Czy polska polityka jest jałowa i bezproduktywna? Taką tezę postawił na naszych łamach kilka tygodni temu Rafał Matyja. Zwracał uwagę, że obie najważniejsze polskie partie, PiS i PO, na równi przyjęły populistyczną strategię. Prowokują całkowicie jałowe konflikty tylko po to, by zyskać krótkotrwałą przewagę nad rywalem. Z Matyją polemizowali m.in. Edmund Wnuk-Lipiński, Ireneusz Krzemiński i Zdzisław Najder. Dziś prezentujemy głos socjologa i liberalnego publicysty Andrzeja Waśkiewicza. Jego zdaniem nie sposób utożsamiać stylu prowadzenia polityki przez PiS i PO. Rządy PiS wcielały w życie koncepcję władzy, która nie toleruje żadnych grup interesu czy ciał pośredniczących między nią a społeczeństwem. Ta władza stawiała sobie wręcz zadanie neutralizowania wpływów tego rodzaju społecznych instytucji. Tymczasem rząd Platformy rozumie, że władza w państwie demokratycznym zawsze będzie musiała z nimi negocjować. Ten sposób widzenia polityki narzuca poniekąd strategię małych kroków - niezbyt efektownych posunięć, które nie wywołują gwałtownego oporu, ale mogą być potencjalnie bardzo efektywne. Na pewno kompletnie jałowa jest za to strategia PiS jako partii opozycyjnej - twierdzi Waśkiewicz. Tu Matyja ma całkowitą rację. Partia Kaczyńskiego dąży do konfrontacji w niemal każdej sprawie, ale to jedynie daje dodatkowe punkty Platformie. Ta ostatnia jeszcze długo będzie się bowiem mogła prezentować jako partia umiarkowania i rozsądku - nawet jeśli jej rzeczywiste osiągnięcia będą nader mizerne. Z oceną rządów PO warto jednak wedle Waśkiewicza zaczekać do końca roku. Wtedy okaże się, czy jej strategia to tylko jałowe kunktatorstwo.

p

Andrzej Waśkiewicz*

Czy polska polityka może być rozsądna?

Tekst Rafała Matyi, w którym stawia on tezy o jałowości polityki prowadzonej w mediach na równi przez PO i PiS, doczekał się już odpowiedzi Edmunda Wnuka-Lipińskiego, Zdzisława Najdera i Ireneusza Krzemińskiego. W ich wystąpieniach odnajduję wiele myśli, które sam mógłbym poniżej zamieścić. Dotyczy to zresztą także tekstu, który rozpoczął dyskusję, bo patrząc na szklany ekran, nie mam wątpliwości, że wystąpienia i dyskusje polityków kierowane są raczej do telewidzów niż do obywateli. Podobnie jednak jak krytykom Matyi mnie również bardziej niż podobieństwa rzucają się w oczy różnice stylu wystąpień przedstawicieli obu partii i skłonny jestem raczej je podkreślać, niż bagatelizować. Są one jednak drugorzędne wobec spraw zasadniczych.

Zasadnicza różnica między PO i PiS polega bowiem na tym, że liderzy tych partii zupełnie inaczej postrzegają świat społeczny, który jest areną polityki. Profesor Wnuk--Lipiński zwrócił uwagę, że przywołane przez Matyję rozróżnienie na przywództwo transakcyjne i transformacyjne odpowiada w rzeczywistości dwóm typom polityki. Ja z kolei powiedziałbym, że są to jedynie dwa różne aspekty politycznego działania. Nie ma polityki, a w każdym razie polityki demokratycznej, bez negocjacji, jednakże na negocjacjach się ona nie kończy. Mając takie czy inne poparcie dla swoich planów, rządzący muszą w końcu zamienić słowa w ustawy i rozporządzenia, nie mając przy tym złudzeń, że ich wprowadzenie w życie nie wywoła pewnego niezadowolenia społecznego. W tym kontekście powyższe rozróżnienie ma sens tylko w skrajnych przypadkach, w których to przywódcy transakcyjni zabiegają o ogólnospołeczny kompromis, podczas gdy przywódcy transformacyjni podejmują działania nawet bez konsultacji z grupami, których te działania dotyczą. Normalnie polityka jest i transakcyjna, i transformacyjna, i - jak dowodzi Bernard Crick (w swojej książce "W obronie polityki") - inna być nie może, natomiast władza może być sprawowana w sposób bardziej transakcyjny bądź transformacyjny. A to zależy właśnie od tego, jak rządzący postrzegają wszystkie zinstytucjonalizowane twory życia społecznego, które lokują się między nimi a obywatelem - czyli społeczeństwo obywatelskie.

PiS wraz z koalicjantami rządziło (choć należałoby raczej powiedzieć: próbowało rządzić) w sposób typowo etatystyczny. Technokratyczną retorykę równoważyło moralistyczną ideologią, która zużyła się zresztą nadzwyczaj szybko, legitymizując system łupów i obecność kłopotliwych koalicjantów. PiS u władzy bynajmniej nie ukrywało, że chce dokonać transformacji ponad i - jeśli to będzie konieczne - wbrew społeczeństwu obywatelskiemu. Bo społeczeństwo obywatelskie widziane z perspektywy władzy, która zamierza całościowo zmienić państwo, to przecież nic innego jak mniejsze i większe korporacje, "robaki w ciele rzeczypospolitej", jak nazwał je Hobbes, broniące przywilejów swoich członków. Rząd dysponujący demokratycznym mandatem jest wręcz zobowiązany do ochrony wspólnego dobra narodu i społeczeństwa przed wpływami różnych grup. A że układ, podobnie jak internet, jest siecią sieci, walka z nim nigdy się nie kończy, i to ona ostatecznie legitymizuje władzę, która nie tyle reprezentuje obywateli, co walczy w ich imieniu. Z tej perspektywy wszyscy przeciwnicy takiej formy rządów, stawiający władzy formalne ograniczenia, jawią się jako obrońcy układu, a w retoryce wyborczej jako jego zakładnicy lub wręcz przedstawiciele. Kierując się takimi przesłankami poprzednia ekipa rządząca odwróciła nieformalną zasadę obowiązującą wcześniej SLD i uznała, że w walce z patologiami państwa może więcej.

Reklama

Z perspektywy transakcyjnej rzecz ma się dokładnie odwrotnie: korporacje to instytucje służące reprezentacji środowisk, które z różnych względów pozbawione są politycznego przedstawicielstwa adekwatnego do swej siły i znaczenia społecznego. Przy takim założeniu nawet lobbing jest uprawniony - ponieważ w obrębie demokratycznych procedur zasobów pieniężnych nie można formalnie zamienić na polityczne (zarówno bogaty, jak i biedny ma tylko jeden głos), zamożniejsze środowiska znajdują sobie inną formę reprezentacji. Władza transakcyjna uwikłana jest więc w sieć mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanych relacji z różnymi podmiotami społecznymi i musi z nimi negocjować swoje przyszłe działania. Spowalnia to oczywiście cały proces decyzyjny, ale też wynegocjowane rozwiązania natrafiają na mniejszy opór społeczny. Jest to modelowa procedura w stabilnych, zamożnych społeczeństwach, w których nie ma głębokich konfliktów społecznych, a większość obywateli ma poczucie, że ich głos jest słyszany i wysłuchiwany przez godną zaufania władzę. Jednakże nawet w takich społeczeństwach żadna polityka rządu, która odbiera obywatelom nawet niewielką część uprawnień socjalnych, nie miałaby szans, gdyby nie towarzyszyła jej wzmożona kampania tyleż informacyjna, co propagandowa - nawet pełzającym reformom towarzyszyć musi dużo szumu medialnego.

Sposób rządzenia krajem narzuca poniekąd strategię opozycji. Radykalnie transformacyjne PiS zmobilizowało przeciw sobie szeroki front podmiotów życia społecznego, nic więc dziwnego, że nie dało mu rady. Deklarująca transakcyjność PO zachowuje nadal uzyskany na wstępie kredyt zaufania, tyle że jej polityka nie wyszła jeszcze z fazy negocjacji rządowych propozycji reform. Można polemizować, czy jest to najlepsza strategia dla Polski, nie ma natomiast wątpliwości, że jest ona najgorsza dla tego typu opozycji, jaką uprawia PiS. Z przyczyn, o których wiele już napisano, zamiast poprzestać na punktowaniu nieprzemyślanych i niespójnych projektów zmian przedstawianych przez rządzącą koalicję, ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego poszło na totalną konfrontację, która utrwala jego reputację partii awanturniczej, niezdolnej ani do sprawowania władzy, ani do jej rzeczowej krytyki. W ten sposób przydaje tylko poparcia PO, na które ta zasłużyła sobie dotąd jedynie tym, że znacznie poprawiła wizerunek Polski za granicą. I w kampanii wyborczej, i po przejęciu władzy, PO zyskuje głównie dzięki temu, że realizuje niegdysiejsze hasło Tadeusza Mazowieckiego: siła spokoju. Ktoś w PiS przeoczył, że w katolickiej Polsce retoryka miłości zawsze wygra z retoryką walki.

To, co znakomitej większości Polaków wydaje się ważne, a może nawet decydujące w ocenie władzy, dla Matyi jest kwestią drugorzędną, gdyż domaga się on przede wszystkim przeprowadzenia fundamentalnych reform politycznych. Dlatego można zrozumieć, że podobnie jak inni państwowcy przyznał on większy kredyt zaufania partii uchodzącej za bardziej zdecydowaną, gdy chodzi o wprowadzanie zmian. Rząd PiS, Samoobrony i LPR realizował jednak swój program sanacyjny z takim skutkiem, że wcześniej czy później musiał stracić sympatię większości opiniotwórczych zwolenników IV RP. Oczekiwana transformacja skończyła się bowiem - jak twierdzi sam Matyja - na rewolucji semantycznej; za retoryką wielkiej zmiany nie poszły zdecydowane działania.

Wyczytywanie z tekstu Matyi wyłącznie zawiedzonej miłości byłoby jednak niepoważne. Dlatego właśnie ową drażniącą mnie skądinąd i niesprawiedliwą symetrię w rozdzielaniu razów między obie partie tłumaczę względami natury czysto teoretycznej. Rzeczony artykuł jest bowiem dobrym przykładem publicystyki, która czyni politykę ciekawszą, niż jest naprawdę, chociaż za cenę wątpliwości, czy autor nie posuwa się czasem do nadmiernego racjonalizowania zachowań polityków kierujących się raczej niskimi pobudkami: kompleksem niższości, nadmiarem ambicji albo też zwykłą zawiścią. To, co w tej chwili widzimy na polskiej scenie politycznej, twierdzi Matyja, jest nieważne i niepoważne: "Kluczowe ośrodki polityczne pojmują dziś bowiem politykę jako wytwarzanie nastrojów i wrażeń, zdobywanie sondażowej przewagi nad przeciwnikiem, wygrywanie kolejnych wyborczych (?) bitew, głównie po to, by zwiększyć swoje zasoby w kolejnej potyczce. Taka gra jest oczywiście nieodłącznym elementem polityki. Problem w tym, że dziś stała się ona jej niemal wyłączną treścią".

Czy może być inaczej? Owszem może, twierdzi Matyja. Dzisiaj "spadkobierców polityki ambitnej", którzy rozumieją konieczność reformy ustrojowej, w tym i konstytucyjnej, zepchnięto na margines (czytaj: usunięto z PiS i pozbawiono wpływów w PO), ale to właśnie na marginesie może powstać alternatywa dla fatalnego układu, w którym dwie potencjalnie reformatorskie siły zaangażowane są w bezsensowną rywalizację. Matyja zdaje się zakładać, że tak jak kiedyś sytuacja (jego własne określenie wyjątkowo niekorzystnego splotu przypadków) nie pozwoliła zawrzeć koalicji PO - PiS, tak wymusi ona w przyszłości dojście do władzy alternatywnej ekipy reformatorów. Czy zatem Matyja - trywializuję, chcąc pokazać istotę rzeczy - wyznaje tak optymistyczną historiozofię, by wierzyć, że w niedalekiej przyszłości zaistnieje sytuacja, która tym razem wyniesie do władzy właściwych polityków?

Czytając esej Matyi, nieco między wierszami rozumiem, że bardziej niż na cud zinstytucjonalizowanej współpracy między PO i PiS liczy on na powodzenie ruchu Polska XXI, którego sam jest jednym z założycieli i animatorów, a w swoim tekście przedstawia diagnozę sytuacji uzasadniającej powstanie tego ruchu. Tworzą go wypchnięci z partii byli politycy PiS, którzy liczą na współpracę tych polityków PO, którym nie odpowiada przywództwo Donalda Tuska. Salon odrzuconych razem z salonem niezadowolonych miałby zatem utworzyć salon niezależnych. Słowo "salon" jest tu o tyle nie na miejscu, że ruch liczy na współpracę środowisk samorządowych, a dyskusję nad swoimi pomysłami na reformę konstytucyjną prowadzi nawet w internecie. Nie jest to jednak pierwszy ruch tego rodzaju i choć sam życzyłbym mu jak najlepiej, nie mam wątpliwości, że w starciu z polityką partyjną nie będzie miał większych szans. I nie chodzi tu tylko o sposób finansowania podmiotów politycznych, którego PO nie zdoła zmienić, dopóki prezydentem jest Lech Kaczyński, a PiS i LiD popierają obecne rozwiązania. Ruchowi temu - jak wszystkim innym, które powstawały dla poparcia kandydatów w wyborach prezydenckich - brakować będzie po prostu profesjonalnych kadr szczebla krajowego, bo zaangażowanie samorządowców (jeśli takie uda się pozyskać) nie zastąpi jeszcze umiejętności zawodowych polityków. A czy można ich pozyskać do ponadpartyjnej współpracy przy tak spolaryzowanej scenie politycznej?

Spośród licznych słabości polskiego systemu politycznego "jednolitofrontowość partyjną" na polskiej prawicy uważam za jedną z największych i najbardziej dokuczliwych. Jej oczywistym skutkiem jest niestabilność systemu partyjnego oraz zmniejszenie zdolności koalicyjnych poszczególnych partii - liczne tego przykłady można znaleźć w najnowszej historii Polski. Ale bez zinstytucjonalizowanej lub choćby tolerowanej frakcyjności nie działają także prawidłowo mechanizmy kooptacji elity, a w żadnej partii nie widać tego wyraźniej niż w PiS. Najmłodsi parlamentarzyści tym jedynie odróżniają się od swoich starszych kolegów, że lepszą polszczyzną powtarzają całe zwroty z partyjnych instrukcji dotyczących wystąpień w mediach. Mieli być medialną wizytówką nowoczesności PiS, a sprawiają wrażenie wygadanych lizusów. Mimo dobrej woli nie widzę w polskiej polityce zastępów odważnych i odpowiedzialnych polityków skłonnych pójść za szlachetnymi banitami, by uprawiać politykę ambitną. Myślę nawet, że są oni takim samym mitem, jak milcząca większość w latach 90., którą chciały pozyskać partie prawicy.

Nie podzielam też przekonania Matyi, że warunki powstałe po naszej akcesji do Unii i jej zaistniałe już skutki wymuszą odrzucenie fałszywych tematów i rozpoczęcie spokojnej debaty nad rzeczywistymi potrzebami polskiego państwa i społeczeństwa. Wydaje się, że na to w polskiej polityce trzeba będzie jeszcze długo czekać. Niemal codziennie można usłyszeć stwierdzenia poważnych komentatorów, że swoją postawą w sprawie traktatu ratyfikacyjnego PiS zmierza prostą drogą do samobójstwa. Sądy te, moim zdaniem, formułowane są zbyt emocjonalnie i zbyt pospiesznie. Kilka tygodni po ratyfikacji traktatu tak zwani zwykli obywatele nie będą już pamiętać o związanej z nią awanturze, a w następnej kampanii wyborczej nie ujmie ona już PiS zbyt wielu głosów. Pamięć wyborców jest bowiem niczym pamięć operacyjna komputera, a nie jego twardy dysk. Zresztą nie tylko wyborców - nie mam wątpliwości, że wielu intelektualistów sympatyzujących kiedyś z PiS, a dziś rozczarowanych jego rządami i poczynaniami w opozycji, wyresetuje je i w swojej pamięci.

Z wieloma reformami społecznymi nie można jednak czekać ani na przejęcie władzy przez odpowiedzialnych polityków pozostających dziś na wygnaniu, ani nawet na dzień, gdy spin doktorzy PiS stracą swą władzę duchową i intelektualną. Być może stanie się to już w chwili, gdy za sprawą decyzji podjętej w Toruniu ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zyska konkurencję po prawej stronie i siłą rzeczy zostanie zepchnięte bliżej centrum, gdzie podejmie walkę z PO o bardziej krytyczny elektorat. Tak czy owak, nie zanosi się jednak na to, by w najbliższym czasie z ekranów telewizorów zniknęli partyjni harcownicy zastąpieni przez sympatyzujących z partiami ekspertów. W cieniu ich pojedynków rząd będzie przygotowywał i z trudem przepychał reformy na tyle śmiałe, na ile pozwolą partnerzy dialogu społecznego i opozycja, która w wecie prezydenta będzie szukać możliwości ich zablokowania. Będą to raczej reformy pełzające i mało spektakularne - nawet jeśli jedną z nich ogłosi poseł Palikot, stojąc na stercie dokumentów. Jeśli jednak w ich rezultacie nastąpi poprawa kondycji szpitali i zwiększenie dostępności usług medycznych, pojawi się możliwość założenia firmy w dwa dni, zwiększenia przychodów skarbu państwa mimo zmniejszenia podatków czy też przyznania najlepszym uniwersytetom dodatkowych funduszy, to ja mogę jeszcze jakiś czas znosić groźny dualizm przywództwa państwowego premiera i prezydenta.

Matyja jest realistycznym komentatorem polityki obdarzonym znakomitym zmysłem analitycznym, ale też jej surowym recenzentem, i mam wrażenie, że w omawianym tu tekście dał upust swojemu temperamentowi recenzenta. Może dlatego, że jako państwowiec znacznie większą wagę przykłada do reform politycznych niż społecznych, a same reformy społeczne wydaje się oceniać miarą z czasów, gdy rządziły AWS i UW. Sądzę, że miał do tego prawo jeszcze rok temu, ale rządy PiS skompromitowały na jakiś czas ideę wielkiej zmiany. Nie znaczy to koniecznie, że mamy przed sobą czas marny. Rządy obecnej koalicji mogą bowiem irytować - nawet bardzo - niedopracowaniem dotychczasowych projektów rządowych, jak też pomysłami niektórych ministrów, które ujawniają rządowi eksperci, ale nikt rozsądny chyba nie zaprzeczy, że są to sprawy społecznie nie mniej ważne od tej, którą z wiadomym skutkiem zajmował się Antoni Macierewicz. Tezę Matyi o zupełnej bezproduktywności obecnej polityki uważam więc w tej chwili za prawdziwą jedynie w połowie - w tej połowie, w jakiej dotyczy ona taktyki przyjętej przez PiS w opozycji. Z oceną rządów PO wolałbym się natomiast wstrzymać do końca roku. Po pierwszym roku rządów, kiedy to zwykle wypala się energia reformatorów, będzie już można powiedzieć, czy rzeczywiście rząd wart jest opozycji, a polityka polska znalazła się w ślepej uliczce. Jeśli rezultaty strategii transakcyjnej będą równie mizerne jak dokonania poprzedniej ekipy nastawionej transformacyjnie, będę musiał zgodzić się z Matyją w całości.

Andrzej Waśkiewicz

p

*Andrzej Waśkiewicz, ur. 1963, historyk, socjolog, publicysta; pracuje w Instytucie Socjologii UW. Wydał "Interpretację teorii politycznej. Spór o metodę we współczesnej literaturze anglosaskiej" (1997) oraz "Politykę dla dorosłych" (2006), przełożył również B. Cricka "W obronie polityki" (2005). Publikuje głównie w "Przeglądzie Politycznym" i czasopismach akademickich, jest też współautorem podręczników licealnych z zakresu wiedzy o społeczeństwie. W "Europie" nr 88 z 7 grudnia 2005 roku zamieściliśmy jego tekst "Rzeczpospolita na miarę naszych możliwości".