p
Kinga Dunin*
O szkodliwej hipokryzji Platformy
Mimo że Platforma Obywatelska doszła do władzy z hasłem przywrócenia normalności, wszystko, co działo się przez ostatnie miesiące, umocniło tylko moje przekonanie, że mamy do czynienia z podróbką normalnego państwa. Podobnie jak w innych krajach, gdzie można zaobserwować kryzys demokracji, sprawowanie władzy przybiera kształt spektaklu medialnego, a ludzie oczekują od polityków wycofania się z polityki. Brzmi to paradoksalnie, bo oczywiście ludzie chcą mieć i drogi, i szpitale, i szkoły, jednak postrzegają te cele jako coś zupełnie apolitycznego, coś, co otrzymuje się od dobrego gospodarza niezakotwiczonego politycznie. Poza tym wystarczy, by polityk był miły i ładny, by od czasu do czasu wygrywał medialne walki z innym politykiem. W tym sensie PO z Donaldem Tuskiem na czele - w społeczeństwie, w którym nie ma na razie kryzysu gospodarczego, rosną pensje, a ludzie są w miarę zadowoleni - może być dziś pożądanym symbolem normalności. Pod nim kryje się jednak polityka, która - choć nie wywołuje konfliktów - nie chce też niczego zmienić, ukrywa ważne problemy i zakłamuje rzeczywistość.
W ciągu ostatnich niespełna 20 lat wiele rzeczy w Polsce zmieniono. Wciąż brakuje jednak jasnego sformułowania dwóch sfer problemów, których rozwiązania powinno się oczekiwać od rządzących w Polsce. Brakuje też refleksji nad tym, jak powinny wyglądać relacje między tymi sferami. Do pierwszej z nich należą kwestie zarządzania technicznego - na przykład służba zdrowia, edukacja, podatki. Wyborcom na co dzień wydaje się, że są to kwestie zupełnie apolityczne. Wszyscy chcą mieć jednocześnie niskie podatki, wygodne drogi i dostępną służbę zdrowia... Wystarczy jednak zadać sobie pytanie, co to znaczy, że chcemy dostępnej służby zdrowia, by okazało się, że nie jest to takie proste. Bo dla zdrowszych i bogatszych dostępna służba zdrowia to rozwijający się sektor prywatny połączony z mechanizmami obrony praw konsumenta (z tego ostatniego mało kto zdaje sobie u nas sprawę). Dla uboższych zaś to silny sektor publiczny, tańsze leki i zdecydowanie większy nacisk na prawa pacjenta. Widać tu pole konfliktów politycznych, jednak konflikty te raczej nie są nazywane we właściwy sposób. Co najwyżej wykorzystuje się je do ataków na konkurentów politycznych, krzycząc, że prywatyzacja oznacza: zabiorą biednym, choć w praktyce wcale nie musi tak być, jeśli priorytetem pozostanie powszechny bezpłatny dostęp. Tymczasem zarówno w tej, jak i w innych sferach PO - podobnie jak poprzedni rządzący - stosuje strategię półśrodków: kiedy ludzie są niezadowoleni, dopłaca im się trochę do pensji i wszystko jakoś toczy się dalej bez żadnej jasnej wizji. I przy założeniu, że wszyscy mamy w istocie takie same interesy.
Druga sfera - nie mniej ważna - to sfera kształtowania tożsamości wspólnoty. Tutaj PO proponuje podobny model wizji tożsamościowej co PiS, tyle że w łagodniejszej wersji. Chce zachowania pewnych tradycyjnych wyobrażeń o wspólnocie, biorąc jednak pod uwagę to, że te tradycyjne wyobrażenia funkcjonują w nowoczesnym, zmodernizowanym otoczeniu, czyli są traktowane w sposób mniej dosłowny. Politycy mówią nam więc: będziemy katolikami i tradycjonalistami, ale nie trzeba się już przy tym tak strasznie upierać. Można nawet - puszczając oko do wyborców - zapalić sobie trawkę. Ten model dobrze odpowiada polskiej hipokryzji, jednak na dłuższą metę jest szkodliwy dla tożsamości społecznej. Paradoksalnie, rządy PiS były o tyle lepsze, że pewne sprawy stawiano na tyle ostro, iż każdy musiał nazwać siebie, reagując na tę wizję. Rządy PO pozwoliły nam wrócić do tej samej magmy, w której żyliśmy przed objęciem władzy przez braci Kaczyńskich. Zapomniano o tym, że jesteśmy społeczeństwem, które musi zbudować swoją tożsamość po wieloletnim okresie komunizmu.
W sferze tożsamościowej główne przykazanie brzmi dzisiaj: Nie denerwujmy ludzi żadnym projektem - czy to prawicowym (jak ten, który próbowało realizować PiS), czy lewicowym (którego nikt w ciągu ostatnich 20 lat nie usiłował uczciwie i konsekwentnie ani wprowadzić, ani nawet zaproponować). Trwajmy z naszą niekonsekwencją, hipokryzją, wieloznacznością pozycji. Tymczasem należałoby skłonić Polaków do samookreślenia się, zadawania pytań o to, kim jesteśmy i czemu tak naprawdę sprzyja nasze podłoże kulturowe. To trudne zadanie, ponieważ podział między Polską nowoczesną a tradycyjną nie dzieli po prostu społeczeństwa, ale przebiega w każdym człowieku. Nasza część tradycyjna jakoś współżyje z częścią nowoczesną, przy czym ta pierwsza ma reprezentację zarówno medialną, jak i polityczną, jest dość silnie obecna w sferze publicznej i wspierana przez państwo - na przykład przez lekcje religii w szkołach. Druga część znajduje natomiast wsparcie przede wszystkim w wolnym rynku. Obie domagają się spełnienia, dlatego w niedzielę rano idziemy do kościoła, a wieczorem włączamy telewizor i oglądamy serial o gejach i lesbijkach albo filmy pornograficzne.
Ponieważ nowoczesne potrzeby spełnia w jakimś sensie rynek, możemy przez jakiś czas funkcjonować w ten sposób. Ale brak samoświadomości wyrażającej się w wypowiedzianych światopoglądach czy filozofiach życia na dłuższą metę jest niebezpieczny, bo nie wszystkie problemy da się rozwiązać we własnym domu. Prędzej czy później pojawią się na przykład problemy równościowe związane z imigracją czy kwestie ekologiczne. I rynkowy indywidualizm już nie wystarczy. Bardzo chciałabym, by w Polsce ktoś kiedyś sporządził tak drobiazgowy portret socjologiczny Polaków jak Pierre Bourdieu społeczeństwa francuskiego. I żeby polityka odnosiła się do dobrze rozpoznanego - i samoświadomego - społeczeństwa, a nie do ideologicznych konstruktów. Bo dziś naród czy społeczeństwo, o których opowiadają politycy, to właśnie takie ideologiczne konstrukty. Przydałaby się też inna polityka historyczna - proeuropejska, asymilująca mniejszości, oddająca głos grupom dotąd wykluczonym (jak na przykład kobiety), przywracająca tradycje lewicowe.
W większości państw zachodnich zawiera się obecnie konsensus po stronie nowoczesnej: otwartej na kompromisy i inne światopoglądy. Dlatego włącza się w obręb społeczeństwa różnych innych i ułatwia się im życie na przykład przez zezwolenie na uregulowane prawnie związki homoseksualne. My wciąż zawieramy konsensus po stronie tradycyjnej. To odsuwa nas i od modernizacji, i od Europy. Jak na Polskę jest u nas normalnie, a jak na Europę i świat - dość dziwacznie. Nie uważam, że powinniśmy na ślepo przyjmować wszystkie propozycje, jakie podsuwa nam globalizacja. Powinniśmy nie tyle imitować zachodnie standardy normalności, co je przemyśleć i zastanowić się, czy przypadkiem Karta praw podstawowych nie wygląda trochę inaczej niż ją przedstawiamy i że to trochę wstyd, iż standard europejski okazuje się przerażający dla polskiej normalności. Wydaje się jednak, że żadna z propozycji polskiej prawicy temu nie sprosta i grozi nam, że po następnych wyborach w parlamencie będą już tylko dwie partie: PiS i PO. I tu upatruję wielkiego zadania dla nowej polskiej lewicy niemającej jednak nic wspólnego ani z SLD, ani z LiD.
Kinga Dunin
p
*Kinga Dunin, ur. 1954, socjolog, badaczka literatury, publicystka, działaczka feministyczna. Znana przede wszystkim z felietonów publikowanych w "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej". Jest jedną z najważniejszych postaci środowiska skupionego wokół lewicowego pisma "Krytyka Polityczna", a także członkiem partii Zieloni 2004. Niedawno ukazał się zbiór jej felietonów "Zadyma" (2007). Ostatnio w "Europie" nr 192 z 15 grudnia 2007 r. opublikowaliśmy jej artykuł "POdróbka normalności".