p

Guy Sorman*

Czy Chińczycy obalą tyranię partii?

Chińskie władze komunistyczne przekonują resztę świata, że Państwo Środka jest jedynym w swoim rodzaju przypadkiem historycznym i ekonomicznym. Czy powinniśmy patrzeć na Chiny przez pryzmat uniwersalnych zasad rozwoju ludzkości, czy też przyjąć sinocentryczną interpretację wszystkiego, co się dzieje w tej rzekomo odmiennej cywilizacji? Moim zdaniem Chiny są oczywiście inne, tak jak każde państwo, ale ewoluują zgodnie ze znanym mechanizmem, który zadziałał już na Zachodzie. Alexis de Tocqueville pozwala dzisiaj lepiej zrozumieć Chiny niż Konfucjusz. W "Dawnym ustroju i rewolucji", książce napisanej po "O demokracji w Ameryce", Tocqueville tłumaczył, że wraz ze wzrostem zamożności i wolności Francuzów nasilała się ich wrogość wobec monarchii. Trafnie określił ten paradoks jako cykl wzrastających oczekiwań. Póki Francuzi byli biedni, represjonowani i pozbawieni nadziei, siedzieli cicho - nie licząc sporadycznych lokalnych buntów - i popierali króla. Pod koniec XVIII wieku przybyło bogactwa, a reżim złagodniał, co sprawiło, że Francuzi przestali być tacy potulni. Kiedy ludzie zakosztują wolności, nie tolerują już ograniczeń. Całkiem możliwe, że tak jest w wypadku dzisiejszych Chin.

Jak wiemy, według Komunistycznej Partii Chin źródłem wzrostu zamożności kraju jest polityczny monopol partii i jej oświecony despotyzm. Ponadto nie da się zaprzeczyć, że Chińczycy są obecnie bardziej wolni niż za czasów Mao. Tysiące dysydentów siedzą w więzieniach, ale to i tak nic w porównaniu z dawnymi obozami reedukacyjnymi. Wolno dzisiaj wyrażać indywidualne poglądy, a nawet krytykować partię, byle nie tworzyć antykomunistycznych organizacji. Wielu obserwatorów z zewnątrz, którzy znają Chiny od dawna, twierdzi, że Chińczykom nigdy nie powodziło się lepiej, w związku z czym stabilizacja i komunistyczny monopol powinny się utrzymać. Skoro tak, to jak wytłumaczymy masowe bunty w Tybecie, w Syczuanie po trzęsieniu ziemi, w Guizhou po zamordowaniu młodej dziewczyny?

Tocqueville pozwala lepiej zrozumieć związek między tymi z pozoru odrębnymi zdarzeniami: ponieważ Chińczykom nigdy nie powodziło się lepiej, są coraz bardziej sfrustrowani. Nie będą okazywali partii wdzięczności, tylko się jej pozbędą. Ale nikt na razie nie wie, jak to zrobić. To również przypomina sytuację francuską w przededniu rewolucji. Początkowo francuscy filozofowie i nowi przywódcy polityczni wierzyli, że monarchię można poprawić: przyjęto konstytucję, proklamowano rządy prawa. Mimo to monarchia upadła, ponieważ despotyzmu nie da się łatwo zreformować. To samo dotyczy KPCh: najprawdopodobniej nie zdoła się zmienić na tyle szybko, by sprostać rosnącym oczekiwaniom. Reżimy autorytarne nie łagodnieją: wytrzymują napór albo upadają.

Rewolucji francuskiej, która wybuchła po nieuchronnym upadku dawnego ustroju, Tocqueville nie traktował jako konieczności historycznej, lecz jako niepomyślny (i krwawy) wypadek. Uważał, że prawdziwym przeznaczeniem narodów jest demokracja, którą rozumiał nie tylko jako ustrój polityczny, ale również jako egalitarną cywilizację. Teoria ta brzmi dzisiaj zbyt deterministycznie i po fukuyamowsku, ale historia przyznała Tocqueville'owi rację. Demokracja, która za jego czasów istniała tylko w Stanach Zjednoczonych, dzisiaj jest wszędzie - przy czym Chiny należą do najważniejszych wyjątków. Czy umkną przed działaniem prawa wzrastających oczekiwań i przed demokratycznym przeznaczeniem?

Reklama

Zasadnicza różnica między Chinami a innymi państwami, od Francji ancien régime'u po współczesną Koreę Południową, nie jest zakorzeniona w chińskiej kulturze, lecz w systemie komunistycznym: w Chinach nie ma burżuazji. Prawdziwa burżuazja jest ekonomicznie niezależna od władzy. W Chinach klasa średnia w większości należy do partii albo jest od niej uzależniona. Własność prywatna prawie nie istnieje, a tak zwane prywatne przedsiębiorstwa funkcjonują dzięki partyjnym koneksjom. Ta pseudoburżuazja ma interes w utrzymaniu monopolu partii na władzę i nie tęskni za demokracją. Jest to nowy typ społeczeństwa, jakiego Tocqueville nie mógł sobie wyobrazić. Czy należy zatem odwołać się do Marksa? Tocqueville wierzył w prymat idei, a Marks w determinującą moc własności i gospodarki. Marks lepiej niż Tocqueville opisałby walkę klasową między zwolennikami partii, czyli w większości miejską, względnie zamożną chińską klasą średnią a wiejską biedotą. Niezależnie od tego, czy posłużymy się teorią wzrastających oczekiwań Tocqueville'a, czy koncepcją walki klasowej Marksa, rezultat jest nie do przewidzenia, ale stabilizacja lub pokojowa ewolucja wydaje się mało prawdopodobna.

© Guy Sorman

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Guy Sorman, ur. 1944, francuski pisarz, publicysta polityczny i filozof. Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Rok koguta" (wyd. pol. 2006), "Dzieci Rifa'y. Muzułmanie i nowoczesność" (wyd. pol. 2007) oraz "L'économie ne ment pas" (2008). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nr 221 z 28 czerwca br. opublikowaliśmy jego tekst "Dwie Europy".