Dziennik Gazeta Prawana logo

Jazgot i terapia snem

19 lipca 2008, 04:01
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Liderzy i zwolennicy PO wyciszenie i rytualizację politycznego konfliktu, a co za tym idzie - nudę polskiej polityki, zachwalają i przedstawiają jako ewidentny sukces Platformy. Jednak po drugiej stronie tego sporu znajduje się zarówno PiS, jak i wielu analityków niezależnych bądź historycznie związanych po roku 1989 z obozem polskiego centrolewu. Aleksandra Smolara w żadnym wypadku nie można zaliczyć do osób akceptujących PiS-owską pochwałę politycznego konfliktu jako jedynej prawdy o polityce. Jednak okazuje się on jednocześnie ostrym krytykiem PO-wiackiej pochwały nudy jako politycznej normalizacji, jako stanu w polskiej polityce dzisiaj pożądanego. Smolar zwraca uwagę, że tylko czasami demokratyczna nuda jest rzeczywiście nagrodą za rozwiązanie przez rządzących najważniejszych problemów wywołujących społeczne konflikty. O wiele częściej demokratyczna nuda, wyciszenie konfliktu, unikanie języka, a nawet decyzji, które mogłyby taki konflikt wywołać czy zaostrzyć, jedynie ukrywają problemy, a w konsekwencji zaostrzają społeczne napięcia. W ostateczności mamy wówczas do czynienia jedynie z odroczeniem konfliktu, a nie z usunięciem jego przyczyn. Zdaniem Aleksandra Smolara polityczna nuda rządów PO to właśnie przypadek skutecznego jak do tej pory wyciszania problemów, a nie ich rozwiązywania. Jak pisze Smolar: "Żyjemy w dziwnym międzyczasie, w którym na placu publicznym panuje cisza, ale dłużej taki stan trwać nie może".

p

Sporo pisano o antypolityczności czy postpolityczności rządów Platformy Obywatelskiej. I rzeczywiście są po temu powody. PO i rząd Donalda Tuska uciekają od języka klarownych wyborów ideowych, chcąc dowieść, że reprezentują rodzaj syntezy ponad politycznymi podziałami. Przejawia się to również w praktyce działania rządu - w niechęci do podejmowania działań, które mogłyby negatywnie nastroić do niego jakąkolwiek poważną grupę społeczną. To z kolei wywołuje zarzuty o brak projektów reform i generalnie o brak pomysłu na Polskę. Wrażenie antypolityczności jest w części efektem świadomych zabiegów Platformy. Warto tu przypomnieć słowa z książki Donalda Tuska z roku 2005: "...staliśmy się świadkami i uczestnikami absurdalnej wojny między projektami demokratyzacji (Unia), prywatyzacji (KLD), dekomunizacji (PC), naprawy moralnej (ZChN), jakby nieświadomi możliwości i konieczności syntezy tych potrzeb" ("Solidarność i duma"). Mniejsza o nazwy partii, które należą już do przeszłości. Uderza jednak zbieżność tego poglądu z na wpół żartobliwą formułą Leszka Kołakowskiego o tym, jak być"konserwatywno-liberalnym socjalistą". W sferze idei można pogodzić bardzo odległe przekonania. W świecie rzeczywistych decyzji jest to złudzenie bądź świadome tworzenie pozorów, aby dać ludziom poczucie, że w istocie żadnych wyborów dokonywać nie muszą, można bowiem mieć wszystko, co dobre i miłe.

Jednak zasadniczą przyczyną tego, co postrzega się jako antypolityczność lub postpolityczność PO, jest reakcja na dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości. Rządy te można różnie opisywać. W wymiarze nas interesującym znamionowało je skrajne upolitycznienie, osłabianie instytucji ograniczających pole polityki (Trybunał Konstytucyjny, Rada Polityki Pieniężnej itd.), transformacja życia politycznego i ideowego w permanentną psychodramę, w nieustanne seanse nienawiści i agresji przeciwko kolejnym grupom społecznym, partiom i jednostkom. Biorąc to pod uwagę, rządy PO można traktować jako swoisty seans terapeutyczny.

Powrót do normalności i spokoju uznać wypada za wielką zaletę i osiągnięcie partii rządzących. Tym też właśnie Donald Tusk tłumaczył to, że79 procent Polaków nie potrafiło - według sondażu OBOP - wymienić żadnej sprawy, którą udałoby się załatwić rządowi ("Gazeta Wyborcza"z 21 czerwca 2008 roku): "Platformę do władzy wyniosła społeczna potrzeba odsunięcia Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha, uporządkowania relacji międzynarodowych, wyeliminowanie wewnętrznej agresji i stanu gorącej wojny politycznej w Polsce. A także potrzeba rewitalizacji najbardziej fundamentalnej liberalnej zasady prowadzenia polityki, to znaczy uznania, że państwo nie jest instytucją represji budzącą lęk u obywateli. Mam chyba prawo powiedzieć, że zarówno w wyborach, jak i przez te pół roku wypełniamy to najważniejsze wobec nas oczekiwanie".

Jedną z przyczyn klęski wyborczej PiS było kreowanie w warstwie werbalnej konfliktów, które nie miały głębszego odzwierciedlenia w społeczeństwie. Ostatnio Bronisław Komorowski, komentując dokonany przez prezydenta wybór człowieka lewicy na prezesa Trybunału Konstytucyjnego, powiedział, że oto mamy do czynienia z końcem podziałów na obóz solidarnościowy i postkomunistyczny. Zachęcał też swoich kolegów z PO, aby podążali tą samą drogą. W istocie, o końcu tego podziału mówiono już wielokrotnie. Między innymi Rafał Matyja u schyłku rządów PiS pisał na łamach "Europy" o końcu antykomunizmu. Widział bankructwo moralizatorskiego języka antykomunizmu w zawiązanej przez PiS koalicji rządowej z Samoobroną. W istocie, od początku głównym przeciwnikiem PiS nie byli postkomuniści, lecz elity. W różnych fazach walki braci Kaczyńskich były to elity wywodzące się z PRL albo "Solidarności".

Atakowano "korporacje", dziennikarzy, prawników czy naukowców, zawsze jednak był to atak na "łże-elity". Wrogość do elit i organizowanie przeciw nim ludu jest w istocie jedną z definiujących cech każdego populizmu. Raz zarzuca się im złodziejstwo (choć akurat problem korupcji na pewno nie był wymyślony), innym razem wywieszanie "białej flagi" czy zajmowanie miejsca po ZOMO. To była nie tylko retoryka, lecz i świadoma polityczna strategia dzielenia społeczeństwa.

Nie można mówić o powrocie Platformy do tego, co miało miejsce przed rządami PiS - zmieniły się czasy, inne są podstawowe wyzwania stojące przed krajem. Czas transformacji ustrojowej i zakotwiczania Polski na Zachodzie jest już poza nami. Ale rząd Donalda Tuska zamknął dwuletni okres pararewolucyjnych konwulsji. W 2005 roku Platforma ponosiła odpowiedzialność za tworzenie atmosfery apokalipsy i lansowanie potrzeby użycia rewolucyjnych środków zaradczych, imitując w dużym stopniu retorykę PiS. Podobnie jak PiS sięgała bez oporów do języka demagogii populistycznej, przeciwstawiając dobre masy złym elitom - nawet jeśli nieco inaczej niż ugrupowanie Kaczyńskich te elity definiowała. Z tych pozycji Platforma po cichu wycofała się w następstwie doświadczeń z rządami PiS, ale także pod wpływem naturalnej logiki politycznej polaryzacji. Definiując się jako anty-PiS, osiągnęła w wyborach i kolejnych sondażach wielki sukces, nie precyzując pozytywnego programu swoich rządów. Rządzenie jako seans psychoterapeutyczny pozostaje do dziś zasadniczą, chociaż coraz mniej zadowalającą propozycją rządu Donalda Tuska.

W latach 90. źródła podstawowych politycznych podziałów upatrywano w stosunku do Kościoła, komunistycznej przeszłości, przemian rynkowych.

Dziś przeszłość jednak odchodzi w przeszłość, a Kościół zdaje się przeżywać kryzys i jest obecny w centrum wielu konfliktów - ze względu na wagę problemów obyczajowych i moralnych we współczesnym społeczeństwie. W Polsce zarysowują się inne linie podziału występujące zresztą coraz wyraźniej i w innych krajach. Po jednej stronie są - jak ich nazywa Samuel Huntington - kosmopolici, którzy ze względu na swoje wartości, kompetencje intelektualne i językowe wszędzie czują się dobrze. Bez obaw patrzą na integrację Unii Europejskiej, na procesy globalizacji w świecie, widząc przede wszystkim zalety szeroko otwartych okien i drzwi na świat. Grupa ta przypomina arystokrację ancien régime'u posługującą się językiem francuskim, a wcześniej łaciną jako uniwersalnymi środkami porozumiewania się w znanym sobie świecie. Jej bazą społeczną jest ta część społeczeństwa, która korzysta na procesach integracji i globalizacji, na więziach z szerokim światem.

Z drugiej strony są narodowcy, czyli ta część inteligencji, która ze względu na swoje kwalifikacje i wykształcenie, ale też i pasje ideowe, jest przywiązana do narodowej formy istnienia wspólnoty politycznej i kulturowej. Bazą społeczną tych środowisk są grupy społeczne, które nazwać można "glebae adscripti" ("przypisanych do ziemi") - by posłużyć się językiem z innych czasów. Obecnie ową "glebą" jest język narodowy, brak znajomości języków obcych, ograniczenia kompetencji, nienadążanie za innowacjami technologicznymi, odmowa globalnej czy choćby regionalnej konkurencji, wykonywanie zawodów, które wiążą człowieka z konkretnym miejscem. Im starszy wiek, im mniejsza miejscowość, w której się mieszka, tym większe prawdopodobieństwo owego "przypisania". Świadomie i nieco prowokacyjnie nadałem temu podziałowi radykalne, przeciwstawne cechy. W rzeczywistości podziały nie są ani tak ostre, ani tak zdecydowane. Będą się one też zmieniać w czasie. Wspomniany podział będzie przebiegać w poprzek partii, środowisk, grup, przyczyniając się do rekonstrukcji mapy politycznej.

Zarysowana opozycja opisuje, jak mi się wydaje, podstawową cechę konfliktów społecznych i politycznych, przed którymi stoimy. W jakimś sensie są one nawet obecne już teraz. Ten podział dał o sobie znać w referendum irlandzkim. Przeciwko ratyfikacji traktatu lizbońskiego byli często ludzie starsi, z niższych warstw społecznych, gorzej wykształceni, zamieszkujący małe ośrodki. Podobnie zresztą było we Francji w roku 2005, kiedy odrzucono europejski traktat konstytucyjny. Głos za i przeciw miał wyraźne społeczne pochodzenie, chociaż wszyscy niemal -- jak w Irlandii - opowiadali się za Europą.

Również w Polsce jest to podział, który przebija się na powierzchnię. Konflikt wokół Kościoła i religii mobilizuje pewne środowiska inteligencji - ze względu na dzielące problemy kultury, obyczaju i moralności we współczesnym społeczeństwie (stanowisko w kwestii homoseksualizmu, aborcji, a w bliskiej przyszłości także eutanazji), jak również ze względu na stosunek do kobiet. Jednak na plan pierwszy i u nas stopniowo wysuwać się będzie kwestia europejskiej integracji i globalizacji - razem z ich społecznymi i kulturowymi konsekwencjami.

Ewolucja PiS jest pod tym względem charakterystyczna: od postawy zdecydowanie proeuropejskiej, do coraz bardziej eurosceptycznej, żeby nie powiedzieć wrogiej wobec integracji. Obecna popularność Unii w społeczeństwie, które widzi korzyści z naszego członkostwa, powoduje łagodzenie pozycji PiS. Ale gdy pogorszy się koniunktura i zacznie wysychać szeroki strumień środków unijnych - ujawnią się radykalnie antyunijne i antyglobalizacyjne nurty w naszej polityce.

Obecne podziały polityczne są bardziej rozmyte niż w latach 90. i charakteryzują swoisty okres przejściowy, w jakim żyjemy. Odbija się to na charakterze głównych ugrupowań. Najważniejsze formacje polityczne w Polsce, a więc PO i PiS, a do niedawna też LiD, unikają klarownego utożsamienia się z tradycyjnymi wyznacznikami ideowymi. PiS stanowiło pewnego rodzaju propozycję syntezy partii narodowej, katolickiej, konserwatywnej i gospodarczo umiarkowanie liberalnej. W PO widzimy syntezę liberalizmu, konserwatyzmu i pewnych elementów państwa socjalnego. Język Donalda Tuska, w porównaniu z jego radykalnie liberalnym językiem przed 2005 rokiem, jest dziś zupełnie inny. Nie ma już pogardliwych słów o "socjalu", a premier dużo miejsca poświęca roli państwa, koniecznej opiece i niezbędnej trosce o tych, którzy nie skorzystali na przemianach. W innych krajach dokonują się zresztą podobne syntezy. David Cameron w Wielkiej Brytanii, będąc przywódcą torysów, używa języka często bardziej wrażliwego społecznie niż przywódcy Partii Pracy. Prawicowy prezydent Francji Nicolas Sarkozy uczynił wiele, by do swego rządu wciągnąć socjalistów. Jego język stwarza pewien problem, gdy chodzi o rozpoznawanie kolorów ideowych: Sarkozy bywa nazywany liberałem, ale i interwencjonistą, francuskim nacjonalistą, ale też żarliwym Europejczykiem. Wzywa Europę, by - jeśli chce uniknąć buntu mas - swoim głównym celem uczyniła ochronę obywateli przed zagrożeniami globalizacji. Również LiD, choć należy już do przeszłości, próbowała tworzyć syntezę idei adresowanych do elektoratu lewicowego i liberalnego, po cichu akceptując pewne treści konserwatywne związane z uznaniem instytucjonalnego status quo (konkordat, tak zwany kompromis aborcyjny - mający zresztą z kompromisem niewiele wspólnego - i rola Kościoła w życiu publicznym). SLD Napieralskiego choć deklarował pójście na lewo, zdaje się powracać do ideowego patchworku odziedziczonego po LiD, a dalej jeszcze po Aleksandrze Kwaśniewskim. To nie są odpowiedzi na pytanie Leszka Kołakowskiego, jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą. To próby osłabienia, rozmazania konfliktów, zarówno w sferze idei, jak i praktyki politycznej.

Ostre konflikty polityczne wybuchają na tle konkretnych problemów, ale są podtrzymywane i umacniane przez twórców mitów i ideologii, przez nadrzeczywistość, którą ci ostatni tworzą, a która daleka jest często od rzeczywistych różnic interesów. PiS próbowało uczynić wiele, by stworzyć i umocnić ostre podziały. W 2005 roku zaczynało od podziału na "Polskę akowską" i "Polskę postkomunistyczną", by później przejść do opozycji "Polski solidarnej" i "Polski liberalnej" i wreszcie skończyć na walce - z jednej strony - z Platformą Obywatelską, z drugiej zaś - z elitami. Szczególnie Jarosław Kaczyński miał wielki dar opisywania i narzucania własnej wizji rzeczywistości. Jego lapidarne formuły, często absurdalne, przeważnie obraźliwe, narzucały szerokim kręgom, również inteligencji, w tym licznym dziennikarzom, specyficzną wizję rzeczywistości, która nagle wyblakła i w dużym stopniu zanikła 21 października 2007 roku.

Od wyborów ma się wrażenie, jakby PiS i Jarosławowi Kaczyńskiemu ktoś odebrał głos. Ani jednej formuły i żadnej fascynacji jego specyficzną narracją o rzeczywistości. Gdzieś znikł mąż stanu, geniusz Bałtyku i Tatr. Z ust jego i jego przybocznych wydobywają się jakieś dźwięki, ale nikt ich nie słyszy! Choć oczywiście jest ciągle bardzo wielu wiernych - jemu i wiecznej rebelii. Nie znaczy to, że ktoś słyszy Platformę. Przez dłuższy czas słyszeliśmy z jej strony formuły o miłości i pokoju. Patrzono nam głęboko w oczy, przez szkło telewizora serdecznie nas obejmowano. Żyjemy w dziwnym międzyczasie, w którym na placu publicznym panuje w istocie cisza. Bo że lewicy nie ma - tego dowodzić nie trzeba.

Przez dłuższy czas było to swoiste leczenie ciszą po jazgocie uprzednich dwóch lat. Ale dłużej taki stan trwać nie może.

p

, ur. 1940, politolog, publicysta, pracownik naukowy CNRS - francuskiego odpowiednika PAN, prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Związany z grupą tzw. komandosów został aresztowany i usunięty z uczelni w marcu 1968 roku. W latach 1971 - 1989 przebywał na emigracji, gdzie był m.in. redaktorem kwartalnika politycznego "Aneks" (1974 - 1990). Po powrocie do kraju pełnił m.in. funkcję doradcy ds. polityki zagranicznej premierów T. Mazowieckiego i H. Suchockiej; był też członkiem rady politycznej Unii Wolności. Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 190 z 24 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Rewolucja i stabilizacja".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj