p

Marcin Król*

O sztuce eseju

Esej jest formą na pograniczu literatury i dziennikarstwa. Bez istotnych walorów literackich esej nie tyle jest złym esejem, co w ogóle nie jest esejem. Nazwa tego gatunku pochodzi rzecz jasna od "Essais", czyli "Prób" Michela de Montaigne. Od czasu opublikowania tego dzieła rozkwit eseju ma miejsce przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, ale także w niektórych krajach europejskich. Esej może być krótki, może być długi, jednak w zasadzie nie powinien być jedną dużą książką.

Jest kilka sposobów na formalne zbudowanie eseju. Sposoby wyliczone poniżej nie wyczerpują naturalnie bogactwa literatury, stanowią jedynie przykład najczęściej stosowanych form. Po pierwsze więc, mamy esej francuski zachowujący formę opartą na rozumowaniu dedukcyjnym. Autor logicznie wywodzi argument za argumentem, aż dociera do konkluzji. Esej ma wówczas budowę raczej rozprawy filozoficznej, chociaż dominuje w nim język literacki. Mistrzem takich esejów był Augustine de Sainte-Beuve. Po drugie, esej angielski oparty albo na formie rozgwiazdy, albo na opozycjach binarnych. Forma rozgwiazdy jest zapewne najtrudniejszą postacią eseju, ale też i niesłychanie satysfakcjonującą dla czytelnika, jeżeli autor odniesie sukces. Tworzenie takiego eseju polega na nizaniu odrębnych wątków, które na pozór nie mają nic ze sobą wspólnego, ale w końcu zostają połączone w konkluzji. Wzorem może tu być jeden z największych eseistów wszech czasów Aldous Huxley (co ciekawe, autorem fikcji literackiej był niezłym, ale już nie tak znakomitym).

Natomiast forma binarnej opozycji nieuchronnie prowadzi autora eseju do przesady, do krańcowości, która jednak ogromnie sprzyja wyrazistości tezy przez niego proponowanej. Pozornie jest prosta, ale łatwo w tym wypadku o popadnięcie zarówno w rutynę, jak i w skrajność.

Zacytujmy w tym miejscu, czym zdaniem Aldousa Huxleya jest esej: "Tak jak powieść esej jest literackim sposobem na powiedzenie czegokolwiek o niemal wszystkim. Na podstawie tradycji i w zasadzie z definicji esej jest krótki, a zatem nigdy nie jest wyczerpujący, jednak zbiór esejów może być równie wyczerpujący jak powieść. Trzeci tom >>Prób<< Montaigne'a jest niemal równorzędny w stosunku do znacznej części >>Komedii ludzkiej<< (Balzaca). Ogromną różnorodność esejów można najlepiej badać, odwołując się do trzech punktów odniesienia. Pierwszy to świat osobisty i autobiograficzny, drugi - to co obiektywne, faktyczne, konkretne i szczegółowe, zaś trzeci - to co abstrakcyjne i uniwersalne. Większość eseistów czuje się dobrze tylko w jednej z tych sfer, a najwyżej w dwóch. Mamy do czynienia z eseistami, którzy zajmują jedynie osobisty punkt widzenia, piszą fragmenty rozumowanej autobiografii i patrzą na świat za pośrednictwem anegdoty i opisu. Istnieją też eseiści >>obiektywni<<, którzy nie mówią wprost o sobie samych, lecz zajmują się jakimś tematem literackim, naukowym czy politycznym. Wspaniali i znakomicie wymowni są eseiści, którzy potrafią formułować wielkie uogólnienia. Ale najbardziej bogate i satysfakcjonujące eseje są dziełem tych, którzy potrafią się poruszać nie w jednym i nie w dwu, ale we wszystkich trzech światach, w których esej może egzystować".

Reklama

Dodajmy do tych uwag, że dobry esej jest rezultatem lektury, ale lektury nie dwóch, lecz 200 książek. Albowiem dobry esej jest w gruncie rzeczy doskonałym przykładem formy konserwatywnej, czyli zgodnej z konserwatywnymi zasadami myślenia i postrzegania sformułowanymi już przez Edmunda Burke'a. Nie jest tylko rezultatem naszego prawidłowego rozumowania, ale także tradycji, doświadczenia i intuicji, którymi dysponujemy. Owe 200 książek to podstawa, której w eseju może w ogóle nie być widać, ale bez której nie potrafimy odpowiednio korzystać z doświadczenia i tradycji oraz nie wiemy, jak posługiwać się intuicją (albo intuicja nie staje się dla nas oczywistością). Oczywiście, esej to nie tylko wynik lektur, ale również obserwacji, zwłaszcza obserwacji dotyczących natury ludzkiej. Bez względu na to, czy sądzimy, że natura ludzka stanowi constans, czy raczej, że jest zmienna, nie możemy się obyć bez tego pojęcia, a więc i bez obserwacji dotyczących tego, jaki jest człowiek w szczególności i w ogólności. Wszystkie te obserwacje są naturalnie bardzo ryzykowane, nie podlegają dowodzeniu i mają charakter co najmniej niepełny. A jednak to one stanowią sedno eseju.

Dzieje się tak, bo chociaż niektórzy filozofowie pisali traktaty o ludzkiej naturze nazywane przez nich esejami, to jednak eseiści są bardziej niż filozofowie świadomi równoczesnej trafności a zarazem ułomności czynionych przez siebie obserwacji. Jak wspominał Huxley, zaletą eseju jest to, że nie rości on sobie pretensji do wyczerpania tematu, co w zasadzie jest nie do przyjęcia dla filozofa. Esej jest często jak bardzo dobra fotografia: pokazuje tylko wycinek rzeczywistości, ale zarazem kadruje ją i uwydatnia. Jest błyskiem raczej niż rezultatem głębokiego namysłu, a na pewno musi być błyskiem rozjaśniającym horyzont wyobraźni.

Dlatego esej jest skierowany nie do wszystkich, lecz do happy few (to stanowi jego drugą konserwatywną cechę), czyli do tych, którzy są podatni na pobudzenia wyobraźni, są gotowi myśleć i wyobrażać sobie równocześnie. Nie wszyscy mają tak skonstruowane władze duchowe. Dla niektórych brak klarownego porządku, jaki cechuje esej, a zwłaszcza esej inny niż klasyczny esej francuski, jest nie do zaakceptowania. Myślenie to dla nich tylko rozumienie oparte na racjonalnych zasadach.

Tu należy wspomnieć o dwu sposobach traktowania eseju, zależnie od tego, czy się przyjmuje perspektywę postromantyczną czy preromantyczną. Romantyzm - idę tu tropem rozważań Isaiaha Berlina na ten temat - dokonał bowiem fundamentalnej zmiany w naszym sposobie postrzegania świata i myślenia o nim. Przed romantyzmem bez względu na idee filozoficzne czy na rodzaj zainteresowania człowiekiem postrzegaliśmy świat jako obiektywny. Nikt nie wątpił ani przez moment, że poglądy, które głosi, dotyczą obiektywnie istniejącej rzeczywistości, chociaż naturalnie poglądy te były bardzo zróżnicowane. Po przełomie romantycznym nie jest już jasne, czy w ogóle istnieje obiektywna rzeczywistość, czy też każdy z nas postrzega nie tylko inaczej, ale też co innego. Całkowita subiektywizacja rzeczywistości może - chociaż nie musi - prowadzić do relatywizmu, a na pewno prowadzi do radykalnego indywidualizmu. Z tego zaś wynika przekonanie o niepowtarzalnym charakterze naszych doznań, co ma bezpośredni wpływ na postawę piszącego wobec świata, jaki go otacza oraz na metodę oddziaływania na ewentualnego czytelnika.

Oczywiście dziś możemy - uznając, że nić tradycji została zerwana - przyjmować zarówno preromantyczną, jak i postromantyczną postawę, jednak nasza decyzja w tej kwestii będzie istotnie wpływać na kształt każdego utworu literackiego, a eseju w szczególności, gdyż esej ze swojej natury łatwo podlega subiektywizacji. Jest bowiem zawsze autorski i nie ma pretensji do metodologii, jaka (choć tylko pozornie) sprawia, że dzieła filozoficzne czy inne naukowe mają charakter obiektywizujący. Z tego jednak może wynikać poważne nieporozumienie przeszkadzające w pisaniu eseju. Polega ono na tym, że sama forma eseju wcale nie zakłada subiektywizacji, jak się często współczesnym autorom wydaje. Zasada eseju nie sprowadza się do tego, że nasze widzenie świata jest zapośredniczone przez naszą osobowość, tożsamość czy też niepowtarzalny charakter naszych doznań. Esej może stawiać sobie zadanie poznawania rzeczywistości istniejącej obiektywnie, jakkolwiek wyglądałaby filozoficzna interpretacja istnienia takiej rzeczywistości. Nie tylko bowiem nie ma on nic wspólnego z filozofią, ale wręcz jest gatunkiem - jeżeli wolno tak powiedzieć - antyfilozoficznym.

Polega to na tym, że esejem posługujemy się bardzo chętnie wtedy, gdy problemu czy opowieści, jaka zostaje w eseju zaprezentowana, nie da się skutecznie ani sensownie przedstawić w formie filozoficznej. Prawda, że w czasach współczesnych, w okresie dominacji postnowoczesności, także filozofia chciałaby sięgnąć po esej jako formę wyrazu, ale to możliwe jest tylko w szczególnych okolicznościach i wymaga zdolności literackich, których wielu filozofom postnowoczesnym wyraźnie brakuje. Ucieczka w esej jest zatem marnym wyjściem dla filozofa, który w tradycyjnym języku swej dziedziny nie potrafi przedstawić swoich racji. Ponadto stwarza się w ten sposób sugestię, że forma eseju jest mniej odpowiedzialna i pozwala na mniej precyzyjne wyrażenie swoich myśli niż dopuszcza to filozofia akademicka. Nic bardziej błędnego. Forma eseju jest niezwykle wymagająca i dlatego nie umożliwia skrywania niepewności czy niejasności w literackim opakowaniu.

Wracając zaś do Montaigne'a i do pierwszych "Prób", trzeba jaśniej sformułować zadanie, jakie stawia sobie autor eseju, i odróżnić je od zadania, jakie stawia sobie z jednej strony autor rozprawy filozoficznej, zaś z drugiej autor poezji czy powieści. Autor eseju próbuje i sprawdza, czy uda się powiedzieć coś ważnego i ciekawego, a zatem nie głosi pewnej hipotezy, którą poddaje interpretacji i argumentacji, by ją potwierdzić lub (rzadziej) obalić. Autor eseju nie sięga też po środki czysto literackie dla samego literackiego efektu albo tylko po to, by dotrzeć do czytelnika. Autor eseju sytuuje się gdzieś między filozofem a pisarzem, lecz zajmuje całkiem poważne i niezbędne miejsce. Próbowanie jest bowiem nie tylko uprawnione, ale wręcz konieczne. Zawiera też w sobie ryzyko. Świat pełen jest marnej poezji i marnej filozofii, ale niewiele jest rzeczywiście marnych esejów. Poezję bowiem może uprawiać każdy, komu się zdaje, że umie złożyć wiersz, filozofię każdy, kto opanował podstawy jej często nadmiernie hermetycznego języka, natomiast esej może uprawiać tylko ten, kto z odwagą podejmuje się podjęcia danej kwestii. Można napisać esej o piłce nożnej i esej o poglądach Tomasza Manna, ale nie wystarczy mieć coś do powiedzenia, trzeba jeszcze odwagi i związanego z nią ryzyka podjęcia tematu i postawienia wprost pytania: na czym polega przyjemność oglądania piłki nożnej albo czy Tomasz Mann był konserwatystą.

Pisanie eseju nie polega na postawieniu tezy, lecz na dostrzeżeniu, że drzwi są uchylone, a wobec tego można przez nie wejść. Jednak nie wiemy, co za nimi znajdziemy, bo gdybyśmy wiedzieli, pisanie eseju nie miałoby żadnego sensu. Wchodzimy więc i idąc, oglądając oraz myśląc, posuwamy się naprzód, nigdy jednak nie wiemy dokąd. W tym rozumieniu esej najlepiej oddaje stan ludzkiej kondycji opisywany przez wielkiego współczesnego konserwatywnego filozofa brytyjskiego Michaela Oakeshotta. Pisał on, że nasze życie polega na tym, iż znajdujemy się na statku, nie wiemy, z jakiego portu statek ów wypłynął, dokąd zmierza, a jedynym, co możemy uczynić i co jest naszym zadaniem, jest wykazanie się odpowiednimi umiejętnościami i utrzymanie statku na morzu. Esej nie ma celu, ma tylko formę i treść. Nie jest rezultatem poglądów już posiadanych ani sprawozdaniem z tego, jak rozumiemy świat, lecz stanowi próbę zrozumienia tego, czego nie rozumiem do końca albo w ogóle nie rozumiem i "próbując", czyli pisząc, staram się zrozumieć. Taka była dokładnie intencja Montaigne'a, który wbrew błyskotliwej i czasem dowcipnej formie swoich esejów był człowiekiem głęboko samotnym i mizantropem.

Może nam się wędrówka za uchylone drzwi nie powieść, może się okazać, że nie znaleźliśmy nic, a przynajmniej nic godnego opisania. Wtedy trzeba po prostu zrezygnować. Jednak nigdy się nie dowiemy, co jest za drzwiami, jeśli ich nie otworzymy i nie wejdziemy do środka. Esej jest więc także formą odkrywania tajemnicy, a dla tych, którzy nie wierzą w tajemnice - formą odkrywania zagadki. Kiedy zaś próbujemy odkryć tajemnicę czy też rozwiązać zagadkę, często obieramy mylny trop i musimy zawrócić. Jednak mylny trop bywa czasem ciekawy - jako próba właśnie - i dlatego nie sądzę, by należało z tekstu eseju koniecznie usuwać te fragmenty, które, jak się okazało, nie prowadzą do odkrycia tajemnicy, lecz stanowią opowieść o poszukiwaniach. Kto szuka, nie błądzi. Maksyma ta dotyczy również - a może przede wszystkim - eseisty. W eseju najważniejsza jest bowiem konkluzja, ale droga do konkluzji jest równie ciekawa, ponieważ śledząc ją, nie tylko uczymy się myśleć i wyobrażać, ale także dowiadujemy się rzeczy nieoczekiwanych.

Esej powinien także przynosić niespodziankę, zaskakiwać nas nieoczekiwanym podejściem do danego problemu czy nieoczekiwanym jego rozwiązaniem. Niedobrze jest, jeżeli eseista czyni to na siłę, ale jeżeli potrafi nas zaskoczyć bez wyraźnego w tekście starania się o zaskoczenie, to spełnia swoje zadania. Była już mowa, że esej wymaga odwagi i związanej z nią gotowości podjęcia ryzyka. Nie może więc być eseistą ten, kto - jak bardzo wielu ludzi - nie lubi niespodzianek i stara się za wszelką cenę unikać ryzyka - niech lepiej nie czyta esejów, a już na pewno niech się nie bierze do ich pisania. Mowa jest oczywiście tylko o ryzyku duchowym, nie o niebezpieczeństwie fizycznym, ale zazwyczaj ludzie niepodejmujący ryzyka praktycznego nie podejmują też duchowego. Świat eseju pozostanie dla nich zamknięty.

Ponieważ autor eseju próbuje odkryć tajemnicę, a także znaleźć nieoczekiwane, niespodziewane podejście, to mimo wielkiej wiedzy, jaką musi dysponować, powinien tę wiedzę pozostawić na zapleczu. Nie może pisać ani książki telefonicznej, w której roi się od nazwisk filozofów i pisarzy, ani opatrywać eseju licznymi uczonymi przypisami. Nie ma w tym błędu w sztuce, ale po co pisać esej, kiedy chce się napisać artykuł? Jednak to zaplecze intelektualne oraz zaplecze doświadczeń własnych jest dla eseju niezbędne, co sprawia, że jest on w zasadzie formą dostępną dla ludzi co najmniej po trzydziestce, jeżeli nie starszych. Młody autor eseju będzie starał się wykazać, że dysponuje już odpowiednią wiedzą i wrażliwością, ale jest skazany na porażkę, bo chociaż bywają genialni młodzi poeci i genialni młodzi matematycy, to genialny młody eseista jest niewyobrażalny, a wynika to z samej natury eseju.

Jeżeli za element konserwatyzmu uważamy doświadczenie i sądzimy jak konserwatywni myśliciele polityczni w XIX wieku, że młodzież (czyli na przykład ludzie, którzy nie ukończyli 35 lat) nie powinna się pchać do polityki, to jeszcze bardziej konserwatywni powinniśmy być w stosunku do autorów eseju. Także dlatego, że powszechna obecnie moda na spontaniczność czy autentyczność może skłaniać osoby niedojrzałe do pisania esejów, czyli produkowania tekstów wyrażających ich odczucia i wyobrażenia w przekonaniu, że jest to już forma eseistyczna. Każdy ma jakieś myśli i wyobrażenia, ale nie ma najmniejszego powodu, by musiał czytelników z nimi zapoznawać. Z tego między innymi powodu trzeba za wyjątkowo nieszczęśliwe uznać przyjęte najpierw w krajach anglosaskich, a teraz już i w Polsce posługiwanie się terminem "esej" do określenia okresowych czy rocznych prac studentów. Studenci z natury rzeczy nie są w stanie napisać prawdziwego eseju, a to, co muszą wykonywać na wydziałach humanistycznych, to po prostu praca roczna czy inna praca pisemna. Powinni takie prace pisać, ale niech nikt nie określa tego mianem eseju. Studenci przecież nie podejmują prób, przeciwnie - mają się wykazać pewnymi bardzo konkretnymi umiejętnościami, w tym także, o ile to możliwe, umiejętnościami pisarskimi, ale na poziomie elementarnym.

Wszystkie dotychczasowe uwagi na temat eseju skłaniają nas do bardzo istotnego wniosku: odpowiedzialność ponoszona przez pisarza za esej ma inny charakter niż w wypadku stosowania pozostałych form literackich, dziennikarskich czy naukowych. Autora pracy naukowej można sprawdzić, podobnie dziennikarza, jeżeli jest przyzwoitym dziennikarzem, to znaczy przytacza informacje oraz cudze opinie, a nie swoje własne. Pisarz, beletrysta lub poeta podlegją sprawdzeniu przez czytelników i - niestety - przez rynek. Natomiast eseista żadnej z tych form sprawdzenia nie podlega. Nawet czytelnicy nie są w pełni wiarygodnymi świadkami, gdyż łatwo ich eseiście wprawnemu (a niezbyt mądremu) zwieść na manowce.

Odpowiedzialność eseisty jest zatem do głębi osobista. Jeżeli nie ma odpowiednich wyżej wymienionych podstaw do pisania eseju, jeżeli nie jest gotów podjąć ryzyka, nie zmierza do odkrycia tajemnicy oraz nie szykuje nam niespodzianki, to nas mami. Przecież nie musi pisać eseju, może napisać artykuł gazetowy lub oprzeć prezentację swoich poglądów na tak lubianej dzisiaj, w czasach politycznej poprawności, zasadzie: z jednej strony... - z drugiej strony.... Z jednej strony małżeństwa homoseksualne podważają klasyczną zasadę rodziny, ale z drugiej strony, skoro wolni ludzie pragną zalegalizować swoje związki, to dlaczego im tego zabraniać. I wilk syty, i owca cała, a autor artykułu nie ponosi żadnej odpowiedzialności, bo nie ośmielił się wyrazić swojego zdania.

Eseista tak postępować nie może. Musi ponosić całkowitą odpowiedzialność za swoje słowa, bo w znacznej mierze ufamy mu na słowo. Ponieważ nie przeprowadza ani dedukcyjnego, ani indukcyjnego procesu dowodzenia, ponieważ nie musi powoływać się na zdanie innych, którzy na ten sam temat pisali i ponieważ jego duch - bez względu na to, czy jest to esej preromantyczny czy postromantyczny - ręczy za rzetelność (co nie znaczy prawdziwość) jego słów, eseista ponosi najpoważniejszą odpowiedzialność.

Jest za to jednak nagradzany, gdyż sprawia przyjemność przede wszystkim samemu sobie. Ileż to naczytaliśmy się o mękach twórczych poetów czy prozaików! Eseista, który się męczy, nie jest dobrym eseistą. Eseista bowiem w samym procesie pisania, który dla niego jest równoznaczny z procesem myślenia i wyobrażania, znajduje przyjemność, nawet jeżeli esej się nie uda i nigdy nie zostanie opublikowany. Eseistą więc może być tylko człowiek, który lubi pisać, chociaż nie jest najważniejsze, czy lubi być czytanym.

Marcin Król

p

*Marcin Król, ur. 1944, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wybitny znawca polskiej myśli politycznej, jeden z najważniejszych krajowych przedstawicieli konserwatywnego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał m.in. "Konserwatyści a niepodległość" (1985), "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Jest stałym współpracownikiem "Europy". Ostatnio w nr 211 z 19 kwietnia br. opublikowaliśmy jego tekst "Spór i kompromis".