p

Christopher Hitchens*

Czy Izrael przetrwa kolejne 60 lat?

Z jakiegoś powodu wydaje się absurdalne i trywialne, by w tym samym zdaniu czy na jednym oddechu wypowiadać słowa "Izrael" i "60. urodziny". Kwestie, z którymi mamy tu do czynienia, są trochę starszej daty, a jednocześnie mają bardziej palący i współczesny charakter. Czy dzięki syjonizmowi Żydzi są bardziej czy mniej bezpieczni? Czy syjonizm usunął odwieczny problem antysemityzmu? Czy jest elementem Tikkun Olam, naprawiania świata, czy wręcz przeciwnie - jeszcze jednym rozdarciem tkaniny?

Żydzi jak zawsze znajdują się po obu stronach sporu. Niektórzy chasydzcy rabini uważają państwo żydowskie za bluźnierstwo, ale tylko dlatego, że takie państwo nie może powstać przed przybyciem Mesjasza (który może dalej się ociągać). Niektórzy żydowscy lewicowcy wstydzą się tego, że państwo osadników powstało na ruinach tak wielu palestyńskich wiosek. Są też Żydzi, którzy współpracują ze skrajnie konserwatywnymi chrześcijanami w dziele przyspieszenia dnia Armagedonu, w którym to wszystkie inne kwestie stracą na znaczeniu. I oczywiście są Żydzi mieszkający w tym znerwicowanym, wysoko rozwiniętym państwie (albo wspierający je z zagranicy) ściągającym na siebie mnóstwo przemocy i okrucieństwa. Państwie, które pokazało, że również samo doskonale potrafi stosować okrutną przemoc. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się Francis Scott Fitzgerald i jego aforyzm o konieczności życia w sprzecznościach. Czy zdarza mi się żałować, że Theodor Herzl i Chaim Weizmann przekonali Żydów i gojów do pomysłu budowy na poły utopijnego państwa rolniczo-robotniczego na wschodnim krańcu Morza Śródziemnego? Tak. Czy pragnę, żeby izraelskie lotnictwo namierzyło i zniszczyło wszystkie arsenały Hezbollahu, Hamasu i Islamskiego Dżihadu? Tak. Czy uważam za absurdalne, że wiedeńscy, rosyjscy i niemieccy uczeni i lekarze tańczyli w obłąkanym rytmie tak zwanych proroctw, zamiast pomóc w zsekularyzowaniu i modernizacji swoich społeczeństw? Absolutnie tak. Czy czuję zgrozę i obrzydzenie na myśl, że kolejne pokolenie arabskich Palestyńczyków rodzi się pod okupacją, która przygniatała ich dziadków, a nawet pradziadków? Absolutnie tak.

Zasady i brutalny realizm często zbiegają się ze sobą (zwłaszcza w oczach osoby, która nie wierzy, że niebiosa biorą udział w tej zabawie). Jeśli nie masz Boga po swojej stronie, to co, u diabła, robisz w okolicach Jerozolimy? Wbrew zarzutom wielu osób (także tych usprawiedliwiających zbrodnie Syrii i Iranu) Izrael raczej nie jest państwem bandyckim, ale być może naraża się na znacznie większe ryzyko - że stanie się państwem upadłym. Co wtedy? W tym miejscu muszę przestać zadawać pytania i wreszcie udzielić uczciwej odpowiedzi. Podczas wielu wizyt w tak zwanej Ziemi Świętej nigdy nie umiałem sobie do końca wyobrazić, że państwo żydowskie w Palestynie wciąż będzie istniało za sto lat. Państwo Żydów - być może, ale żydowskie...

Izraelska propaganda od dawna zaciemnia to kluczowe rozróżnienie. Gdyby chodziło tylko o pas żydowskiego terytorium na wybrzeżu i nizinach, w rodzaju tego zajmowanego przez Yishuv w okresie przed powstaniem państwa, społeczność międzynarodowa prawdopodobnie zgodziłaby się objąć go systemem obronnym ONZ czy później NATO. E tam - mówili syjoniści - minęły złe czasy, kiedy byliśmy na tyle naiwni, by polegać na gojach w sprawach obrony... Niech będzie, ale zwróćmy uwagę na kolejny odcinek tej sagi. Obecnie obronność Izraela w ogromnym stopniu opiera się na nie-Żydach, a poza tym Izrael rządzi milionami innych nie-Żydów, którzy darzą go szczerą nienawiścią i pogardą. Jak długo jeszcze ta pierwsza grupa nie-Żydów będzie broniła Izrael przed drugą grupą popieraną przez bogatych i licznych krewnych? Innymi słowy syjonizm tylko przemieścił i inaczej ustawił kwestię antysemityzmu. Dla mnie Izrael nie jest alternatywą dla diaspory, tylko jej częścią. Z grubsza biorąc, istnieją trzy sześciomilionowe grupy Żydów. Pierwsze sześć milionów mieszka w kraju pierwotnie nazywanym przez ruch syjonistyczny Palestyną. Drugie sześć milionów mieszka w Stanach Zjednoczonych, a trzecie - głównie w Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Argentynie. Tylko ta pierwsza grupa codziennie przebywa w zasięgu rakiet, które mogą być odpalone (i często są odpalane) przez ludzi nienawidzących Żydów. Cóż, podobno ironia - w tym wypadku losu - jest żydowską specjalnością...

Reklama

Z kwestią tą wiąże się moja ostatnia uwaga. Moralnym idiotą jest ten, kto uważa, że antysemityzm stanowi zagrożenie tylko dla Żydów. Historia cywilizacji pokazuje, że nasilenie się judeofobii jest nieomylną prognozą barbarzyństwa i upadku, a propagujące ją państwa i ruchy skazane są nie tylko na ludobójstwo, ale również na samobójstwo, jak widzieliśmy na przykładzie nazistowskich Niemiec i katolickiej Hiszpanii. Dzisiejsza irańska republika islamska jest zakałą i zagrożeniem dla sąsiadów, ale również koszmarem dla swoich obywateli. Natomiast najbardziej zasmucającym zjawiskiem ostatniej dekady - zasmucającym wszystkich, którym leży na sercu demokracja i sekularyzm - było wyrodzenie się palestyńskiego nacjonalizmu arabskiego w teokratyczne i tanatokratyczne piekło Hamasu i Islamskiego Dżihadu. Na stronie internetowej partii rządzącej Autonomią Palestyńską znajdujemy na przykład reklamę "Protokołów mędrców Syjonu". Tej obrzydliwości nie można usprawiedliwić za pomocą takich słów jak rozpacz i okupacja, nawet jeśli twierdzą tak inni religijni idioci pokroju Jimmy'ego Cartera, który spotkał się z gangsterami z Hamasu i ani słowem nie wspomniał o ich rasistowskim manifeście (czy warunki panujące w Gazie usprawiedliwiają masakrowanie muzułmanów przez muzułmanów w Darfurze, Iraku, Pakistanie i Libanie?). Sytuacja ta zmusza niesyjonistów takich jak ja do postawienia pytania, czy Izrael mimo wszystko nie powinien być broniony tak, jakby należał do demokratycznego Zachodu. Sami Izraelczycy jeszcze nie udzielili jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie i jeśli naprawdę chcą świętować 60. urodziny (nie mówiąc już o 70.), powinni się z tym pospieszyć.

By Christopher Hitchens, "Slate Magazine"

© 2008 WPNI Slate (Distributed by The New York Times Syndicate)

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Christopher Hitchens, ur. 1949, publicysta, krytyk literacki. Znany przede wszystkim ze swojej krytyki religii wyłożonej m.in. w książce "Bóg nie jest wielki" (wyd. pol. 2007) - zalicza się go do nurtu tzw. nowego ateizmu. Niegdyś trockista, zerwał z lewicą po 11 września, kiedy poparł amerykańską strategię wojny z terrorem, w tym także inwazję na Irak. Publikuje m.in. w "The Atlantic Monthly" i "New York Times Book Review". Jest autorem kilkunastu książek, m.in.: "Letters to a Young Contrarian" (2001) oraz "Love, Poverty and War" (2004). W "Europie" nr 197 z 12 stycznia br. zamieściliśmy jego tekst "Nowa obsesja rasy".