem, ale zbieraniną złodziei żerujących na śpiącym państwie. Wystarczy to państwo obudzić, pociągnąć za cugle, i proporcje sił staną się wystarczające, aby to ono dyktowało warunki.

Kłopot z Rokitą był jeden - nie do końca zrozumiał heroiczne nastawienie epoki. Za dużo mówił o sprawach przyziemnych - niskich płacach urzędników, złej organizacji pracy. A w tym czasie Kaczyński mówił o metafizyce polityki. O wielkich siłach, wielkich celach, o dobru i złu. I to było dla Polaków ważne. Bo każde pokolenie z tego narodu chce przez politykę przeżyć coś ważnego.

Pytanie ostateczne

Dziś polska polityka znajduje się w zupełnie innym miejscu niż cztery lata temu. Jednak pytanie, które zadał wówczas Kaczyński, nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Gdybym miał spróbować - intuicyjnie, bo twardych danych nadal nie ma - sformułować własną odpowiedź o stan zdrowia polityki nad Wisłą, cały czas podtrzymywałbym diagnozę słabości polskiego państwa. Słabości tak dużej, że nie potrafi być ono podmiotem dokonującej się od 19 lat transformacji. Co oznacza, że transformacja dokonuje się żywiołowo, pod presją różnych okoliczności, przypadków, cząstkowych interesów. A to z kolei sprawia, że nie można powiedzieć, w którą stronę Polska zmierza. I co jest istotą zachodzących tu procesów. Zmierzać może tylko coś, co ma wolę i mechanizm przekuwający decyzje w działanie. Polityka polska wydaje się cały czas raczej owocem dziejowej ruletki niż obszarem świadomych decyzji.

Robert Krasowski