W latach 60. Kołakowski zdefiniował zadania polskiej inteligencji. "Kapłan i błazen" pokazywał, że inteligencja ma przed sobą dwie drogi: strażnika doktryny i świętego ognia oraz błazna, który zjawia się na salonach - zarówno wiedzy, jak i władzy - po to, by prawić tam impertynencje. Kołakowski silnie opowiadał się za błaznem, wyznaczając zachowanie polskiej inteligencji na najważniejsze dla niej dwie dekady - lata 70. i 80.

Wyjeżdżający z Polski w 1968 roku Kołakowski jest niekwestionowanym guru całej polskiej lewicowej inteligencji. Potem, zachowując tę pozycję - przynajmniej w polskim kontekście - raptem odsłania nową, konserwatywną stronę swojego oblicza. Dawny uczeń Krońskiego nie myśli już o lewicowej modernizacji, ale z coraz większym zdziwieniem spogląda na realia Zachodu. Nie tylko ataki, z jakimi się spotkał ze strony tamtejszej lewicy po publikacji "Głównych nurtów...", ale także obserwacja realiów spełnionej modernizacji rodzą konserwatywne diagnozy. Takie jak choćby "Cywilizacja na ławie oskarżonych".

Jednak największe wrażenie robią kolejne jego prace na temat chrześcijaństwa. Były komunista i jawny ateusz z coraz większą pasją zagłębia się w dzieje kluczowej religii Zachodu nie po to, by wyciągać na wierzch inkwizycję i demaskować opium dla ludu, ale by opowiadać o potędze religijnego rozumu. "Jeśli Boga nie ma" wprowadziło Kołakowskiego w to miejsce, które sprawia, że od dwudziestu lat jego czytelnicy zadają sobie pytanie - czy Kołakowski uwierzył. Pamiętam, jak tuż po ukazaniu się tej książki Jerzy Niecikowski postawił publicznie tezę, że mamy do czynienia z konwersją. Że Kołakowski ogląda już i analizuje Boga z tej samej strony co ludzie wierzący. Sam Kołakowski konsekwentnie na ten temat milczy, ale kolejne jego książki pokazują, że nadal trwa w przekonaniu, że teologiczna analiza świata jest w pełni racjonalna. Jego dzisiejszy wywiad do "Europy" także to potwierdza.

Dlaczego ten motyw osobisty jest tak ciekawy? Nie chodzi o wyjątkowość samej ewentualnej konwersji z lewicowego ateisty na pozycje religijne. Ta się czasem zdarza, jak dowodzi tego choćby przykład Konstantego Geberta. Z Kołakowskim sprawa jest o tyle ciekawa, że on to wszystko robi na zimno. Jeśli jest w tej ewolucji jakiś moment żarliwości, to Kołakowski konsekwentnie go przed nami ukrywa. Odsłaniając wyłącznie Pascalowską matematykę rozumu, logiczny zakład używany jest już nie tylko w wymiarze osobistym, ale kulturowym czy cywilizacyjnym.

Z tej matematyki nieubłaganie wychodzi Kołakowskiemu, że rozum bez teologicznych założeń ma ogromne kłopoty z domknięciem swoich wielkich systemów, a świecka cywilizacja miewa analogiczne kłopoty z domknięciem systemów etycznych. Spuszczone z łańcucha aporie myślenia konsekwentnie zsekularyzowanego wydają się Kołakowskiemu coraz bardziej niewystarczające.

Czy to już jest konwersja? Czy ten proces kiedykolwiek się konwersją zakończy? Jeśli wszyscy z rosnącą niecierpliwością szukają na to pytanie odpowiedzi - katolicy, żeby przyjąć Kołakowskiego na swoje łono, a młoda lewica, żeby się od niego uwolnić - to dlatego, że Kołakowski jest dla polskiej inteligencji jako formacji kimś naprawdę wyjątkowym, punktem odniesienia.

W tej roli oprócz niego można by obsadzić jeszcze co najwyżej Czesława Miłosza.

Reklama

Bo tak samo jak "Zniewolony umysł" czy "Człowiek wśród skorpionów", również "Kapłan i błazen", "Obecność mitu", "Jeśli Boga nie ma" - były etapami intelektualnej, duchowej, a nawet politycznej wędrówki polskiej inteligencji. Poruszającej się zbiorowo zwykle po śladach swoich liderów.

Robert Krasowski