Na pytanie, kto mógłby zastąpić Stany Zjednoczone w roli globalnego lidera, najczęściej słychać odpowiedź: Chiny. Może jeszcze nie dziś, może za 10 - 20 lat - wskazują zwolennicy tej tezy - ale Państwo Środka na pewno zdystansuje Amerykę. W końcu już teraz uzależniło ją od siebie, finansując jej ogromne zadłużenie... Dla naszego dzisiejszego rozmówcy Marka Leonarda błyskawiczny wzrost znaczenia Chin na arenie międzynarodowej jest najważniejszym wydarzeniem epoki, w której żyjemy. Oto po raz pierwszy w dziejach niezachodni kraj ma szansę stać się supermocarstwem decydującym o losach świata. Chiny zyskują wpływy nie tylko za sprawą dynamicznej gospodarki. Ich pozycja umacnia się, bo wedle Leonarda wypracowały model rozwoju stanowiący realną alternatywę dla liberalno-demokratycznego modelu zachodniego. Sukcesy Pekinu są nadzieją dla krajów, które z różnych powodów nie chcą kopiować europejskich czy amerykańskich wzorców. Tam gdzie Zachód domaga się przestrzegania standardów, Chińczycy oferują pomoc bez żadnych warunków wstępnych. Nic dziwnego więc, że coraz liczniejsza grupa państw azjatyckich i afrykańskich właśnie Chiny uznaje za wiarygodnego gwaranta własnego bezpieczeństwa ekonomicznego i politycznego.
p
Dlaczego nie ulega wątpliwości, że narodziny chińskiej potęgi to największe wydarzenie naszych czasów? Bo chodzi tu o strukturalną zmianę w porządku światowym, a
zamachy 11 września czymś takim nie były - nie podważały zasadniczego układu sił. Na naszych oczach Chiny stały się państwem, bez którego nie sposób rozwiązać właściwie żadnego
problemu uznawanego za istotny. Kiedy mówimy o zmianach klimatycznych, wszyscy zdają sobie sprawę, że bez współpracy ze strony Chin nie znajdziemy tu rozwiązania. A kiedy dyskutujemy w Europie
na temat tego, czy uda się nam powstrzymać Iran od zbudowania bomby jądrowej, doskonale wiemy, że Chiny stanowić będą część rozwiązania albo część problemu. Nie poprawimy katastrofalnej
sytuacji w Birmie bez udziału Chin. To samo jest z ludobójstwem w Darfurze. I tak dalej...
I na tym nie koniec - do niedawna skupialiśmy uwagę na kwestiach ekonomicznych związanych z Chinami, dziś skupiamy ją na kwestiach politycznych, a niedługo wielka zmiana będzie dotyczyć sfery
idei i ideologii. Dlatego właśnie sądzę, że Chiny to naprawdę wielka sprawa. Mamy do czynienia z państwem, które być może jeszcze za mojego życia stanie się największą gospodarką
świata. Już dziś co drugie ubranie czy buty na świecie noszą naszywkę "Made in China". Chiny produkują najwięcej komputerów na świecie. Zużywają 40 procent światowego
cementu, 40 procent węgla, 30 procent stali i 12 procent energii. Mają wpływ na życie codzienne każdego z nas: podwyższając cenę ropy i jednocześnie obniżając ceny elektroniki, zatapiając
europejski przemysł tekstylny i jednocześnie pompując niewyobrażalne pieniądze w amerykańską gospodarkę. Szybkość, z jaką wszystko się tam toczy, jest oszałamiająca. Przez trzy lata
jeździłem do Chin bardzo często - nierzadko po dwóch miesiącach nie byłem w stanie rozpoznać miejsca, które wcześniej wielokrotnie widziałem. Chiny wprowadziły 300 milionów ludzi w
nowoczesność - z absolutnego wiejskiego zacofania - w ciągu zaledwie 30 lat! Europie zajęło to 200 lat. Ale to oszołomienie statystykami, szybkością, skalą zmian nie powinno nam
przesłaniać jeszcze istotniejszej kwestii: do jakiego stopnia narodziny chińskiej potęgi zmienią naturę naszego świata. Chiny mają zupełnie inny od Stanów Zjednoczonych pomysł na globalny
ład. Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny potęga niezachodnia będzie miała wpływ na definiowanie i reguły rozwiązywania najistotniejszych kwestii. Chiny zaczynają myśleć na własny
rachunek i cały świat będzie to musiał wziąć pod uwagę.
W latach 80. czy 90. Chiny były naśladowcami modelu amerykańskiego. Czytano Friedmana i Hayeka - filozofia wolnego rynku stała się jedynym wyznacznikiem reform ekonomicznych. Polityka
zagraniczna Stanów Zjednoczonych określała to, co pożądane na światowej scenie, a Chińczycy byli gotowi niemal na wszystko, byle uniknąć gniewu hegemona. Wang Xiaodong, jeden z chińskich
ideologów nowego nacjonalizmu, twierdzi, że ta bezwarunkowa akceptacja amerykańskiego punktu widzenia wynikała przede wszystkim z nienawiści do samych siebie. Chińczycy uważali się za
podrzędny naród z podrzędną historią. Xiaodong mówi wręcz: "To nie różniło się bardzo od rasizmu Hitlera, tyle że w przeciwieństwie do nazizmu głównym celem oddziaływania
rasistowskiej ideologii stał się własny naród". Ten zwrot ku Zachodowi oznaczał również, że liberalna demokracja była standardem dla reform politycznych. Dziś Chińczycy już tak
nie myślą. Mówią coraz częściej: "Wy, ludzie Zachodu, mówicie o demokracji tak, jakby to była religia, na którą musi zostać nawrócony cały świat. Tymczasem wybory nie
rozwiążą żadnego problemu, z którym mają do czynienia dzisiejsze Chiny".
Związek Sowiecki stanowił absolutny wzorzec dla Mao, kiedy tworzył on komunistyczne państwo. Niemal wszystko - od instytucji po propagandę - zostało przeniesione z Moskwy i poddane jedynie
nieznacznemu lokalnemu retuszowi. Chińczykom wydawało się, że na zawsze pozostaną mniejszym bratem Moskwy, że Rosjanie mają nad nimi technologiczną przewagę. Upadek Związku Sowieckiego był
dla nich gigantyczną traumą, jednym z kilku najboleśniejszych obrazów w chińskiej psyche. Chińska elita nie miała wątpliwości, gdzie Rosjanie się pomylili: nie należało zaczynać reform
politycznych przed reformami ekonomicznymi. Był jeszcze jeden powód odrzucenia demokracji związany z innym traumatycznym doświadczeniem - rewolucją kulturalną. Rewolucja kulturalna była wojną
wszystkich ze wszystkimi, przyniosła mnóstwo ofiar. Nikt nie przestrzegał prawa, niezliczone frakcje walczyły do krwawego końca. Wielu obawia się, że demokratyczne wybory oznaczałyby dziś
ponowne wypuszczenie dżina z butelki: powstałby chaos, biedni wieśniacy wystąpiliby przeciwko rodzącej się klasie średniej, a Chiny - i to jest najgorsze - rozpadłyby się. Ale o tej zmianie
stosunku do liberalnej demokracji nie zdecydowały jedynie klęski. Ona dokonuje się w ogromnym stopniu także z powodu dzisiejszej sytuacji - z powodu tego, że Chińczycy tak doskonale sobie
radzą. I dalej chcą podążać tą ścieżką. Wierzą, że wybierając rządy prawa bez demokracji - tak jak zrobił to w przeszłości Singapur - zapewnią sobie dalszy wzrost, przyciągną
kolejne zagraniczne inwestycje, wykorzenią korupcję i zbudują silną tożsamość narodową.
Nie ulega wątpliwości, że Chiny nie są demokratycznym krajem, gdzie szanuje się uprawnienia jednostki. Tamtejsze prawa dotyczące zgromadzeń publicznych są przerażające. Lekcja kolorowych
rewolucji - na Ukrainie, w Gruzji - przekonała Pekin, że organizacje pozarządowe to wróg publiczny. Okrucieństwo, z jakim potraktowano łagodne Falun Gong, zaskoczyło wszystkich. Widzieliśmy
też, co stało się ostatnio w Tybecie. Tak więc Chiny nie stają się wolne, ale jednocześnie ogromnie się zmieniają. Nie chodzi tu o staromodną formę autorytaryzmu - to jest forma znacznie
nowocześniejsza, zdolna do wielu adaptacji. Chińczycy nieustannie eksperymentują, korzystając z zachodnich doświadczeń demokracji partycypacyjnej czy socjologicznych metod w rodzaju grup
fokusowych. Ich celem jest zbudowanie stabilniejszej, odporniejszej na wstrząsy formy autorytaryzmu. Można ją nazwać dyktaturą deliberatywną. Nie ma w niej wyborów, zwiększa się natomiast
pole konsultacji. Albo inny przykład: upłynie oczywiście bardzo dużo czasu, zanim Chiny staną się państwem prawa - nigdy zresztą nim nie były. Jednocześnie jest to jedyny monopartyjny kraj
świata, który pozwala na pozywanie państwa przez obywateli. W ciągu pięciu lat liczba takich spraw wzrosła z 10 do 100 tysięcy. Liczba spraw wygranych przez obywateli jeszcze niedawno
ograniczała się do kilku wyjątków, dziś wygrywają ich prawie połowę...
Oczywiście dziś nie jest tak jak dawniej, gdy Deng Xiaoping siedział sam w pokoju i zastanawiał się, co zrobić, w jakim kierunku powinny pójść Chiny. Partia jest w znacznym stopniu
odmłodzona, jej zwykli członkowie częściej niż dotychczas kandydują w wyborach - w ostatnich latach na lokalnych i narodowych kongresach partii było o jedną czwartą więcej kandydatów niż
stanowisk. A wracając do pańskiego pytania: porównanie z wielką międzynarodową korporacją rzeczywiście jest trafne. Tylko czy chcielibyśmy żyć w kraju zarządzanym przez Microsoft? Ja na
pewno nie. I pan też nie, jak sądzę... Każda korporacja zarządzałaby na przykład Zimbabwe lepiej niż Robert Mugabe, ale to jeszcze nie oznacza, że jest ona formą władzy, której demokracja
liberalna ma cokolwiek do pozazdroszczenia. Innymi słowy to, że KPCh staje się merytokracją, potwierdza jedynie moje wcześniejsze stwierdzenie: celem Pekinu jest zbudowanie inteligentniejszej
formy dyktatury, gdzie partia stara się lepiej niż dotychczas zrozumieć, czego ludzie chcą. Ale nie robi tego przez wybory powszechne, tylko przez pewne formy publicznej konsultacji.
Nie jestem futurologiem. Ale odpowiem panu w następujący sposób: tyle razy już przewidywano, że Chiny upadną z takiego czy innego powodu i za każdym razem okazywało się, że te prognozy
były całkowicie błędne.
Zachodnie analizy sytuacji w Chinach mają dziś jeden główny cel: ocalenie starej, dobrej teorii dowodzącej, że demokratyzacja jest nieunikniona. Niektórzy twierdzą, że Chiny staną się
demokratyczne, gdy dochód na głowę osiągnie pięć tysięcy dolarów. Inni mówią z kolei, że wymogi współczesnej gospodarki - swobodny obieg informacji, wolność poszukiwań, rządy prawa -
spowodują, że Chiny już niedługo będą miały wybór między demokratyzacją a bankructwem. Nie twierdzę, że teorie te okażą się nieprawdziwe w dłuższej perspektywie. Prawie każda teoria
sprawdza się, jeśli zastosujemy wystarczająco długą perspektywę. Jednak to prowadzi do sytuacji, w której Zachód wielu rzeczy po prostu nie widzi. Na ślepo zakładamy na przykład, że klasa
średnia będzie za demokracją. Tymczasem tak wcale nie musi być - i tak nie jest. W Rosji klasa średnia jest przeciwna demokracji, ponieważ posiada liczne dobra zdobyte często w dość dziwny
sposób - i nie chce, by jej te dobra odebrano. W Chinach widzimy dokładnie to samo: klasa średnia jest przeciwko demokracji, ponieważ boi się, że 700 milionów biednych ogołoci ją z
pieniędzy, które udało jej się w ciągu ostatnich lat zdobyć.
Jest jeszcze coś poza nieufnością klasy średniej do demokracji, czego Zachód nie widzi. Twierdzi się, że Chiny to niemal stalinowskie państwo odcięte od reszty świata przez aparat
represyjny i cenzurę. To wielki błąd. Analogie z Rosją i Europą Wschodnią z lat 80. nie mają sensu. Rządy komunistyczne ujawniły swoją nicość, kiedy stworzony przez nie szary świat
został za pomocą telewizji i innych mediów skonfrontowany z obrazem lepszego życia na Zachodzie...
Właśnie. Są pełne wszelkiego rodzaju symboli konsumerystycznego świata, są nimi dosłownie zalane. I każdego roku wzrasta liczba ludzi, którzy mają do nich dostęp. To pokazuje, że Chiny
są w stanie zasymilować niemal wszystko. Internet jest świetnym przykładem. Przypuszczano, że zmieni on oblicze Chin. Tymczasem to Chiny zmieniły oblicze internetu, zmuszając Google czy
Microsoft do grania zgodnie z zasadami narzuconymi przez Pekin.
Chińczycy byli przerażeni tym, do jakiego stopnia świat postrzega ich coraz większą potęgę jako zagrożenie. Dla Chin celem numer jeden jest to, by zapewnić sobie spokojne otoczenie
zewnętrzne i dzięki temu nadal kontynuować reformy ekonomiczne. Dlatego zapewniają, że w przeciwieństwie do USA nie będą starali się stworzyć hegemonicznej potęgi nastawionej na budowanie
sojuszy przeciwko innym państwom. Przekonują, że chiński rozwój stworzy sytuację, w której będą jedynie wygrani, że jedynym rezultatem będzie ogólna prosperity i zwycięstwo pokoju. Ta
zmiana zaczęła się już za Denga - w sferze gospodarczej wycofał się on z centralnego planowania, a w polityce zagranicznej porzucił sponsorowanie komunistycznych piątych kolumn w
południowo-wschodniej Azji, zakończył spory graniczne z Indiami, przestał traktować instytucje międzynarodowe jako wcielenie wszelkiego zła. Chiny miały pozostać neutralne w wojnach i
wszelkich konfliktach. A chińska polityka zagraniczna miała stać się niewidzialna zgodnie z zaleceniem Denga: "Nie wystawiaj głowy na zewnątrz".
To prawda. Im bardziej chińska potęga wzrasta, tym cała ta linia staje się trudniejsza do utrzymania. Trudno schylać głowę nisko, gdy rosnąc w siłę, wchodzi się w konflikt interesów z
innymi krajami. Inni też zaczynają domagać się coraz więcej - choćby zaangażowania w rozwiązywanie światowych konfliktów. A to jest często mało wygodne z gospodarczego punktu widzenia. Tu
jednak trzeba sobie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, teoria pokojowego wzrostu mimo swych zasadniczych braków (nie mówiła na przykład nic o tym, jak powinny wyglądać reformy polityczne
wewnątrz kraju ani jak powinien wyglądać ład światowy) okazała się sukcesem. Oczywiście utrwalenie chińskiej soft power będzie wymagało politycznych reform. Jednak jak dotychczas -
przynajmniej przed wydarzeniami w Tybecie - Chiny okazały się głównym beneficjentem kryzysu popularności Ameryki po wojnie w Iraku. Właśnie dlatego, że tam gdzie Amerykanie mówią o wojnie,
Chińczycy mówią o pokoju. Tam gdzie Amerykanie mówią o sankcjach, Chińczycy oferują pomoc bez żadnych warunków wstępnych. Tam gdzie Amerykanie są symbolem terapii szokowej i
neoliberalizmu, Chińczycy zalecają gradualizm, stopniowe zmiany. Po drugie, kiedy ludzie stają się silniejsi, stają się także bardziej asertywni. To główny powód, dla którego chińska
polityka zagraniczna przechodzi dziś zasadniczą zmianę. Chiny nadal chcą utrzymać spokojne otoczenie zagraniczne, ale jednocześnie nieustannie toczy się tam dyskusja, jak poradzić sobie z
resztą świata...
Oni tego sformułowania nienawidzą. Lepiej go nigdy nie używać przy Chińczykach. Ich zdaniem jedyny sens tych słów sprowadza się do tego, że to Amerykanie mają decydować, kto jest
odpowiedzialny, a kto nie. A Chińczycy chcą czegoś zupełnie innego - chcą na dłuższą metę zbudować światowy porządek na wzór i podobieństwo Chin. Chcą świata, gdzie rządy narodowe
są panami swego własnego przeznaczenia i są całkowicie niezależne od kaprysów światowego kapitału czy polityki zagranicznej prowadzonej przez USA. Chcą inwestycji, technologii i dostępu do
światowych rynków, ale nie chcą być zarażeni przez zachodnie wartości. Nie chcą, by Chiny zostały spłaszczone przez globalizację. Chcą tak zmienić reguły światowego współzawodnictwa,
aby stały się one odzwierciedleniem chińskiej siły.
To prawda. Organizacje międzynarodowe, którym patronują Chiny - jak choćby Szanghajska Organizacja Współpracy - na pozór przypominają Unię Europejską nastawioną na liberalny multilateralizm. Jednak w rzeczywistości stanowią zaczątki chińskiego porządku światowego, gdzie liczy się jedynie suwerenność państwowa, gdzie państwa całkowicie odrzucają obcą interwencję w obronie praw jednostki - nawet gdy prawa te są gwałcone w drastyczny sposób. Dziś coraz wyraźniej widzimy, że w przeciwieństwie do lat 90. nie mamy do czynienia z rozwojem światowych demokracji, lecz wprost przeciwnie - ze stagnacją wolności. Chiny nie są co prawda jedyną przyczyną tego stanu rzeczy (Bush podważył wszelką prawomocność promowania demokracji za sprawą wojny w Iraku, a Putin też zrobił swoje), ale w ogromnym stopniu się do tego przyczyniły. Kontrast między ich sukcesem a Rosją czasów Jelcyna przyczynił się do rozpowszechnienia przekonania, że reformy gospodarcze muszą poprzedzać reformy polityczne. Ten mit założycielski stał się gigantyczną przeszkodą dla państw promujących demokrację. Co gorsza, Chiny pokazały, że nie ma związku między wzrostem gospodarczym a demokracją. One same są dziś największym aktywnym promotorem autokracji. Dyktatorzy, aby dostać pomoc gospodarczą od Zachodu, musieli obiecywać poprawę, respektowanie praw człowieka. Dziś mają inną możliwość - wystarczy poprosić Pekin. Ale to nie są jedynie pieniądze. Chiny oferują także wsparcie polityczne w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, szkolenia w zakresie tłumienia opozycji czy dostawy sprzętu do szpiegowania ludności. Nawiasem mówiąc, ONZ staje się w coraz większym stopniu narzędziem promowania chińskiej wizji świata na tle malejącego wpływu USA. W ciągu ostatnich dziesięciu lat w głosowaniach dotyczących praw człowieka liczba amerykańskich zwycięstw spadła z 50 procent do niecałych 25, podczas gdy Chiny podwoiły swój wynik: z 40 do ponad 80 procent wygranych...
Oni się tego rzeczywiście bardzo boją, ponieważ zdają sobie sprawę, że Zachód jest gwarantem dość stabilnego porządku międzynarodowego. Pamiętają, że to Zachód hamuje rozprzestrzenianie się broni nuklearnej. I że Chiny na tym korzystają – ponieważ dziś mogą się egoistycznie skupić na swoich własnych interesach i rozwoju gospodarczym, pasożytując na systemie, który jest utrzymywany przez amerykańską potęgę i w pewnej mierze przez Europę. Są bardzo zmartwieni, że świat będzie się od nich domagał, by coś zrobili w celu podtrzymania tego porządku. Albo co gorsza, że dzisiejszy porządek stanie się niestabilny, albo zniknie, zanim Chiny będą gotowe do zrobienia następnego krokuc
Wzrost chińskiej potęgi dla wielu rządów – w Afryce, Azji Centralnej, Ameryce Łacińskiej czy na Bliskim Wschodzie – oznacza, że wybór nie ogranicza się, tak jak dawniej, do dwóch możliwości: asymilacja z Zachodem albo izolacja. Chiny nie stworzyły na razie nowego porządku światowego, ale stanowią alternatywny biegun potęgi i dostarczają alternatywnej filozofii rządzenia. Budują dziś bardzo bliskie relacje z Afryką, która dostarcza im surowców – to one stały się dziś głównym gwarantem gospodarczego rozwoju tego kontynentu. Podam taki przykład: Międzynarodowy Fundusz Walutowy spędził lata na negocjacjach z Angolą tylko po to, by na chwilę przed podpisaniem dokumentów dowiedzieć się, że Chiny zgodziły się udzielić tej samej pożyczki bez żadnych wstępnych warunków. Tak samo było w Algierii, Etiopii, Nigerii, Sudanie, Zimbabwe, Czadzie. Ale dotyczy to nie tylko Afryki: Brazylia, Rosja czy Wietnam kopiują chińską politykę industrializacji, używając publicznych pieniędzy i pieniędzy z zagranicy, by finansować bardzo kosztowne inwestycje – MFW nigdy by się na takie rzeczy nie zgodził. Kraje te – także wbrew zaleceniom MFW, ale za przykładem Pekinu – spowalniają programy prywatyzacyjne, czasem nawet przeprowadzają renacjonalizację. Podobnie jak Chiny podtrzymują kontrolę państwa nad tymi sektorami gospodarki, które są ich zdaniem kluczowe dla interesu narodowego – to może dotyczyć nawet rolnictwa. Wierzą w to, że skutecznie zarządzane przedsiębiorstwa państwowe dostarczą rządowi pieniędzy, które posłużą do rozwiązania najistotniejszych problemów politycznych czy społecznych. Jednocześnie ograniczając dostęp prywatnego biznesu do rynku, doprowadzają do tego, że prawie nie mają konkurencji...
A jednak – jak widać – istnieją kraje, które reprodukują chiński model. Z kilku zasadniczych powodów. Po pierwsze dlatego, że są biedne tak jak Chiny. Po drugie dlatego, że tak jak Chiny mają złe doświadczenia kolonialne i fatalne doświadczenia, gdy chodzi o demokratyzację. Po trzecie, są – podobnie jak Chiny – w sporym stopniu antyzachodnie. Istotną rolę w odwracaniu się od modelu liberalnego odegrały wydarzenia ostatnich lat: pamięć o finansowych kryzysach w Azji, Rosji i Ameryce Łacińskiej i w rezultacie dojście do władzy populistycznych przywódców w różnych częściach świata. A także przykład krajów bogatych w paliwa – zauważono, że im pozwala się na wszystko, nie wymaga się, by przestrzegały konsensusu waszyngtońskiego itd.
To, co stało się w Tybecie, sprawiło, że zmieniłem zdanie. Dziś myślę, że rządy powinny mówić bardzo wyraźnie: „Jeśli liczba więzionych Tybetańczyków się nie zmniejszy, jeśli nie będziecie rozmawiać na serio z Dalajlamą, jeśli dziennikarze zagraniczni nie będą mogli swobodnie przemieszczać się po waszym kraju, nie przyjedziemy na ceremonię otwarcia”. Chińczycy byli bardzo zaskoczeni protestami Tybetańczyków. Myśleli, że wszystko mają pod kontrolą – i nagle coś się wydarzyło. To jest dla nich bardzo duży problem. Nie chodzi o sprawy wewnętrzne – bo tutaj naprawdę wszystko mają pod kontrolą. Większość Chińczyków boi się przede wszystkim jednego: że ich kraj rozpadnie się na kilka części, a dzieło unifikacji dokonane po wieku poniżenia 1840 – 1949 (gdy miały miejsce inwazje brytyjskie, japońskie czy wojny opiumowe) zostanie zaprzepaszczone. Ludność w najmniejszym stopniu nie popiera Tybetańczyków również dlatego, że kwestie narodowościowe są dla niej niezrozumiałe – Chiny to imperium, podobnie jak Związek Radziecki, a nie państwo narodowe. Tybet stanowi problem głównie w kontekście międzynarodowej reputacji Chin.
Bojkot jest ważny, ale nie należy całej sprawy dramatyzować. Igrzyska mają miejsce w momencie, gdy Chiny stają się wielką międzynarodową potęgą. I będą stawać się jeszcze potężniejsze. W rezultacie świat w jeszcze większym stopniu będzie przyglądał się Chinom, zwiększał swoją presję. To nie jest tak, że gdy skończy się olimpiada, inne państwa pozwolą Pekinowi na wszystko.
p