Dziennik Gazeta Prawana logo

Ameryka w końcu zapłaci swoje rachunki

5 kwietnia 2008, 04:01
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Widmo amerykańskiej recesji coraz bardziej niepokoi świat. W sytuacji widocznego kryzysu pojawiają się różne recepty na jego zażegnanie. Jedni obserwatorzy nawołują amerykańską administrację do zdecydowanej interwencji. Inni uspokajają nastroje, wskazując na to, że gospodarka sama z pewnością dojdzie do równowagi. Jeffreyowi Sachsowi, z którym rozmawiamy dziś na ten temat, bliżej do tej drugiej grupy. Jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów zwraca uwagę, że państwowe interwencje mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Udzielanie gwarancji przedsiębiorstwom albo pompowanie pieniędzy w giełdę może skłaniać firmy do ryzykownych działań - w nadziei, że w razie wpadki i tak ktoś pokryje rachunki. Obecny kryzys - twierdzi Sachs - nie będzie miał globalnego zasięgu. Dotknie głównie Amerykę. I może mieć pewną dobrą stronę: utemperuje nieco amerykańskie nadzieje na trwałą ekonomiczną supremację.

p


Nadchodzący kryzys z pewnością będzie poważny, ale za wcześnie jeszcze, by wyrokować o jego dokładnych rozmiarach. Ironiczny wydźwięk ma natomiast to, że podobne prognozy wygłasza Greenspan. W końcu to on szefował Rezerwie Federalnej przez większość czasu, gdy rodził się kryzys. I całkowicie zignorował sygnały alarmowe. Jak wiadomo, zasadniczą przyczyną tego kryzysu jest nadmierny wzrost liczby kredytów mieszkaniowych w ciągu ostatnich pięciu lat. Wywołały go dwa czynniki. Po pierwsze, nieodpowiednia polityka monetarna Banku Rezerwy Federalnej, który utrzymywał zbyt długo niskie stopy procentowe, co sprawiało, że kredyty były zbyt tanie. Po drugie, sektorowi finansów pozwolono, a wręcz zachęcano go, by wprowadzał nowe instrumenty finansowe w środowisku niepodlegającym niemal żadnej regulacji. Skłaniało to do pożyczania pieniędzy niepewnym kredytobiorcom. W rezultacie nadmuchana została bańka mieszkaniowa. Niezwykle łatwo było pożyczyć pieniądze pod zastaw hipoteczny, ludzie kupowali więc domy na potęgę, zakładając, że ich ceny będą rosły. W roku 2006 bańka zbliżała się do szczytu - częściowo dlatego, że trudno było już znaleźć chętnych na kolejne kredyty. Kiedy zaczęto zdawać sobie sprawę z ryzyka, a ceny domów zaczęły spadać, euforia zamieniła się w panikę. Nawet instytucje finansowe o utrwalonej renomie zaczęły mieć kłopoty z uzyskaniem kredytów. W podobnej sytuacji wybucha nie tylko kryzys finansowy, ale cała gospodarka zaczyna mieć poważne problemy. Przedsiębiorstwa budowlane wycofują się z inwestycji, nie mogą bowiem sprzedać domów, które już wybudowały. Konsumenci zaczynają coraz mniej kupować, zdają sobie bowiem sprawę z powagi sytuacji. Wszystko to oznacza, że Stany Zjednoczone wkraczają w fazę recesji.


Ludzie uwielbiają bawić się w proroków. Kac związany z pogarszającym się stanem gospodarki jest realny, ale często się go wyolbrzymia. Wkrada się tu ton histerii, istnieje bowiem ogromne parcie na szybkie i wysokie zyski. Trzeba też pamiętać, że jesteśmy w roku wyborczym i wszystko zostaje nagłośnione przez polityczny megafon. Sądzę jednak, że w ostatecznym rozrachunku amerykańska gospodarka będzie się wprawdzie miała gorzej niż dzisiaj, ale lepiej, niż się niektórzy obawiają.


Moim zdaniem możemy w dużej mierze liczyć na samoregulację. Rynek mieszkaniowy się skurczy, konsumenci zaczną więcej oszczędzać. Wzrośnie eksport. Spadek wartości dolara sprawi, że amerykańskie towary będą łatwiejsze do sprzedania za granicą. Stany Zjednoczone zaczną płacić swoje rachunki, zamiast pożyczać od całego świata w takim stopniu, jak to miało miejsce do tej pory. Na pewno jednak poczujemy się biedniejsi.


Wracamy do szerzej zakrojonych interwencji, ponieważ wcześniej bardzo daleko posunięta była deregulacja. Rezerwa Federalna rzeczywiście przejęła na siebie część ryzyka podejmowanego przez duże firmy. Niektórzy twierdzą, że stało się to bardzo późno, że należy działać jak najszybciej, bo w przeciwnym razie cała gospodarka się załamie. Inni sądzą, że firmy powinny były próbować odnaleźć się ponownie na rynku o własnych siłach albo wręcz ogłosić bankructwo. Mnie na tym etapie bardziej niepokoi przesadna interwencja niż jej brak. Pompowanie w rynek dużych zasobów z Rezerwy Federalnej może przynieść znaczący wzrost inflacji.


Jeśli ktoś chce liczyć na wsparcie finansowe rezerwy, oczywiście powinien zgodzić się na nadzór. W przeciwnym wypadku otwarte zostaje pole do ogromnych nadużyć, firmy będą podejmować ogromne ryzyko, licząc na wykup w razie kłopotów. Paul Krugman ma rację, twierdząc, że jeśli banki inwestycyjne chcą być ubezpieczane przez Rezerwę Federalną, muszą zostać zobowiązane do utrzymywania depozytu w rezerwie. To logiczne - wykup zostaje uzależniony od spełnienia określonych warunków bezpieczeństwa. Jestem jednak sceptyczny wobec udzielania przedsiębiorstwom federalnego wsparcia nawet wówczas, gdy taka pomoc związana byłaby z koniecznością poddania się regulacji. Wiele instytucji finansowych, które są dziś w trudnej sytuacji, same się w nią wpędziły, podejmując ogromne ryzyko i licząc, że ktoś inny pokryje straty.


Jest w tym sporo prawdy. Jeśli przyjrzymy się, kto sprawuje kontrolę nad federalnymi instytucjami finansowymi, okaże się, że większość z tych ludzi wywodzi się z Wall Street. Taki rodowód ma na przykład Henry Paulson, obecny sekretarz skarbu. Jest tendencja, by utożsamiać to, co dobre dla Wall Street, z dobrem całej gospodarki. Kiedy bańka wciąż się rozrastała, firmy inkasowały ogromne premie i nikt nie powiedział "Opamiętajcie się!". Z pewnością konieczne są jakieś formy kontroli, ale jak do tej pory to głównie biznes kontroluje sam siebie.


Oczywiście nie chodzi o spisek, ale o pewien rodzaj mentalności, która każe krzyczeć "hurra!", podejmować ogromne ryzyko z nadzieją na fantastyczne zyski i łudzić się, że jakoś to będzie. Nie było dostatecznej pokory u decydentów, administratorów i ludzi tworzących regulacje.


Jeśli gospodarka Stanów Zjednoczonych znajdzie się w recesji, kandydatowi Republikanów będzie bardzo trudno wygrać.


Widzę tu dwa rodzaje zależności. Po pierwsze, instytucje finansowe na całym świecie borykają się ze złymi kredytami hipotecznymi i nieufnością potencjalnych kredytodawców. Po drugie, spowolnienie amerykańskiej gospodarki sprawia, że Stany Zjednoczone coraz mniej importują. Słaby kurs dolara tylko potęguje tę tendencję. Sądzę jednak, że skutki dla globalnej gospodarki będą o wiele łagodniejsze niż dla gospodarki amerykańskiej. Kryzys zapewne nie będzie miał wymiaru ogólnoświatowego, dotknie głównie Amerykę.


Zbliżają się duże zmiany. Stany Zjednoczone wciąż postrzegane są jako największa gospodarka świata i największa na ziemi potęga militarna, ale nie przypominają już kolosa, państwa, które nie ma sobie równych. Przestały być prezentowane jako drugi Rzym, nowe imperium. George Soros dobrze ujął to w swojej książce "Bańka amerykańskiej supremacji". Mieliśmy do czynienia nie tylko z bańką na rynku mieszkaniowym, ale również, jeśli chodzi o wizerunek USA na świecie. Dziś obie bańki pękają. Ameryka nie jest już społeczeństwem większym niż życie, jest po prostu społeczeństwem. Inne kraje i regiony zyskają relatywnie na znaczeniu, co znajdzie odzwierciedlenie w cyklu gospodarczym. Zjawiska te są jednak o wiele głębsze niż jakikolwiek cykl gospodarczy. Przed Chinami wciąż leży bardzo długa droga do osiągnięcia zamierzonego poziomu rozwoju społecznego i gospodarczego. Nie sądzę, by Chiny wyprzedziły Stany Zjednoczone w aspekcie geopolitycznym z powodu zmian cyklu gospodarczego w ciągu najbliższych dwóch lat. Mają już jednak miejsce pewne przesunięcia, które lokują Amerykę na bardziej umiarkowanych pozycjach i dyktują jej większy wzgląd na inne części świata.


Wciąż wiele zależy od kierunku amerykańskiej polityki. Stany Zjednoczone wahają się dziś między dwiema wizjami. Zgodnie z pierwszą problemy dzisiejszego świata są wielostronne i wielowymiarowe, a dotyczą przede wszystkim ubóstwa i ochrony środowiska. Wedle drugiej są one jednostronne i sprowadzają się zasadniczo do walki z terroryzmem. To, za którą z tych wizji ostatecznie opowiedzą się USA, zdeterminuje charakter stosunków transatlantyckich. Nawet John McCain chce bliższych stosunków z Europą, ale jego podejście do świata jest o wiele bardziej zorientowane militarnie, co w Europie zapewne nie będzie się podobać. Barack Obama jest na drugim biegunie, szuka wielostronnych rozwiązań dla zasadniczych globalnych problemów. Clinton jest zapewne gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Charakter amerykańskiego przywództwa będzie miał zasadnicze znaczenie dla produktywności relacji euroamerykańskich.


Nigdy nie byłem entuzjastą tej analizy. Amerykańska potęga militarna często nie tyle broniła, co obrażała sojuszników. Nie było to korzystne dla żadnej ze stron. Warto utrzymywać wydatki na obronność na niższym poziomie i więcej pieniędzy przeznaczyć na globalny rozwój, walkę z ubóstwem, ochronę środowiska. Z pewnością świat stanie się dzięki temu bezpieczniejszy, niż jest obecnie. Europejski dobrobyt nie jest bezpieczny dzięki amerykańskiej protekcji. O wiele ważniejsze dla jego utrzymania jest zmniejszenie ubóstwa w Afryce - kryzys na Czarnym Lądzie oznacza bowiem problemy dla Starego Kontynentu. Jak do tej pory zarówno Stany Zjednoczone, jak i Europa niedostatecznie inwestują w globalne dobra publiczne, które mogą zapewnić autentyczne bezpieczeństwo.


Recesja nie powstrzyma namysłu nad polityką zagraniczną, może go nawet przyśpieszyć. Niewykluczone, że ludzie zaczną zadawać sobie pytanie, po co wydajemy takie sumy na zbrojenia, które nie zapewniają nam bezpieczeństwa. Przechodzimy przez kryzysową fazę cyklu gospodarczego, ale niezależnie od niej możemy - i powinniśmy - zastanowić się nad koniecznymi reformami.

p

, ur. 1954, jeden z najbardziej znanych na świecie ekonomistów. Rozgłos przyniosło mu doradzanie w kwestiach reform ekonomicznych rządom w Ameryce Południowej, Azji i Afryce, a także krajom postkomunistycznym i byłym państwom Związku Radzieckiego. Był także ekspertem wielu międzynarodowych agend zajmujących się zwalczaniem biedy i redukcją zadłużenia najbiedniejszych krajów. Ponad dwadzieścia lat spędził w Harvardzie, obecnie jest profesorem Columbia University oraz dyrektorem tamtejszego Earth Institute. Jego nazwisko regularnie pojawia się w rankingach najbardziej wpływowych światowych osobistości. Jest autorem i współautorem kilkunastu książek - po polsku ukazał się "Koniec z nędzą" (2006). W "Europie" nr 185 z 20 października ub.r. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Koniec podziału lewica - prawica".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj