Konflikt dwóch Zachodów, jaki wybuchł po amerykańskiej interwencji w Iraku, nie przebiega już dzisiaj tak gwałtownie jak za pierwszej kadencji Busha. Już w drugiej kadencji tego prezydenta Ameryka próbowała łagodzić wzajemne napięcia, a nowi europejscy przywódcy, Sarkozy czy Merkel, odbudowali, a może nawet wzmocnili więzi atlantyckie mocno osłabione w czasach Chiraca i Schrödera. Jednak jedność Zachodu z okresu zimnej wojny, jedność w obliczu wspólnego wroga należy do przeszłości. USA i UE to dzisiaj w wielu obszarach konkurenci, a także organizmy polityczne i społeczne coraz silniej przeżywające i eksponujące swoje odmienne tradycje polityczne, prawne czy kulturowe. Obaj partnerzy i konkurenci znajdują się w dodatku w bardzo delikatnym momencie swojej historii. Ameryka żegna epokę Busha. Jej następny przywódca będzie musiał określić nowe polityczne priorytety. Nawet prezydentura McCaina, nie mówiąc już o prezydenturze Obamy, nie będzie prostą kontynuacją polityki odchodzącego prezydenta. Do tego dochodzi kryzys finansowy, który doprowadził Stany Zjednoczone na skraj recesji i zmusi nową administrację prezydencką do uważnego przeanalizowania imperialnych ambicji i zobowiązań Ameryki. Jednak Europa także znajduje się w delikatnym momencie. Po klęsce traktatu konstytucyjnego i załamaniu procesu ratyfikacji traktatu reformującego Unia Europejska znajduje się w kryzysie, który może przekreślić jej szanse na uzyskanie politycznej podmiotowości w procesie globalizacji. O to, czy Unia, czy USA posiadają większy potencjał, by odegrać rolę lidera Zachodu w najbliższych latach, zapytaliśmy Jadwigę Staniszkis.
p
Myślę, że groźba takiego neoizolacjonizmu w USA jest mała. Obama mówi o pogłębieniu relacji z Europą. A struktura interesów amerykańskiej gospodarki już za
rządów obecnej administracji wymusiła zwrot w kierunku realizmu politycznego. Politycy są tylko jednym wymiarem władzy, także w Ameryce. A inne typy władzy są tam zbyt mocno zależne od
globalizacji, by pozwolić sobie na izolacjonizm. Oczywiście poza sferą symboli czy języka propagandowego. Ale problem istotnie dotyczy przede wszystkim odmiennego sytuowania się w świecie Unii
Europejskiej z jednej strony i Stanów Zjednoczonych z drugiej. Tutaj warto skupić się na sposobie, w jaki oba te podmioty same się konstytuują, same chcą się definiować. Warto przeprowadzić
porównawczą analizę traktatu lizbońskiego i amerykańskiej konstytucji ze wszystkimi jej poprawkami - a ja taką drobiazgową analizę przeprowadziłam dla potrzeb mojej nowej książki.
Najkrócej można powiedzieć, że formuła amerykańska oznacza wprowadzenie purytańskiej etyki zobowiązań do polityki. Bycie supermocarstwem, bycie suwerennym państwem - ale także wolnym
człowiekiem - wiąże się wówczas z określoną odpowiedzialnością, z pewnym zespołem zobowiązań. Gdy się temu nie sprosta, traci się uprzywilejowany status supermocarstwa, suwerennego
państwa, wolnego obywatela. Kiedy Tukidydes przedstawiał negocjacje Ateńczyków z Melijczykami, pokazał taki właśnie stosunek tych pierwszych do własnego statusu: jesteśmy imperium morskim,
więc nie możemy sobie pozwolić - ze względu na oczekiwania naszych poddanych - na to, by ktoś wyznaczał granice naszej ekspansji. W doktrynie militarnej USA z 2002 roku mówi się wprost o
takich zobowiązaniach wynikających ze statusu i o związku suwerenności z "dobrym zachowaniem". Doktryna ta stwierdza, że suwerenne są tylko te państwa, które są uznanymi
członkami społeczności międzynarodowej, bo przestrzegają jej reguł. Gdy nie są takimi członkami, nie trzeba respektować ich wewnętrznych praw, a więc de facto tracą suwerenność.
To oczywiste, że potem na taki silny język zobowiązań nakładają się ograniczenia realnej polityki. I pojawiają się wszystkie błędy, za które oczywiście trzeba rozliczać. Niemniej
zarówno konstytucja amerykańska, jak i praktyka amerykańskich sądów opierają się na uznaniu wolności innych i rozliczaniu ich za sposób, w jaki z tej wolności korzystają. Przynajmniej w
punkcie wyjścia jest to "realistyczny idealizm". W odniesieniu do samej Ameryki celem owego "realistycznego idealizmu" jest tworzenie na tyle ogólnych i
elastycznych zasad regulujących stosunki między jednostką a państwem, by można je było stosować i w sytuacjach "normalnych", i w czasie kryzysu. W konstytucji amerykańskiej
niewiele mówi się o zobowiązaniach państwa - czyli o dobrach, do których państwo miałoby gwarantować równy dostęp. Ale lista owych - jak to się określa -
"fundamentalnych" praw jest otwarta i wciąż dochodzą nowe, ważne dla określania szans życiowych w zmieniającym się świecie. Ostatnio dopisano edukację i zmieniono w
związku z tym zasady finansowania szkół publicznych. Te reinterpretacje, określane jako "dynamiczny konstytucjonalizm", dokonują się w sądach. To analiza precedensów
konkretyzuje bowiem aktualną wykładnię amerykańskiego "realistycznego idealizmu".
W traktacie reformującym UE kręgosłupem nie jest - jak w konstytucji USA - regulowanie relacji między obywatelem a państwem (w tym szczególnie - granic władzy), ale określenie powiązań w
ramach korpusu urzędników. Czyli integracja funkcjonalna, a nie polityczna. W traktacie brak też, widocznego w konstytucji USA, dyktatu idei, z których wypływają określone zobowiązania. Nie
ma wreszcie - tak uderzającego w tej konstytucji - zaufania do wolności. Zamiast tego mamy wolność z góry ustrukturowaną. Możliwe jest wprawdzie tworzenie przez państwa własnej kombinacji
norm, ale w określonej sekwencji (wyznaczonej przez "refleksyjne zarządzanie") i tylko w ramach pola wyznaczonego przez ściśle określone, minimalne standardy. Długa jest za to
lista wartości, które w języku unijnym są wyrażane jako "prawa obywatela do" i które państwa Unii muszą zapewnić swoim obywatelom: tym właśnie zajmuje się Karta Praw
Podstawowych. Są to wartości zaczerpnięte z różnych systemów normatywnych. Znika w ten sposób wewnętrzna hierarchia i specyficzna narracja każdego z nich. W wypadku zaś USA ową scalającą
państwo i społeczeństwo narracją jest opowieść o odpowiedzialności płynącej z siły i wolności. Odpowiedzialności wyrażającej się w dobrowolnie narzuconych sobie ograniczeniach. W
odróżnieniu od USA sądy w UE nie zajmują się refleksją na temat wartości i realiów. W Europie chodzi raczej o dwa zadania: interpretację ograniczających swobodę manewru warunków
brzegowych (w sporach z państwami) oraz ciągłą redukcję sfer nieokreśloności przez przekuwanie precedensów w prawo. Sfery te stają się bowiem orężem państw w ich grach z unijną
biurokracją. W odróżnieniu od konstytucji amerykańskiej w traktacie reformującym brak też procedur na wypadek kryzysu. Amerykańska konstytucja ma podwójną strukturę, bo jej poprawki
pokazują, które prawa (i w jakich okolicznościach) można chwilowo zawieszać, przekazując władzę w ręce prezydenta. W traktacie mówi się tylko o sytuacjach normalnych: w razie kryzysu
możliwe są tylko deklaracje polityczne, które nie są uznanym prawem. Stąd brak pomysłu, co dalej z traktatem lizbońskim.
Ale ten poziom istniejących i silnie wyrażanych norm zawsze można wykorzystać do tego, by sytuację, o której pan mówi, napiętnować i próbować zmienić. Oczywiście tu jest pęknięcie i w
samej Ameryce powstało mnóstwo książek na temat konfliktu pomiędzy ideą republikanizmu i kosztownymi tęsknotami imperialnymi. Te drugie w oczywisty sposób niszczą dziś amerykański
republikanizm, ale myślę, że jeśli coś może temu zapobiec, to właśnie formuła "realistycznego idealizmu" polegająca na tym, że jeżeli coś staje się precedensem - kiedy
na przykład ustalono i przełożono na język obiegu pieniądza finansowanie szkół publicznych, kiedy wprowadzono edukację na listę fundamentalnych i gwarantowanych przez amerykańską
konstytucję dóbr, co do których państwo jest zobowiązanie, by starać się je dystrybuować względnie równo - to rzeczywiście będzie to miało pozytywne konsekwencje w życiu społecznym i w
dłuższej perspektywie będzie egzekwowane. Tak się stało całkiem niedawno, kiedy mieszkaniec pewnego biednego okręgu w Teksasie złożył do sądu skargę, że edukacja szkolna jest tam
fatalna, ponieważ bazuje tylko na lokalnych podatkach, i to jest niesprawiedliwe, bo on w ten sposób nie ma dostępu do zagwarantowanych mu dóbr. Sąd przychylił się do jego wniosku, zalecając
subsydia państwowe. W uzasadnieniu wyroku stwierdzono, że edukacja jest kluczem do indywidualnego sukcesu, a celem państwa jest przecież wspomaganie jednostek przez - choćby niewielkie -
wyrównanie szans na starcie.
A to, że skoro cały system amerykański ma służyć jednostkom, więc tego indywidualistycznego języka używa się także wówczas, gdy chce się na większą skalę wprowadzić mechanizm
dystrybucji. Tamten wyrok zmienił zasady finansowania szkół publicznych w całych Stanach. Zresztą za czasów Busha eksperymentowano z upowszechnieniem własności, z akcjami pracowniczymi itp.
To są oczywiście marginalne rzeczy, małe korekty, ale pokazują dynamizm i plastyczność systemu amerykańskiego. W tym samym czasie w Europie obserwujemy coś przeciwnego: nie tyle
uelastycznienie dotychczasowej wizji siebie, ale samoograniczenie. Rezygnuje się z wszelkiej legitymizacji własnego systemu prawnego, nawet tego świeckiego i oświeceniowego, i na przykład
pozwala na wyspowe wprowadzanie szariatu. Porzuca się w ten sposób dotychczas obowiązującą zasadę, że jeżeli jesteś obywatelem liberalnego państwa, to także w wymiarach głębszych,
kulturowych, przechodzisz do świata liberalnego. Na nowo uznaje się mediację grupy w relacjach jednostka - prawo. W ten sposób Europa rezygnuje z tego, co zostało kiedyś nazwane
nowoczesnością.
Ale to się dzieje - Francuzi, Niemcy...
A jednak w Ameryce udało się wytworzyć zupełnie inny stosunek do wartości. Buduje on w ludziach poczucie uprzywilejowania połączone z odpowiedzialnością. I później nawet Meksykanin, gdy
się przedziera przez granicę z USA i naraża na śmierć, myśli - i ma trochę racji - że jeśli dostanie się na tę drugą stronę, znajdzie się w uprzywilejowanej sytuacji, bo wejdzie do
świata, w którym inni będą musieli go potraktować poważnie, mieć wobec niego zobowiązania jako Amerykanina... To, co w USA spaja społeczeństwo i państwo, to przekonanie, że obowiązkiem
obu jest chronienie indywidualnej wolności. A zadaniem jednostki jest potraktowanie wolności jako odpowiedzialności za siebie i rodzinę.
A jednak symulakra mają tutaj znaczenie. Typ opowieści o sobie samych zmienia sytuację opowiadających. W konsekwencji reszta świata uważa, że bycie Amerykaninem jest czymś szczególnym. I
nawet samo to spojrzenie z zewnątrz także reprodukuje napięcie etyczne i tworzy ramy dla amerykańskiego ładu. To zmienia świadomość i działanie amerykańskich elit. Można to nazwać
triumfem symulakrów, ale można też widzieć w tym realny dyktat idei, którego brakuje w dzisiejszej Europie. Bo w Europie się mówi, że polityczność na porównywalną z Ameryką skalę jest
tu niemożliwa, że należy szukać innego kręgosłupa - i takie postawienie sprawy także zmienia całą resztę zachowań... W Unii Europejskiej tożsamość buduje się dzisiaj wokół wspólnej
akceptacji ograniczeń i sproceduralizowanej eliminacji wszelkich absolutyzmów - także tego liberalnego. Pokazała to wizyta Barroso w Turcji, gdzie bronił partii Erdogana, której grozi
delegalizacja za tradycjonalizm. Tymczasem dyktat idei w Ameryce sprawia, że to pojęcia tworzą zobowiązania - jeżeli rzeczywiście chce się należeć do klasy uprzywilejowanej. Bush odwoływał
się do tego mitu i w ten sposób jednak modyfikował rzeczywistość, robił wrażenie zarówno na swoich wrogach, jak i sojusznikach. Jego doktryna obronna, a właściwie agresywna doktryna
zobowiązań i norm, opierała się na zasadzie "nie chcę, ale muszę", trochę podobnie jak doktryna Breżniewa czy jeszcze bardziej, wspaniale zrekonstruowana przez Tukidydesa
doktryna Ateńczyków....
Sądząc po błędach, jakie Amerykanie rzeczywiście popełniają w polityce międzynarodowej, ta część elity amerykańskiej, która stała się po prostu elitą pieniądza, ugina się przed
ludźmi takimi jak Cheney i o purytańskim języku zobowiązań całkiem zapomina. Ale właśnie wtedy staje się bezradna, traci własną tożsamość i orientację. To tacy jak Cheney wpychają na
przykład Chiny w militaryzację. Wie pan, o czym oni rozmawiają teraz z Chinami? Jeśli wyślecie swoje wojska, zalejecie Afganistan, to my nie zbombardujemy Iranu, będziecie mieli swoją ropę i
Bush przyjedzie na otwarcie olimpiady w Pekinie. A wcześniej, przez animowanie paktu Japonia - Australia, chcieli Chiny izolować od nowoczesnych japońskich technologii. Obecny zwrot może
radykalnie zmienić relacje USA - Chiny. Status pomocnika geopolitycznego może mieć podobny skutek, jaki wojna koreańska miała w wypadku Japonii, gdy stała się ona zapleczem technologicznym i
logistycznym dla USA. Obie te strategie wpychają Chiny w militaryzację i w ten sposób mogą wykoślawić ich rozwój. Ale oprócz tego Amerykanie zachowują jednak nadal całą swoją energię
innowacyjną - w sensie węzła instytucji, który nie marnuje pieniędzy, tylko przekierowuje te ogromne środki na prywatne uniwersytety, laboratoria, na impuls technologiczny (ostatnio w obszarze
biotechnologii), na obronę pozycji lidera.
Amerykanie mają system finansowania i stosunek do jednostek taki, że jeśli ktoś się wybija - jakiś biedny uczeń w najgłębszej dziurze - to nie pozwolą mu się zmarnować, pójdzie na
najlepszy uniwersytet. A kolejna rzecz to właśnie ta etyka zobowiązań - jeżeli jesteś Amerykaninem i jakiś Afgańczyk weźmie cię do niewoli, to poślemy innych 40 Amerykanów, którzy
zginą, ale ciebie będziemy próbowali wyciągnąć. W tych sprawach nie ma abstrakcji, tam to wszystko jest sprowadzane na poziom konkretu. Jak mówią o fundamentalnych prawach w konstytucji, to
nie rozpoczyna się jakaś dyskusja o kształcie praw naturalnych, ale myśli się o tym, co jest ważne dla szans jednostki dzisiaj - to się konkretyzuje i stara się ludziom zapewnić. No i mają
maszynkę sądową, która ciągle to reinterpretuje...
Co pan nazywa awansem społecznym?
Tu nie chodzi o klasę średnią, tu chodzi o jednostki... Nie chodzi o awans społeczny - mi się to określenie w ogóle nie podoba. Chodzi o realną pomoc komuś, kto dzięki temu swoją obsesję
będzie mógł zrealizować... W tej chwili jesteśmy na krawędzi nowej rewolucji technologicznej. Cheney i te wszystkie wojny podtrzymują najbardziej archaiczne elementy amerykańskiej gospodarki
i polityki. Ale autentyczne elity amerykańskie dbają o to, by utalentowane jednostki się w tym nowym świecie odnalazły, by zostały wyposażone w wiedzę, która na to pozwoli...
Pan mówi o przepaści między manipulującymi elitami i tak zwanym ludem w Ameryce, ale przecież w Europie czy w Polsce ja mam to samo wrażenie, kiedy rzucam te swoje propozycje interpretacji,
opisu polityki, kiedy mówię o Arystotelesie, św. Tomaszu, przełomie nominalistycznym. O tym, że autorzy traktatu reformującego UE dokonali reinterpretacji tradycji. I o tym, że w świecie
sieci rola kategorii "różnicy" maleje (a z nią rola logiki dwuwartościowej). A przejście do nowej wizji tego, co jest realnością władzy - już opierając się na logice
wielowartościowej - prowadzi do wymyślania instytucji, które w kręgu takiej logiki występują. Ja to adresuję w jakąś pustkę, ale mam nadzieję, że ktoś to usłyszy, że jest jakiś
odbiorca. Traktatu lizbońskiego nie przeczytał nie tylko europejski lud, ale także większość polskich, a nawet europejskich polityków. Zaletą sytuacji w Ameryce jest to, że członkowie
prawdziwych elit, poczuwający się naprawdę do tego purytańskiego zobowiązania, nie mają ograniczeń i żyją ze świadomością realnego ciężaru samokontroli i samozobowiązania. Kiedy byłam
w Massachusetts Institute of Technology - w prawdziwej szkole amerykańskich elit - mogłam poznać naprawdę niezwykłych ludzi, porozmawiać z nimi. Oni mają poczucie, że mogą wszystko zrobić,
że wszystko jest plastyczne. Ale płacą za to poczuciem niesłychanej samotności. Ta luka w Ameryce dodatkowo wynika z pustki kulturowej, widział pan przecież te miasteczka - to jest horror.
Kiedy byłam pierwszy raz w Ameryce, pojechałam zobaczyć miasteczko, w którym McCarthy wygłosił swoją mowę o komunistycznej infiltracji państwa. I jeździłam po tych dziurach - gdzie każda
ulica kończy się prerią - żeby zrozumieć, że tam człowiek naprawdę musi wymyślać jakieś szalone rzeczy, żeby w ogóle nie zwariować. Dla mnie to było bardzo inspirujące.
Konstrukcja Europy jest rzeczywiście zasadniczo i fundamentalnie inna. W Europie nie ma tego drive'u, tej energii wynikającej z takiego stosunku jednostki do idei, czyli z wzięcia na siebie
zobowiązania.
Pan nie ma skłonności do popadania w cokolwiek.
Ja także jestem na poziomie ludzi ze społeczeństw nomadycznych, które nie umiały wytworzyć żadnych mitów zakorzenienia czy tożsamości i doskonale funkcjonowały bez tego. Ale czy naprawdę
doskonale? Wracając jednak do Europy, to nią rządzi zupełnie inny "drive", zupełnie inna energia. Co zresztą mniej więcej dobrze wyraża akurat traktat lizboński. Piszę o
nim książkę, choć nie wszedł w życie i chyba nie wejdzie. Moim zdaniem ostatecznie nastąpi podział Unii Europejskiej na państwa wybierające głębszą integrację i te pozostające z boku.
Choć oczywiście nie będzie to powiedziane wprost. W traktacie lizbońskim jest postnominalistyczne wyczucie formy i budowanie prawnego czy instytucjonalnego ładu pomiędzy realnością a formą.
Ale jest też coś znacznie więcej. Jest przemyślenie granic polityczności jako pewnego sposobu działania, bo przecież po kryzysie konstytucyjnym w 2005 roku, oni mogli ratować polityczność
na poziomie europejskim, a jednak z tego świadomie zrezygnowali. Możliwe było na przykład przesunięcie pewnych kluczowych dla funkcjonowania Unii jako wspólnoty politycznej decyzji do Rady
Europy. I tam w gronie polityków decydowanie o cięciu i rezygnacji z jednomyślności w warunkach kryzysu. Ale odbyła się dyskusja w kręgach bardzo wpływowych ekspertów - ja do nich nie
należę, ale mogłam niektóre z tych rzeczy zobaczyć - na temat tego, czy warto ciągnąć na siłę projekt konstytucyjny, który jest projektem politycznym nastawionym na federację. I wtedy
pojawiła się na przykład bardzo inteligentna analiza zrobiona na forum Bertelsmanna - Anglicy też w tym uczestniczyli - pokazująca, że aby zbudować realną polityczność Unii Europejskiej,
czyli zrobić z tego twór, w którym ludzie będą się na co dzień interesowali politycznymi sporami i rozstrzygnięciami, kibicowali wielkim ideowym blokom w europarlamencie, trzeba na poziom
Unii wyprowadzić te polityki, które ludzi naprawdę żywotnie interesują. Czyli stworzyć na przykład wspólną europejską politykę emerytalną, wspólną politykę podatkową itp. Schröder
zaproponował kiedyś jednakowe podatki i okazało się, że to jest niemożliwe. Z dwóch powodów: po pierwsze, koszt biurokratyzacji byłby szalony, a po drugie, przy tak dużych różnicach
poziomów rozwoju powodowałoby to zbyt duże napięcia. Niemcy i Francuzi wychodzą na ulice, gdy im się proponuje emerytury zastępujące płace w 65 procentach. U nas w nowym systemie będzie to
około 35 procent. Uznano, że w związku z tym należy zmienić projekt integracji, i zdecydowano się na integrację funkcjonalną. Nie wygląda ona tak jak w wypadku integracji amerykańskiej,
gdzie fundamentalny dokument - taki jak konstytucja czy traktat - reguluje relacje między władzą a obywatelem, w tym także granice tej władzy, ale tak, że traktat reguluje, paradoksalnie, już
uregulowane kwestie. Jest dokumentem wyciągającym na wyższy poziom już istniejącą i zalegalizowaną biurokratyczną praktykę działania unijnych urzędników i instytucji. Kolejnym impulsem
intelektualnym było zrozumienie niemożności jednej wykładni norm (w tym moralnych) w całej Europie. Dlatego całą tę konstrukcję zbudowano opierając się na zasadzie dużo większej
indywidualizacji sytuacji prawnej poszczególnego kraju.
Ale jednocześnie to jest faryzejskie podejście, bo bierze się standardy minimalne, dotyczące moralności czy świata wartości równocześnie z różnych systemów etycznych funkcjonujących w
Europie. Uznając, że wszystkie są równoprawne, że można troszeczkę szanować godność osoby ludzkiej, ale można pójść troszkę w drugą stronę - manipulacje genetyczne, współistnienie
rozmaitych rozwiązań dotyczących aborcji, eutanazji itp. Ale w ten sposób zniszczono hierarchię i narrację każdego z tych systemów. To jest niebo i ziemia w porównaniu z Ameryką, bo tam
istnieje jednak metaetyka, odpowiedzialność jednostki w ujednoliconym świecie wartości. I są instytucje w rodzaju Sądu Najwyższego, który interpretuje to wszystko pod kątem połączenia
realizmu i języka wartości. Tymczasem konstrukcja przyjęta w Europie jak gdyby instytucjonalizuje zwątpienie i niewiarę w jednoznaczność systemu wartości. To samo robi w sferze prawa, bo
uznaje cztery różne systemy źródeł prawa - w różnych sprawach relacje między nimi są zmienne. W dodatku każde państwo może tym jeszcze manipulować we własnym zakresie. Takie
rozwiązanie znosi absolutyzację czegokolwiek w obszarze wartości. I co więcej, rzeczywiście autonomizuje (czy też próbowało autonomizować) wokół tej integracji funkcjonalnej autonomię
biurokracji jako władzy, bo tam są sfery, w których biurokraci mogą kontrować polityków. Taki konstrukt powoduje jeszcze głębsze niż poprzednio wytracenie woli i energii. No i pojawia się
głęboko zakodowany w takim systemie sceptycyzm wobec wartości. Choć równocześnie na poziomie poszczególnych państw, przy budowaniu - w ramach warunków brzegowych - indywidualnych poziomów
"efektywności" norm może pojawić się refleksja moralna, czyli polityka w sensie Arystotelesa, będąca czymś innym niż władza.
Może na społeczeństwo działa płytko, ale na jednostki taki język działa głębiej i silniej. I w tym nowym globalnym chaosie jest to być może oddziaływanie bardziej skuteczne niż ciężka
biurokratyczna formuła Unii Europejskiej. W konfucjanizmie też zawsze oddziaływano na jednostkę.
To, co dla pana jest niestabilnością, zapewnia Ameryce energię, której Europa szuka dzisiaj bezskutecznie. I dlatego jest taka nieodporna na wszystkie formuły, które taką energią dysponują -
na przykład na islam. To jest odfundamentalizowanie w taki sposób, że się wszystkim odmawia prawa do uniwersalizmu. Właśnie to zaabsorbowanie wszystkich systemów wartości oznacza odmówienie
uniwersalności któremukolwiek z nich. I to jest główny problem dzisiejszej Europy.
p
, ur. 1942, socjolog, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN oraz w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Zajmuje się m.in. socjologią organizacji, socjologią polityki i kultury. Jej najważniejsze prace to: "Samoograniczająca się rewolucja" (1985), "Ontologia socjalizmu" (1988), "Postkomunizm" (2002), "Władza globalizacji" (2003), "O władzy i bezsilności" (2006). Ostatnio opublikowała autobiograficzną książkę "Ja. Próba rekonstrukcji" (2008). W "Europie" nr 220 z 21 czerwca br.