p
Guy Sorman*:
Czym Chińczycy zaskoczą nas po olimpiadzie?
Chińska partia komunistyczna dysponuje wielką przewagą nad zachodnimi przywódcami: ma jasną strategię, zna swoje cele, zmierza do nich z determinacją, a przy tym nikt w Chinach - wobec braku wewnętrznej demokracji - nie jest w stanie się temu sprzeciwić. Igrzyska olimpijskie w Pekinie wpisują się w tę strategię. Po przeciwnej stronie Zachód jest pełen podziałów i wahań, bezradny, a jednocześnie podporządkowany Chińczykom i targany niepokojami wynikającymi z własnych ambicji. Zachód jest jednocześnie zdemoralizowany i już nie tak pewny jak w czasach walki ze Związkiem Radzieckim, że jest wcieleniem uniwersalnych wartości. Waha się, czy chińskim komunistom przeciwstawić zasady demokracji i praw człowieka. Jeśli dalej porównywać z niegdysiejszym Związkiem Radzieckim, to Chiny wydają się mniej niebezpieczne: nie zamierzają propagować swojej ideologii poza granicami kraju. W końcu zaś Chiny to dla Zachodu dobry interes, zasób taniej siły roboczej i źródło zysków. Chińscy przywódcy z uwagą przestudiowali zasady funkcjonowania zachodnich elit, w tym także w mediach, nauczyli się uwodzić, przekonywać, a także korumpować: natychmiast po przekroczeniu chińskiej granicy większość zachodnich gości traci wszelki zmysł krytyczny. Chińska zręczność połączona z jednoczesnym wyrzeczeniem się przez Zachód zasad moralnych tłumaczy, w jaki sposób i dlaczego Pekin otrzymał prawo do organizacji igrzysk olimpijskich w zamian za mgliste i niedotrzymane obietnice demokratyzacji Chin. Zdumieni dziennikarze odkrywają, że nie mogą swobodnie pracować. Za późno jednak na skargi - czy choćby przez chwilę można się było spodziewać, że chińska partia komunistyczna dotrzyma danego słowa?
Chińscy przywódcy wiedzieli, że zachodni dziennikarze nie zbojkotują igrzysk z tak błahej przyczyny: wyjazd z olimpiady kosztowałby ich drożej niż przyjazd. Międzynarodowy Komitet Olimpijski wpadł w tę pułapkę w identyczny sposób. Zachodni przywódcy podobnie. Pułapkę, która doskonale zadziałała po buncie Tybetańczyków. Pamiętamy, że Nicolas Sarkozy w imieniu Unii Europejskiej uzależnił swą obecność na otwarciu igrzysk od negocjacji z Dalajlamą. Partia komunistyczna natychmiast zgodziła się na udawane negocjacje, grożąc jednocześnie Francji anulowaniem kilku kontraktów na budowę central nuklearnych. Unia Europejska pod prezydencją Sarkozy'ego się ugięła. Było to do przewidzenia, bo Zachód nie ma ani zasad, ani strategii.
Chińczycy wiedzą również, że oburzenie Zachodu jest zawsze krótkotrwałe. Rozpoczęte na początku 2008 roku masowe aresztowania tybetańskich dysydentów, demokratycznych intelektualistów, odważnych dziennikarzy, niezależnych adwokatów spowodowały na Zachodzie zaledwie maleńkie fale opadające po paru dniach. Po trzęsieniu ziemi w Syczuanie na Zachodzie zachwycano się, że organizacje humanitarne i media otrzymały nagle dostęp do dotkniętych klęską regionów, niektórzy zapowiadali już ocieplenie dyktatury. Potem zaś - bez niespodzianek - chińska policja aresztowała rodziców, którzy ośmielili się protestować w internecie przeciw błędom konstrukcyjnym budynków szkolnych, w których zginęły ich dzieci. Tu, na Zachodzie, zajęliśmy się już wtedy innymi sprawami.
Igrzyska odbywające się w ocenzurowanym, patrolowanym przez policję, pozbawionym wielkiej części eksmitowanych mieszkańców Pekinie, powinny więc przynieść partii komunistycznej oczekiwane rezultaty. Czego jednak oczekuje? Jaka jest chińska strategia? Można ją opisać dwoma prostymi słowami: zemsta i potęga.
Po pierwsze zemsta za upokorzenie, jakiego doznawało cesarstwo chińskie od czasów jego połowicznego upokorzenia przez Zachód w XIX wieku. Zmuszając zachodnich dygnitarzy do uczestnictwa w igrzyskach olimpijskich w tak jasny sposób kontrolowanych przez partię, partia ma poczucie, że odzyskuje honor. Z tej samej przyczyny w międzynarodowych negocjacjach - niezależnie od tego, czy chodzi o Iran, Sudan, czy Światową Organizację Handlu - Chiny są od tej pory imperium, które mówi "nie".
Drugie słowo to ostentacyjna potęga proklamowana przez olimpijskie budowle i skierowana raczej do reszty świata niż do mieszkańców Chin: największe lotnisko, największy stadion, największa autostrada. Wyposażenie olimpijskie w Berlinie w 1936 roku w porównaniu z Chinami wydaje się rachityczne.
Czy oznacza to, że Chiny wygrały igrzyska jeszcze przed ich otwarciem? Udowodniono już, że Zachód nie ma ani ochoty, ani siły, by wpływać na strategię Chin. Czy ta pasywność Zachodu powinna nas niepokoić? Prawdę mówiąc, nie ma niczego szokującego w fakcie, że Chińczycy pragną odzyskać swój honor i rozwinąć gospodarkę: są to odczucia usprawiedliwione. Jednak fakt, że Zachód zarzuca swoje demokratyczne zasady i toleruje to, że miliard ludzi jest pozbawiony wolności, tylko dlatego że są Chińczykami, jest dla Zachodu potężną porażką intelektualną. Zresztą nie powinniśmy się martwić gospodarczym rozwojem Chin, ale powstaniem militarnego mocarstwa pozostającego w rękach kliki, której nikt nawet w samych Chinach nie kontroluje. Jakie będą ambicje zbrojnej partii komunistycznej? Nie wiadomo, bo despotyczne reżimy są nieodgadnione.
Pozostaje część nieprzewidywalna, jaka pojawia się w reżimach totalitarnych - niespodzianki pojawiają się w nich zwykle od środka.
Co się stanie w umyśle tych wszystkich Chińczyków, którzy będą oglądać igrzyska w telewizji? Czy będą dumni ze swoich atletów? Czy będą oburzeni ilością pieniędzy zainwestowanych w pekińskie budowle? Czy będą je porównywać ze swoimi wiejskimi ruderami, ze swoimi biednymi mieszkaniami w miastach, szkołami w opłakanym stanie, brakiem szpitali? Czy narodowe uniesienie zdusi rosnącą niechęć społeczeństwa do przywódców partii? Tradycyjnie Chińczycy są raczej indywidualistami niż patriotami: czy jest dla nich rzeczywiście ważne, że George Bush i Nicolas Sarkozy przybyli pokłonić się ich komunistycznemu prezydentowi? Łatwo dostrzec, że wszędzie w Chinach rośnie niepokój, wybuchają bunty, dzięki internetowi szerzy się niezadowolenie. Właśnie dlatego że sytuacja ekonomiczna Chińczyków ulega poprawie, coraz więcej spośród nich stwierdza, że wzrasta nierówność między uprzywilejowanymi a ubogimi. Nie wiadomo więc ani nie da się przewidzieć, czy igrzyska olimpijskie usankcjonują triumf pewnej ideologii (tak jak igrzyska w Berlinie w 1936 roku) czy też przyniosą zmierzch pewnej dyktatury (jak igrzyska w Seulu w 1988 roku). Z Pekinu jest mimo wszystko bliżej do Seulu niż do Berlina.
© 2008 Guy Sorman
przeł. Wojciech Nowicki
p
*Guy Sorman, ur. 1944, pisarz, publicysta związany z "Le Figaro Magazine". Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m. in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Made in USA" (wyd. polskie 2005), "Rok Koguta" (wyd. pol. 2006), "Dzieci Rifa'y" (wyd. pol. 2007) oraz "L'économie ne ment pas" (2008). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nr 224 z 19 lipca br. opublikowaliśmy jego tekst "Nowa rewolucja".