"PO dostała od braci Kaczyńskich prezent. Nie wygrała wyborów - to PiS je przegrało. PO okazała się sympatyczną alternatywą dla czegoś niesympatycznego", twierdzi Zdzisław Najder. Wyborcza wygrana nakłada na Platformę obowiązek poszukiwania pozytywnych rozwiązań, które pozwoliłyby zamienić jej koncyliacyjny wizerunek w polityczną rzeczywistość. Doraźny interes wyborczy dyktuje jednak obu partiom raczej podkreślanie dzielących je różnic, niż zmianę stylu uprawiania polityki. Kiedy politycy obsesyjnie wpatrują się we wskaźniki poparcia, na dalszy plan schodzi interes państwa. Drogą wyjścia z klinczu populizmu i demagogii jest zdaniem Najdera reforma służby publicznej mająca na celu jej profesjonalizację i uniezależnienie od doraźnej polityki.

p

Zdzisław Najder*

Teraźniejszość i przyszłość polskiej polityki

Uprawianej w Polsce polityce zarzuca się dziś przenoszenie sporów z poziomu rzeczywistości w sferę kreowania wizerunku. Za tym zarzutem kryje się moim zdaniem błąd metodologiczny, bo w komunikacji społecznej sposób wypowiadania myśli bywa ważniejszy od samej myśli. Składnikiem komunikatu jest przecież nie tylko treść, ale i tonacja. I właśnie tonacja, nastrój określają wyobrażenie o tym, jakie cechy ma odbiorca i jak przyjmie komunikat. Prawo i Sprawiedliwość dochodząc do władzy i sprawując ją, odwoływało się do nieufności wyborców, do ich przeświadczenia, że ostra i nieuczciwa konkurencja stanowi sedno polityki. Świadomie lub nie apelowało do tej znanej a niemiłej cechy Polaków, jaką jest zawiść. To cecha dobrze udokumentowana historycznie, pisał o niej choćby Melchior Wańkowicz. Bardzo wiele osób, które wyjechały w ostatnich latach z kraju i nie chcą do Polski wrócić, ucieka właśnie od tej zawiści. W porównaniu z tym Platforma Obywatelska, przynajmniej w warstwie retorycznej, dokonała zmiany jakościowej. Oczywiście wśród polityków PO nie brakuje i takich, którzy mają ostre języki, ale nie ta ostrość dominuje - nawet u Stefana Niesiołowskiego (który zresztą, jak wszyscy wiedzą, jest człowiekiem nie tylko zasłużonym, ale i dobrym dla ludzi). Można się jedynie zastanawiać, na ile zwracanie się do społeczeństwa przy użyciu innej retoryki aniżeli ta, której używało PiS, jest świadome, celowe, wypracowane, wyrachowane. Jednak zmiana stylu jest widoczna gołym okiem. Ale to oznacza, że nadający komunikaty politycy obu ugrupowań różnią się między sobą, jeśli chodzi o wyobrażenia odbiorców. Zapewne politykom Platformy wyborcy jawią się jako bardziej naiwni, poczciwi, wyluzowani. W polityce, tak jak w innych obszarach życia, rzeczywistość kształtują oczekiwania. Jeżeli ktoś zachowuje się nieufnie, będzie miał problem z pozyskaniem zaufania. Z kolei obdarzenie kogoś zaufaniem wzbudza poczucie pewnego zobowiązania do bycia lepszym. I w takiej sytuacji znalazła się PO. Czy tej zmianie będą towarzyszyć posunięcia merytoryczne, np. głęboka reforma służby zdrowia, cięcia w finansach publicznych czy zdynamizowanie systemu kształcenia młodzieży - tego nie wiadomo. Co do przyszłości szkolnictwa wyższego Platforma na razie nic nie zrobiła i to budzi niepokój. Natomiast w dziedzinie polityki zagranicznej już udało się stworzyć pole dla sukcesów. Kolejną kwestią do rozstrzygnięcia dla PO jest to, jak unowocześniać Polskę. W tym kontekście warto przypomnieć, że tradycyjna inteligencja wschodnioeuropejska definiowała więzi społeczne w kategoriach obowiązków. Po roku 1989 nastała inna moda: na definiowanie stosunków społecznych w kategoriach interesów i uprawnień. Platforma jako partia łącząca w sobie nurty liberalny i konserwatywny musi doświadczyć zderzenia polskiej tradycji inteligenckiej z mieszczańskim pragmatyzmem i tym wszystkim, co się składa na ideologię klasy średniej. Problem ten pojawił się na początku transformacji ustrojowej w latach 90., gdy temat modernizacji znalazł się w centrum debaty publicznej. Bardzo donośne były wówczas głosy postulujące tworzenie polskiej klasy średniej. Dla mnie trąciło to sztucznością. Na Zachodzie bowiem klasa średnia rodziła się w walce o swoje prawa. Aby uzyskać równe prawa publiczne, jej członkowie musieli się narażać, budować barykady, byli ścinani toporami czy wieszani. W Polsce o przemiany ustrojowe walczyli robotnicy wspólnie z inteligencją. Czy po tym wszystkim mieli nagle przyjść dorobkiewicze i spijać całą śmietankę?

Za priorytet zaczęto uważać prawo do bogacenia się, do nagiej interesowności. Może to i pożyteczne gospodarczo, może nawet nieuchronne - ale niedobre dla więzi zbiorowych. Nowa klasa średnia w Polsce wyróżnia się głównie albo wyłącznie poziomem dochodu. Uważam, że czynienie z tego reguły i celu modernizacji jest błędem, że stawianie klasy średniej za główny wzór było i jest w Polsce czymś fałszywym. Stąd wyłania się potrzeba szukania wzorów w dziedzictwie inteligencji. Zadanie, z jakim powinna się zmierzyć PO, polega więc na korzystaniu ze swobód gospodarczych, ale tak, by nie stały się one jedyną zasadą życia zbiorowego. Spory między Platformą a Prawem i Sprawiedliwością są zbyt jednostronnie rozpatrywane w kategoriach historii idei (realny populizm, antyspołeczny liberalizm), a zbyt rzadko w kategoriach faktów. Takie nieempiryczne podejście kusi pozorami uporządkowania rzeczywistości politycznej, wabi złudzeniem przewidywalności. Wydarzenia tworzą jednak konkretni ludzie; konkretni ludzie realizują (albo nie) ogólne zasady i hasła. Jeżeli coś odstręcza młodych i wykształconych Polaków, to nie idee, lecz codzienne zachowania rodaków. Ścieranie się idei to tylko hipostaza. Piłsudski niemówiący płynnie kilkoma językami nie mógłby zrobić tego, co zrobił - tak samo jak nie mógłby tego zrobić, gdyby nie był człowiekiem niezwykle odważnym nie tylko moralnie, ale i fizycznie. Nie mniej od głoszonych poglądów ważne są kompetencje i umiejętność współpracy z innymi. Obserwacja ostatnich trzech lat prowadzi do wniosku, że wizja budowania sprawnego, radykalnie odmienionego państwa przez koalicję PO - PiS była nie do zrealizowania przede wszystkim ze względu na niemożność współpracy między ludźmi o zasadniczo różnych osobowościach i często marnych kwalifikacjach. Również wyobrażenia o tym, co ludzi ze sobą wiąże, mają praktyczne konsekwencje. Nie umiem sobie wyobrazić przywódców PiS włączonych w jakąś strukturę polityczną, która skutecznie zachęci obywateli, żeby wydobywali z siebie postawy solidarności i współpracy - bo te postawy wymagają potężnej dozy wzajemnego zaufania i gotowości podjęcia ryzyka w imię tego zaufania. Trudno było nie zauważyć, że rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego apelował do polskiego nacjonalizmu. Tak więc ludzie odwołujący się do tradycji piłsudczykowskiej zawarli sojusz z nacjonalistami. A przecież czymś nie do pomyślenia jest, by Józef Piłsudski współpracował z kimś pokroju ojca Tadeusza Rydzyka. Marszałek miał po roku 1923 skłonności autorytarne i łamał zasady demokracji, ale nie podsycał postaw szowinistycznych. Platforma wygrała ubiegłoroczne wybory pod hasłami, które wielokrotnie wyszydzano jako puste i kamuflujące braki programowe tej partii. Chodzi zwłaszcza o postulat normalności. Ale on nie wziął się znikąd. Był odpowiedzią na konkretne oczekiwania społeczeństwa polskiego. Warto zauważyć, że w ostatnich latach nastąpił upadek prestiżu polskich instytucji państwowych i politycznych, któremu jednocześnie towarzyszył stały wzrost uznania dla instytucji europejskich. To jest rezultat namacalnego doświadczenia. Ludzie jeździli po krajach europejskich i przekonywali się, że tam jest inaczej niż w Polsce. W tamtych krajach też toczą się walki polityczne - tyle że w ramach bardziej sprawnych struktur państwowych. Rozhuśtanie polityczne nie grozi tam zapaściami np. w służbie zdrowia czy w edukacji. W demokracjach ustabilizowanych amplituda wahnięć jest o wiele mniejsza niż w Polsce. Słownictwa, jakie występowało w polskich kampaniach wyborczych, tam się nie stosuje. Nie dlatego, że nie przychodzi ono nikomu do głowy, lecz dlatego, że mija się to z celem, ponieważ wywołuje wrogie reakcje u obywateli. Oni nie chcą takiego szarpania. Tymczasem państwo polskie było szarpane. Szkodziło mu to i ludzie to dostrzegali. Jedni politycy mówili o szarpnięciu cuglami, inni o ukłuciu w zad, które pobudzi polskiego żubra i skłoni go do galopu we właściwą stronę. Ale państwo nie jest zwierzęciem, które gryzie się w tylną część ciała, żeby coś zrobiło. Szarpanie cuglami to zbyt brutalna metafora wobec tego, czego to państwo potrzebuje naprawdę, a więc: umiejętności, cierpliwości, wiedzy, gotowości do współpracy. Każdy dżokej powie, że koń nie lubi, jak się szarpie cuglami. To się robi wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych. Bardzo możliwe, że w roku 2005 konieczne były środki nadzwyczajne.

Ale wtedy ci szarpiący cuglami powinni byli posiadać znacznie większą wiedzę o współczesnych państwach, o świecie, w którym żyjemy, o naszym otoczeniu, a przede wszystkim o wiele więcej ciepłej charyzmy. Różnic między PO i PiS nie można oczywiście sprowadzać wyłącznie do rozbieżności natury personalno-psychologicznych. Dotyczą one także bardziej istotnych kwestii politycznych; sposobu widzenia zarówno własnego narodu, jak i całego świata. Ostatnia wizyta Donalda Tuska w USA pokazuje zmianę w rozumieniu partnerstwa polsko-amerykańskiego. Chodzi o uświadomienie Polakom, że Ameryka jest naszym sojusznikiem tylko w ramach NATO, a nie w stosunkach dwustronnych. Poza traktatem waszyngtońskim oni nie są nam nic winni. Jeśli USA chcą, by Polska się do czegoś zobowiązała, powinny się również do czegoś zobowiązać. To jest kwestia niemal technicznej wiedzy dyplomatycznej. I nie mamy tu wcale do czynienia z polityką uśmiechów, która oznacza rezygnację z własnej tożsamości. Wręcz przeciwnie - to polityka zagraniczna oparta na inwentaryzacji celów, zobowiązań i uprawnień.

Reklama

Zgadzam się z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi, kiedy twierdzą, że dla Polski priorytetem jest polityka wschodnia. Oni sami też mówili nieraz, że Polska potrzebuje spoistej Unii Europejskiej. Do realizacji polityki wschodniej potrzebne są nam konkretne narzędzia polityczne, gospodarcze i instytucjonalne, bo sami jesteśmy państwem bardzo słabym jak na nasze obowiązki i nasze położenie. Skoro tak, to nie powinniśmy przez dwa lata podejmować kolejnych decyzji osłabiających UE, spowalniających proces pogłębionej integracji, utrudniających powstanie wspólnej polityki zagranicznej, podważających zaufanie do nas. Sam fakt, że teraz premier Tusk i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zintensyfikowali kontakty międzynarodowe, oznacza krok do przodu. Bo jeśli się prowadzi dialog, to wymaga on zaufania semantycznego. Obie strony muszą być przeświadczone, że rozmawiają tym samym językiem. I do tego trzeba powrócić, bo w okresie rządów PiS polscy przywódcy co innego mówili, a co innego robili. Domagali się solidarności europejskiej, lecz podejmowali działania z nią sprzeczne. Podział PO - PiS może się okazać trwały, jeśli za słowami pójdą czyny. Być może - paradoksalnie - pewne hasła Prawa i Sprawiedliwości staną się znowu atrakcyjne, kiedy będą wypowiadane przez ludzi bardziej kompetentnych i w sposób mniej awanturniczy. Możliwy jest scenariusz, w którym Platforma z pożytkiem dla państwa realizuje jakieś zamiary, które były w programie PiS. Ale to umocni Platformę, a nie Prawo i Sprawiedliwość. PO dostała od braci Kaczyńskich prezent. Nie wygrała wyborów - to PiS je przegrało. PO okazała się sympatyczną alternatywą dla czegoś niesympatycznego. To był wybór negatywny, ale zmusza on do poszukiwania rozwiązań pozytywnych. Dlatego obecny rząd powinien wykorzystać ogromne dzisiaj poparcie społeczne i przeprowadzić reformy, które mogą się chwilowo okazać niepopularne, ale są konieczne dla przyszłości kraju. Niektórzy twierdzą, że dla Donalda Tuska prezydentura jest ważniejsza i że zaniecha on działań, które mogłyby doraźnie osłabić jego pozycję. Szkoda, gdyby tak się rzeczywiście stało. W interesie wyborczym PiS i PO jest akcentowanie tego, co je różni. Natomiast w interesie społeczeństwa polskiego pozostaje dobre funkcjonowanie państwa. Niestety, interes obu głównych partii i interes społeczeństwa często wzajemnie wchodzą w kolizję. Interesy państwa są bowiem inne, niż interesy ludzi trzymających w danym momencie władzę. Dlatego tak ważnym zadaniem stojącym przed Platformą jest odbudowa autorytetu i niezależności służby cywilnej, która była szczególnie niszczona przez ostatnie dwa lata. Na koniec warto się odnieść do zarzutu populizmu powtarzanego często w mediach. Zaczął on być kierowany także pod adresem PO. Przez ostatnie trzy lata żyliśmy w stanie ciągłego gotowania się do wyborów. Zmuszało to do populizmu medialnego. Jeśli chce się wygrać wybory, trzeba jak najwięcej osób przekonać do własnej listy. Uprawia się więc zawody w demagogii, wychowuje społeczeństwo do reagowania na chwilowe slogany i do zachowań histerycznych. Jednak wynik ostatnich wyborów rozumiem praktycznie jako wyraz chęci stabilizacji, uspokojenia, odejścia od demagogii. To skłania do optymizmu. Polacy nie zostali w domach i poszli do urn właśnie w tym celu: dokonania nowego otwarcia, które umożliwi spokojniejszą robotę. Oby to otwarcie nie zostało zmarnowane.

oprac. Filip Memches

p

*Zdzisław Najder, ur. 1930, badacz literatury, publicysta, były dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Zasłynął jako znawca twórczości Conrada - jest autorem m.in. jego fundamentalnej (wydanej także na Zachodzie) biografii "Życie Conrada-Korzeniowskiego" (1980). Jest też znanym ekspertem w dziedzinie polityki zagranicznej - zajmuje się przede wszystkim stosunkami Polski z Rosją, Ukrainą i innymi krajami byłego Związku Radzieckiego. Oprócz wspomnianej monografii Conrada wydał także m.in. kilka książek publicystycznych, m.in.: "Jaka Polska - co i komu doradzałem" (1993) oraz "Z Polski do Polski poprzez PRL" (1995). W "Europie" nr 192 z 8 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Trzeźwy moralista", zaś w numerze 196 z 5 stycznia br. głos w ankiecie "Platforma Obywatelska i kompromis z Kościołem".