Jest piątkowy, późny wieczór, ulica Zielna, centrum Warszawy. Pod restaurację podjeżdża ciemne audi A5. Ten luksusowy sportowy bolid należy do Borysa Szyca. Aktor wchodzi do lokalu, siada przy stole, w miłym towarzystwie spożywa kolację. Do jedzenia zamawia kieliszek czerwonego wina. Pierwszy tego wieczoru - wylicza "Fakt".

Czas szybko mija w sympatycznej atmosferze. Na stoliku pojawiają się kolejne kieliszki wina. Według informatorów "Faktu", było ich przynajmniej sześć. W restauracji Borys Szyc przebywa około dwóch godzin. Opuszcza ją przed pierwszą w nocy - relacjonuje bulwarówka.

Choć pił alkohol, siada za kółkiem swojego samochodu. Rozpoczyna rajd po ulicach Warszawy. Niemal dosłownie, bo jedzie bardzo szybko. Sportowe audi to samochód, nad którym ciężko zapanować, aż prosi się o mocniejsze wciśnięcie gazu. I Szyc ten gaz wciska - czytamy w "Fakcie".

Ta nocna przejażdżka po centrum zwraca uwagę patrolu stołecznej policji. Po kilku minutach od ruszenia z ulicy Zielnej policjanci zatrzymują Szyca na placu Bankowym. Aktor wysiada z samochodu i dość długo rozmawia z funkcjonariuszami. W żywy sposób coś im tłumaczy. Pojawia się drugi radiowóz. Policjanci z uwagą słuchają tłumaczeń Szyca, po czym zapraszają do środka swojego pojazdu. Radiowóz odjeżdża na komendę przy ulicy Wilczej. Szyc rozmawia przez telefon komórkowy.

Jak nieoficjalnie dowiedział się "Fakt", aktor został poddany badaniom na obecność alkoholu w organizmie. Test wykazał wynik 0,6 promila. Sporo więcej, niż dopuszcza prawo.

W tym czasie drugi radiowóz czeka przy samochodzie Szyca. Po jakimś czasie pojawiają się przy nim dwie znajome aktora. Jedna z nich odjeżdża wozem.

Borys Szyc po badaniach opuścił komendę przy Wilczej. Podjechała po niego znajoma. Wiele wskazuje na to, że Borys sam szybko za kierownicą nie usiądzie - czytamy w "Fakcie".