p
Mykoła Riabczuk*:
Pośród licznych niespodzianek, które przyniosła nam ostatnia wojna kaukaska, warto odnotować nie tyle nawet brak ostrej oceny poczynań Rosji ze strony Zachodu, ile brak entuzjastycznego przyjęcia ich przez sojuszników i sympatyków samej Rosji na całym świecie, szczególnie w WNP.
Ugodowa reakcja Zachodu - przede wszystkim Unii Europejskiej - na agresję Rosjan była z góry do przewidzenia, jeśli wziąć pod uwagę instytucjonalną degenerację UE i upadek wszystkich wartości stanowiących dotychczas tradycyjny fundament cywilizacji europejskiej: solidarności, wolności i obrony praw człowieka. Rosyjskie służby specjalne wspomagane pieniędzmi Gazpromu najprawdopodobniej manipulują nie tylko małymi krajami w rodzaju Cypru czy Słowacji, ale też prowadzą operacje na swoich tradycyjnych frontach - we Włoszech, Francji, w krajach Beneluksu i oczywiście w Niemczech, gdzie gazpromowska kariera byłego premiera Gerharda Schrödera nie daje dziś pewnie spokoju wielu jego kolegom.
O wiele dziwniejsze jest w tej sytuacji milczenie postsowieckich dyktatorów, łącznie z hiperlojalnym dotychczas wobec Moskwy Aleksandrem Łukaszenką. Dopiero w piątym dniu zwycięskiego Blitzkriegu Putina pod bezpośrednim naciskiem Kremla Łukaszenka wybełkotał kilka długo oczekiwanych słów wsparcia. Co ciekawe, również na Ukrainie solidarność z rosyjskimi agresorami zadeklarowali tylko starzy, sprawdzeni przyjaciele Rosji z Komunistycznej Partii Ukrainy i działacze postępowo-prawosławno-socjalistycznego marginesu, których głównym, a może nawet jedynym zadaniem jest popieranie wszelkich działań Kremla i wdrażanie jego polityki na powierzonych im terenach. Tymczasem Partia Regionów powstrzymała się od oficjalnych ocen, wyłamując się w ten sposób ze swojej tradycyjnej roli prorosyjskiego satelity. Ta ostrożność czy, jeśli wolicie, wyważone podejście do sprawy wynika prawdopodobnie w mniejszej mierze z nastrojów "regionalnego" elektoratu (nie znamy jeszcze zresztą wiarygodnych wyników badań socjologicznych na ten temat), w większej zaś - a może i jedynej - z tych samych powodów, które powstrzymują od komentarzy wszystkie pozostałe autorytarne reżimy postsowieckie, zazwyczaj zwane "prorosyjskimi". Co to za powody?
Otóż wygląda na to, że Rosja przekroczyła cienką czerwoną linię, za którą wszystkie reżimy postsowieckie, niezależnie od stopnia ich lojalności wobec Kremla, robią się nader wrażliwe. Rzecz nie tylko w dużym prawdopodobieństwie rozszerzenia zakresu specyficznej rosyjskiej "misji pokojowej" na wszystkie pozostałe regiony tak zwanej bliskiej zagranicy, którą Kreml, przy pełnej obojętności Zachodu, uważa za prawowitą sferę swoich "wpływów". Eskalację "pokojowych" działań Rosji będziemy mogli już w najbliższym czasie zobaczyć w mołdawskim Naddniestrzu, na ukraińskim Krymie czy w roponośnym Azerbejdżanie, który wciąż trwa w stanie tlącej się wojny z Armenią.
Najbardziej palący problem, przed którym stanęli właśnie - czy raczej który po raz pierwszy ujrzeli w całej jego złożoności - postsowieccy autokraci polega na tym, że Moskwa tak naprawdę wcale nie potrzebuje ich "prorosyjskości". A dokładniej: potrzebuje i wymaga nie zwykłej lojalności, lecz bezwzględnego posłuszeństwa. Moskwa, atakując Gruzję, wysłała im jednoznaczny komunikat: lojalność nie jest ani waszym wyborem, ani zasługą. Jest waszym obowiązkiem. Od dzisiaj nie dostaniecie już za nią bonusów. Za to za nielojalność oberwiecie tak, że szybko się wam odechce. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, niech obejrzy sobie w telewizji ruiny gruzińskich miast, mostów, kolei, fabryk, terminali naftowych, portów, spustoszone wioski, trupy cywilów, a potem niech się otrząśnie i porzuci złudzenia, bo tak właśnie wygląda i tak będzie nadal wyglądała impotencja Zachodu w obliczu chamskiej polityki nieodmiennie pewnego siebie Kremla.
Na Ukrainie siły "prorosyjskie" znalazły się w szczególnie trudnej sytuacji - partie "prozachodnie" są tu naprawdę mocne i wpływowe; media - w odróżnieniu od Rosji, Uzbekistanu czy Białorusi - stosunkowo wolne i pluralistyczne, a na scenie politycznej trzeba naprawdę powalczyć. Co innego czule uśmiechać się do Kremla w kwestii strategicznego partnerstwa i demonstracyjnie odcinać od specjalnie w tym celu demonizowanych prozachodnich "narodowych ekstremistów", marudzić o "dwu językach urzędowych" i "referendum w sprawie NATO", a całkiem co innego ulegać Moskwie w konkretnych kwestiach politycznych i gospodarczych czy tym bardziej oddawać jej, ot tak, pakiet kontrolny akcji spółki Kuczmaland czy Achmetowstan. O nie, ukraińscy oligarchowie nie kochają Rosji aż tak bardzo. Nawet na Krymie, gdzie nastroje prorosyjskie są naprawdę widoczne, lokalna elita raczej nie zaryzykuje swojego majątku dla hipotetycznego zwycięstwa rosyjskich sił lotniczych nad ukraińską obroną wybrzeża. Co innego ciągle szantażować Kijów kartą "prorosyjskiego" separatyzmu, a co innego zostać całkiem bez kart w putinowskiej "zdalnie sterowanej demokracji".
Ukraina ma wszelkie powody, by trzymać się jak najdalej od toksycznej i wybuchowej "prorosyjskości". Najlepiej dążąc wspólnym wysiłkiem całego społeczeństwa do wejścia do Unii Europejskiej i NATO. Los maleńkich krajów bałtyckich, które zdołały przebić się do struktur euroatlantyckich, i maleńkich krajów Kaukazu, którym się to nie udało, doskonale pokazuje Ukraińcom, jakiego wyboru powinni dziś dokonać.
Partia Regionów stoi przed takim właśnie wyborem: czy iść na ugodę z siłami prozachodnimi i stopniowo wyciągać kraj z eurazjańskiego (czy dokładniej rzecz ujmując wuenpeowskiego) bagna, czy też walczyć z watażkami skrajnie lewicowych i prawosławno-słowiańskich ugrupowań o honorowe stanowiska generał-gubernatorów w paru małoruskich prowincjach? W dodatku szanse na posady są marne, bo Rosja ma pod dostatkiem własnych kandydatów, w tym również tych z ukraińskimi nazwiskami zakończonymi na -enko, -czuk i -owycz (oraz oczywiście rosyjskimi na -ow i -etow).
Wydaje się, że dla postsowieckich spryciarzy epoka "wielokierunkowości" właśnie dobiegła końca. Może to i lepiej, bo prędzej czy później wszystkim tym nieporadnym tworom państwowym, łącznie zresztą z naszym, przyszłoby odpowiedzieć na proste pytanie: jesteście czy was nie ma? Pies czy wydra? Naród czy aberracja historyczna? Państwo czy nieporozumienie geopolityczne?
Jedną z odpowiedzi podsunął nam Sołżenicyn. Jest brutalna, ale prawdziwa: "podbrzusze". Nad innymi musimy pomyśleć sami.
© Mykoła Riabczuk 2008
przeł. Małgorzata Buchalik
p
*Mykoła Riabczuk, ur. 1953, ukraiński krytyk literacki, eseista, tłumacz, poeta, publicysta. W latach 1985 - 1994 był zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika "Wseswit". W roku 1997 założył opiniotwórczy kijowski miesięcznik "Krytyka". Współpracownik Centrum Studiów Europejskich Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, visiting professor na uniwersytetach w Polsce, USA i innych krajach. Publikował na łamach m.in. "Więzi", "Tygodnika Powszechnego", "Czasu Kultury". W Polsce ukazały się m.in. jego książki: "Od Małorosji do Ukrainy" (2003) oraz "Dwie Ukrainy" (2004). W "Europie" nr 212 z 26 kwietnia br. opublikowaliśmy rozmowę z nim "Na Rosję strategia miłości nie działa".