Dziennik Gazeta Prawana logo

Piękna choroba

5 lipca 2008, 04:02
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Po irlandzkim "nie" w Europie zapanowała osobliwa atmosfera. W swoim komentarzu Ivan Krastev właśnie na nią zwraca szczególną uwagę. Ten poklęskowy klimat ma w sobie coś do głębi schizofrenicznego. Z jednej strony, zgodnie z instytucjonalnymi regułami gry wynik ten oznacza śmierć traktatu - tak jak referenda w Holandii i Francji w 2005 roku oznaczały porzucenie projektu eurokonstytucji. Z drugiej strony, europejscy politycy robią wszystko, by udowodnić, że nic się nie stało. I dają do zrozumienia, że wcześniej czy później zmusi się Irlandczyków do zagłosowania na "tak". Zdaniem Krasteva świadczy to o bardzo głębokim kryzysie zjednoczonej Europy. Jej obywatele są już znudzeni politycznymi zabiegami wokół reformy Unii. I coraz bardziej skłonni wetować wszelkie nowe posunięcia w tym zakresie - choćby z czystej przekory wobec zadufanych w sobie eurokratów. Ci ostatni zaś stosują taktykę bagatelizowania tych aktów sprzeciwu, choć to zdaniem Krasteva droga donikąd. Europie brakuje energii, nie widzi ona przed sobą żadnej alternatywy dla obecnego marazmu. Instruktywne jest pod tym względem porównanie jej z Ameryką. Ta ostatnia przeżywa dziś kolejną obywatelską młodość zapatrzona w Baracka Obamę - kandydata, który obiecuje jej fundamentalne polityczne zmiany. Jeśli Europa nie odnajdzie podobnego źródła politycznej energii, będzie miała przed sobą kolejne lata stagnacji.

p

*

W najnowszym kryzysie Unii Europejskiej jest coś nierealnego i głęboko niepokojącego. W teorii wyniki irlandzkiego referendum z 12 czerwca zadały śmiertelny cios traktatowi lizbońskiemu i perspektywom zreformowania Unii Europejskiej. W teorii jedyne możliwe efekty tego referendum to Europa dwóch prędkości albo Europa sparaliżowana. W rzeczywistości jednak nikt nie wierzy, że irlandzkie głosowanie pogrzebie traktat lizboński. Jedyne poważne pytanie brzmi, kiedy Irlandczycy zostaną zmuszeni do zagłosowania "tak" po swoim wybryku z głosowaniem "nie". Paradoksalnie referendum było jednocześnie niezwykle ważne i całkowicie nieistotne. Ale poczucie nierealności dotyczy nie tylko konsekwencji głosowania, ale również przyczyn, dla których Irlandczycy powiedzieli "nie". Z najnowszego sondażu Eurobarometru wynika, że właśnie w Irlandii najwięcej obywateli twierdząco odpowiada na pytanie, czy ich kraj skorzystał na członkostwie w UE. Od 1973 roku, kiedy Irlandia przystąpiła do wspólnoty, wzięła z unijnego budżetu dwa razy więcej, niż do niego wpłaciła. I ta sama Irlandia, przykład największego sukcesu integracji europejskiej, naraziła projekt europejski na niebezpieczeństwo w referendum, w którym do urn pofatygowała się mniej niż połowa wyborców. Obywatele irlandzcy nie byli wszakże jedynymi surrealistami w najnowszej europejskiej psychodramie. Dzień przed głosowaniem europejscy politycy z pasją dowodzili, że sukces kampanii na "nie" będzie wyrokiem śmierci dla traktatu lizbońskiego. Dzień po głosowaniu ci sami europejscy politycy z równą pasją dowodzili, że w gruncie rzeczy nic się nie stało, a proces ratyfikacji powinien być kontynuowany. Jako metodę zażegnania kryzysu Bruksela wybrała jego trywializację. Okazało się, że w UE nie może być sytuacji kryzysowej, bo przywódcy europejscy zgodnie postanowili ją zignorować. Bruksela nigdy nie ma problemów politycznych, miewa tylko problemy z komunikacją. Według Brukseli są dwie przyczyny obecnego stanu rzeczy: po pierwsze, irlandzcy politycy nie umieli zakomunikować obywatelom, że traktat jest niezbędny, a po drugie, niepotrzebnie w ogóle poddano tę kwestię pod głosowanie powszechne. Niestety, im bardziej politycy ignorują poczucie kryzysu i rozczarowania wyrażane przez wyborców, tym bardziej wyborcy są gotowi odrzucać wszelkie pomysły i propozycje wychodzące od elit. Obywatele Europy są śmiertelnie znudzeni swoimi przywódcami. Problem polega nie na tym, że wzrasta eurosceptycyzm, ale że zanika euroentuzjazm. Można zaryzykować przypuszczenie, że gdyby we wszystkich państwach członkowskich zorganizowano referenda, traktat lizboński zostałby odrzucony w co najmniej połowie z nich. Najnowsza wersja dialektyki integracji europejskiej, najnowszy unijny pakt społeczny mówi, że ludzie mogą głosować "nie" tylko w pewnym zakresie, a elity zastrzegają sobie prawo ignorowania tego negatywizmu. Trywializacja przeszkód należy do głównych przyczyn kryzysu UE.

Krótkie porównanie kryzysu w Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych pokazuje, dlaczego przywódcy europejscy mają powody do zmartwienia. Gospodarka amerykańska weszła w fazę recesji. Dolar słabnie. Nierówności społeczne wzrastają. Wielu Amerykanów jest przekonanych, że ich system polityczny się załamał. George W. Bush jest najmniej popularnym prezydentem w dziejach kraju. Amerykańska potęga wojskowa tkwi uwięziona w Iraku. Sondaże pokazują narastanie nastrojów antyamerykańskich na całym świecie. Generalnie sytuacja jest niewesoła. Ale jednocześnie w Ameryce widać pozytywną energię do zmian. Energia stwarzana przez kampanię Obamy skłania wielu Amerykanów do przekonania, że Stany Zjednoczone mogą się odrodzić. W Europie brakuje tej energii. Nie ma alternatywy, która mogłaby zmobilizować obywateli. Znam wielu Europejczyków, którzy chętnie pojechaliby do Ameryki i wzięli udział w kampanii Obamy, nie spotkałem natomiast nikogo, kto miałby ochotę pojechać do Irlandii i namawiać jej mieszkańców do głosowania "tak". Dzisiejszy świat kształtują albo autorytarni wizjonerzy, albo silne oddolne ruchy demokratyczne - w Europie nie ma ani jednego, ani drugiego. Europa znowu stała się "starym światem". Projekt europejski do tej pory cieszył się poparciem dlatego, że UE potrafiła zapewnić dobrobyt, bezpieczeństwo oraz poczucie, iż sama jest instytucjonalnym wzorem dla świata. W latach 90. Europa była starym kontynentem, ale nowym światem. Dzisiaj te źródła legitymacji zaczynają się powoli wyczerpywać. Gospodarka europejska radzi sobie nie najgorzej, ale należy oczekiwać, że straci konkurencyjność na rzecz coraz silniejszych gospodarek azjatyckich. Z kolei pojęcie bezpieczeństwa uległo w ostatnich latach zasadniczym zmianom. Społeczeństwa europejskie boją się dzisiaj nie inwazji obcych wojsk, tylko napływu niechcianych, lecz rozpaczliwie potrzebnych na rynku pracy imigrantów. Jeszcze groźniejsze może się okazać wysychanie trzeciego źródła legitymacji: Unia Europejska nie może już obiecać swoim obywatelom, że świat będzie się na niej wzorował. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że w najbliższych latach europejska elita znajdzie się w epicentrum ideologicznego trzęsienia ziemi. Przez ostatnią dekadę europejska opinia publiczna zakładała, że postęp globalizacji jest równoznaczny z zanikaniem państwa narodowego i nacjonalizmu jako siły politycznej. UE dawała przedsmak tego, jak świat będzie zorganizowany w XXI stuleciu. Europejskie elity uznały, że przezwyciężenie przez Europę nacjonalizmu etnicznego i religii politycznych jest częścią uniwersalnej tendencji. "Koniec historii" w Ameryce funkcjonował jako retoryczne hasło, ale w Europie lat 90. był rzeczywistością. W książce zatytułowanej "Dlaczego Europa będzie rządziła XXI wiekiem" Mark Leonard napisał: "Europa stanowi syntezę energii i wolności liberalizmu ze stabilizacją społeczną i bezpieczeństwem bytowym socjaldemokracji. W coraz bogatszym świecie model europejski będzie wywierał nieodparty wpływ". Tymczasem to, co wczoraj wydawało się uniwersalne w europejskim doświadczeniu, dzisiaj wygląda na wyjątkowe. Wystarczy spojrzeć na Chiny, Indie i Rosję, by zobaczyć, że nacjonalizm etniczny i religia znowu kształtują życie polityczne i budują ustroje, które są alternatywą dla demokracji liberalnej, a nie jej repliką. W Rosjanach, Chińczykach i Hindusach UE budzi nie tyle fascynację, ile zdziwienie. Ponowoczesny postnacjonalizm i sekularyzm odróżniają Europę od reszty świata. Nietrudno przewidzieć, że kres uniwersalizmu modelu europejskiego przełoży się na głęboki kryzys europejskiej tożsamości politycznej. Wzrost znaczenia nacjonalizmu etnicznego i religii jest coraz lepiej widoczny nie tylko w świecie pozaeuropejskim, ale również w samej Europie. Trywializowanie obecnego kryzysu jest strategią błędną. O przyszłości Europy nie przesądzi osiągnięcie pragmatycznego kompromisu, lecz znalezienie nowej energii społecznej, politycznej i intelektualnej. W świecie kształtowanym przez popularnych dyktatorów i silne oddolne ruchy demokratyczne Europa pilnie potrzebuje alternatywnych źródeł energii. I tym razem nie chodzi tu o wiatraki.

p

, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej. Wykłada na Uniwersytecie Środkowo-Europejskim w Budapeszcie. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z sytuacją społeczeństw postkomunistycznych. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 214 z 10 maja br. zamieściliśmy jego tekst "Czego chce Rosja".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj