Gdybym tylko chciał, mógłbym założyć nową religię - chełpi się Michel Onfray. Od kilku lat na jego wykłady na Uniwersytecie Ludowym w Caen przybywają tłumy. Aby dostać się na salę, trzeba przyjść przynajmniej godzinę wcześniej. Niektórzy nie opuścili ani jednego wykładu, inni co weekend dojeżdżają po kilkaset kilometrów, by posłuchać Onfraya. Niedawno jeden z najwierniejszych słuchaczy poprosił go: "Błagam, niech pan przyłoży swoje ręce do mojej twarzy".
Dwa tygodnie później pojawił się, twierdząc, że został uleczony z częściowego paraliżu.
Onfray jest liderem wojującego ateizmu we Francji. Z walki z religią uczynił coś na kształt swego powołania. Nigdy nie przebiera w słowach. "Watykan kocha Adolfa Hitlera" - pisze w "Traktacie ateologicznym". Albo: "Jezus to oszust, którego bzdurna historia wpłynęła niestety na Miliony". Gdy pisze o judaizmie, stara się być równie obraźliwy, w przypadku islamu jest znacznie twardszy. Wielokrotnie grożono mu śmiercią. Jest bez wątpienia najpopularniejszym filozofem we Francji - jego książki sprzedają się w setkach tysięcy egzemplarzy, DVD z wykładami o hedonistycznej filozofii podobnie.
Bardzo szybko rozstał się z uniwersytetem - przez krótki czas tam pracował, potem odszedł, gdy zrozumiał, że nauczana tam historia filozofii to "kłamstwo". Pierwsze, bardzo zabawne książki, dzięki którym zyskał pewną popularność, poświęcił zwyczajom żywieniowym filozofów. Porusza w nich zagadnienia w rodzaju: "W jaki sposób Kant próbował połączyć własny alkoholizm z wysokimi wymaganiami etycznymi" albo: "Czy Rousseau postrzegałby ludzkość jako mniej niewinną, gdyby nie odżywiał się głównie produktami mlecznymi?". Gdy producenci żywności zaczęli mu proponować dziesiątki tysięcy euro za wykłady o jedzeniu, porzucił tę drogę. Doszedł do wniosku, że po następnej książce o brzuchu filozofów będzie martwy jako filozof. Odtąd na dobre poświęcił się wojnie z religią.
Caen, w którym działa Uniwersytet Ludowy Onfraya, jest jednym z bardzo nielicznych naprawdę brzydkich miejsc we Francji - zostało niemal całkowicie zniszczone w czasie inwazji na Normandię pod koniec II wojny, a teraz dotknięte jest gigantycznym bezrobociem i wszelkimi możliwymi społecznymi plagami. Onfray podkreśla, że to jest jego miejsce na ziemi: "Są dwie kategorie intelektualistów we Francji. Ci, którzy zajmują się nędzą <czystą> - Trzecim Światem, konfliktem izraelsko-palestyńskim i Czeczenią. A także ci, którzy zajmują się nędzą <brudną> - bezdomnymi, biedą, nędzą seksualną i uczuciową, rezultatami neoliberalizmu w życiu codziennym". Onfray zawsze chciał należeć do tej drugiej kategorii. I w każdych wyborach popierał najbardziej lewackiego kandydata z możliwych.
Każdy, kto uważa, że Onfray ucieleśnia świat przyszłości, w którym nie ma już żadnego miejsca na religię, bardzo się myli. Onfray jest ateistą archaicznym. Świat, który opisuje, nie jest światem wyzwolonym z religii, lecz światem bez reszty opanowanym przez religię. Ateizm nie jest dla niego normą, tylko wyzwaniem rzuconym establishmentowi. We Francji, gdzie niewiara stała się normą, taki opis rzeczywistości może nieco dziwić. Wszystko staje się jednak bardziej zrozumiałe, gdy cofniemy się do dzieciństwa filozofa.
Onfray urodził się na zapadłej normandzkiej wsi jako syn sprzątaczki i robotnika rolnego. W jego domu nie było żadnych książek. Gdy miał 11, lat jego rodzice postanowili oddać go do przytułku dla sierot, czego przez długi czas nie mógł im wybaczyć. Opis pobytu w tej instytucji prowadzonej przez salezjanów otwiera jedną z książek Onfraya - "La puissance d’exister". Przypomina ona XIX-wieczną prozę - bohater to niemal dickensowski sierota, tyle że jego głównym problemem nie jest to, jak uciec od nędzy, lecz jak uciec od religii. Dominuje "logika terroru, arbitralności, nieustannej bliskości katastrofy". Dziecko próbuje znaleźć ucieczkę w książkach, ale to jeszcze pogarsza jego sytuację. "Czytanie było tam uważane za dobre dla dziewczynek bądź gejów". Całe późniejsze życie miało stać się aktem zemsty za tamte lata.
Gdy Onfray wysłał "Traktat ateologiczny" swojemu wydawcy, usłyszał: "To się nie sprzeda. Za bardzo pachnie starzyzną". Wydawca bardzo się mylił - książka była gigantycznym sukcesem. Jednak nie mylił się w jednym: Onfray jest ostatnim reakcjonistą. Odgrzewa dawne konflikty w ich formie sprzed blisko 100 lat. W świecie znudzonym własnym sceptycyzmem ta archaiczna strategia bywa wielką siłą.
Maciej Nowicki