Scena polityczna się stabilizuje
Rządy braci Kaczyńskich doprowadziły do wyraźniejszego niż kiedykolwiek wcześniej ukazania linii podziału w polskim społeczeństwie. Podział nie był jednak, jak lubili twierdzić Kaczyńscy, po prostu różnicą między "Polską solidarną" a "Polską liberalną": takie jego ujęcie byłoby zwyczajnym zafałszowaniem. W rzeczywistości był to podział pomiędzy częścią społeczeństwa bardziej patrzącą w przeszłość niż przyszłość, a tą nieco bardziej skoncentrowaną na modernizacji państwa. Polską, która jednak raczej ogniskuje się na mobilizacji przez konflikt, a Polską, która raczej integruje się i mobilizuje przez konsensus. Różnice te jeszcze wyraźniej zaznaczyły się w momencie przegranej PiS i wygranej Platformy Obywatelskiej w wyborach parlamentarnych w 2007 roku. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której kształt sceny politycznej jest chyba bliższy kształtowi realnych podziałów społecznych.
Czy oznacza to, że mamy do czynienia ze stabilizacją sceny politycznej? Jeśli będziemy przez nią rozumieli sytuację, w której scena polityczna zastygnie w takim kształcie, w jakim jest w tej chwili, nie możemy być tego pewni. Zarówno sama koncepcja organizacyjna podziału, jak i to, które partie ją ucieleśniają, mogą ulegać zmianie. Jeśli jednak uznamy, że stabilizacja polega na większej przewidywalności kształtu sceny politycznej opartej na trwałych czynnikach różnicujących, a jednocześnie mniejszym radykalizmie i większym umiarkowaniu, należy uznać, że z takim zjawiskiem mamy obecnie w Polsce do czynienia. Warto wspomnieć tu o dwóch szczególnie istotnych wymiarach. Jeden z nich ma charakter ekonomiczno-socjalny. Widać wyraźnie, że akceptacja wolnego rynku przestała już być polem do nadzwyczajnego konfliktu pomiędzy elektoratami PiS i PO. Być może Platforma charakteryzuje się większym nachyleniem prorynkowym, ale z pewnością PiS nie jest partią antyrynkową. Jest to zresztą charakterystyczny trend obecny na całym świecie: rozstrzygnięcia te przestały być zasadniczym polem sporu ideologicznego, a weszły w sferę rozstrzygnięć technicznych ekonomii. W Polsce rośnie też klasa średnia, która z racji swojego istnienia bardziej dąży do centrowienia sceny politycznej niż jej radykalizowania. W tym sensie można powiedzieć, że nie tyle Jarosław Kaczyński zjadł przystawki - radykalne partie w polskim parlamencie - ale przystawki zostały zjedzone przez logikę rozwoju ekonomicznego. Kaczyński być może jedynie przyśpieszył proces trawienia.
Drugi wymiar ma charakter kulturowy. Mam na myśli wszelkiego rodzaju spory cywilizacyjne, ideologiczne i kulturowe, takie jak stosunek do mniejszości kulturowych i etnicznych, do homoseksualizmu, obecności religii w życiu publicznym i tym podobne. Ten spór, bardzo żywo obecny w polityce światowej, penetruje również i polską politykę. Tu mamy zupełnie inną optykę: dwie główne siły polityczne sytuują się po odmiennych stronach tego sporu, co odzwierciedla również nastroje i podziały społeczne. Na tle ogólnej miałkości różnych innych podziałów to właśnie ten staje się najbardziej widoczny i jest z pewnością trwalszym niż inne czynnikiem różnicującym.
Polską scenę polityczną stabilizują wreszcie różnice w treści i stylu uprawiania polityki PiS i PO. Podczas gdy Rafał Matyja w swoim tekście zdawał się stwierdzać, że polityka jest jedynie kwestią budowania wizerunku, w związku z czym nie ma już dziś w polityce niczego autentycznego, a partie mogą się między sobą różnić wyłącznie czymś w rodzaju stylu, ja przychylałbym się jednak do zdania Zdzisława Najdera, który twierdził w swojej polemice, iż w polityce styl też jest treścią.
I że w tym zakresie istnieje między tymi dwoma partiami głęboka różnica. Zresztą, różnica w treści również jest niewątpliwa i tu zgadzam się bardziej z diagnozą Wnuka-Lipińskiego. Podczas gdy PiS jest raczej osadzony w pamięci o przeszłości, Platforma koncentruje się na przyszłości. PiS i PO reprezentują dwie zupełnie odmienne filozofie zaufania. Kaczyński rozumie je jako ograniczone do kręgu definiowanego przezeń jako własny zgodnie z filozofią: im bardziej nasz krąg nie ufa innym, tym bardziej jest godny zaufania. U Tuska filozofia jest odwrotna: im bardziej będziemy ufać innym, tym bardziej my sami będziemy godni zaufania. Kaczyński dysponuje więc wyłączającą, a Tusk włączającą koncepcją zaufania. Ta różnica - połączona jeszcze z odmienną zawartością radykalizmu w myśleniu obu liderów - jest zasadnicza dla określenia odmienności obu partii.
To wszystko nie oznacza jednak, że podział ten musi permanentnie się utrzymywać. Bardzo duża część oczekiwań związanych z dawnymi planami utworzenia koalicji PO - PiS wynikała z nie do końca uświadomionego pragnienia połączenia dwóch biegunów, na których znajdują się te partie. Efektem byłoby przekonanie, że Polska powinna się unowocześniać, nie zapominając o swojej przeszłości. Nadal uważam, że w dłuższej linii rozwoju taka koalicja mogłaby dojść do skutku. PiS bowiem, definiując linię podziału w społeczeństwie, zdecydowanie przecenił dwa czynniki. Po pierwsze, głębokość tego podziału. Nie jest tak, że - by użyć języka Jarosława Kaczyńskiego - między dwoma Polskami jest mur nie do przekroczenia. Jest wiele grup, które pełnią rolę pomostów, jak choćby drobni przedsiębiorcy, którzy nie mieszczą się w tym podziale. Po drugie, źle oszacowano liczebność stron podziału. Okazało się - co zapewne jest oznaką sukcesu reformy rynkowej w Polsce - że strona bardziej promodernizacyjna, prorynkowa, zwrócona ku Europie zachodniej jest nieco większa, niż wydawało się liderom PiS. Hasło, które w roku 2005 było chwytliwe: "Wiemy, że wielu Polakom się nie udało i my się nimi zaopiekujemy", przestało wystarczać do osiągnięcia sukcesu wyborczego.
Wszystko to wynika z faktu, że pomiędzy latami 2005 a 2007 bardzo wiele zmieniło się, gdy chodzi o nastroje społeczne. Chodzi przede wszystkim o sukces wejścia Polski do Europy, specyficzne pozytywne rozczarowanie polegające na tym, że wiele obaw wyrażanych przez opiniotwórcze środowiska w Polsce po prostu się nie spełniło. To sprawia, że gdy politycy PiS chcą się przeciwstawiać zbytniej - ich zdaniem - dominacji Europy nad Polską, część ludzi może reagować w sposób dokładnie odwrotny od zamierzonego. Pewnym wskaźnikiem może tu być to, iż we wszystkich sondażach widać, że zwolenników ratyfikacji jest wyraźnie dużo więcej niż przeciwników. Co więcej, z sondaży wynika również, że sami zwolennicy PiS raczej wolą głosowanie za traktatem niż przeciwko niemu. Być może bowiem tego właśnie chce wielu Polaków (nie wyłączając części elektoratu PiS): silniejszej integracji z Europą niekiedy wręcz jako odtrutki na zaściankowość i niekompetencje polskiej lokalnej polityki. Dlatego właśnie integracja europejska jest moim zdaniem dodatkowym czynnikiem stabilizującym polską scenę polityczną w tym sensie, że stawać się ona może bardziej centrowa i obliczalna, a straszenie Europą może przynosić skutki odwrotne do zamierzonych.
not. Karolina Wigura
p
*Andrzej Rychard, ur. 1951, socjolog, profesor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Zajmuje się przede wszystkim socjologią organizacji i socjologią zmiany systemowej. Wydał m.in. "Władza i interesy w gospodarce polskiej u progu lat 80." (1987), "Czy transformacja się skończyła?" (1996) oraz ostatnio "Polska - jedna czy wiele?" (2005, razem z H. Domańskim i P. Śpiewakiem). Ostatnio w "Europie" nr 199 z 26 stycznia br. zabrał głos w ankiecie "W okopach wojen kulturowych w Polsce".