Dziennik Gazeta Prawana logo

Geniusz i szaleństwo Dicka

9 stycznia 2009, 23:57
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
To, że ktoś jest znakomitym prozaikiem, nie oznacza, że jednocześnie jest błyskotliwym gawędziarzem. Ale Philipowi K. Dickowi akurat ta sztuka się udała. Świadectwem tego są rozmowy, które Gwen Lee przeprowadziła z nim w 1982 roku, na dwa miesiące przed śmiercią, i które następnie opublikowała przy współpracy Doris Elaine Sauter.

Książkę "A jeśli nasz świat jest ich rajem?" czyta się do pewnego stopnia jak powieści i opowiadania Dicka. Autor "Człowieka z Wysokiego Zamku" i "Ubika", przedstawiając kulisy powstawania swojej twórczości, snując rozważania filozoficzne i religijne, zapuszcza się w najdalsze, nierzadko upiorne zakątki swojej wyobraźni. Mamy tu całą paletę jego narkotycznych wizji kojarzących się z obrazami Hieronima Boscha. Wypowiedzi Dicka przeradzają się niepostrzeżenie w narrację literacką. Wyrwane z kontekstu mogą po prostu sprawiać wrażenie fragmentów jego psychodelicznej prozy. Uproszczeniem byłoby jednak potraktowanie amerykańskiego pisarza jako kolejnego twórcy, w którego umyśle narkotyki otworzyły na oścież "drzwi percepcji" (by nawiązać do tytułu głośnej książki Aldousa Huxleya). Dick nie stroni od autoironii. Potrafi zdobyć się na dystans wobec wypowiadanych przez siebie treści, które dla przeciętnego człowieka brzmią zapewne jak dyskurs szaleńca. Gdybyśmy mieli szukać wartościowych i nadal aktualnych elementów dziedzictwa kontrkultury lat 60., znaleźlibyśmy je właśnie u Dicka. I to niezależnie od tego, że przybierały one u niego formę obsesji. Dziś, kiedy dzięki coraz doskonalszym technologiom symulakry wypierają rzeczywistość, nie potrzeba już nawet środków halucynogennych, by zatracić z nią kontakt. z

"A jeśli nasz świat jest ich rajem? Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem",
przeł. Michał Lipa,
Editio 2008

p


Dick zaczynał jako pisarz amerykańskiego "realizmu społecznego" w stylu Johna Steinbecka. Tematem jego twórczości z tego okresu są uciskani robotnicy i wyzyskujący ich właściciele fabryk. Ale te powieści były odrzucane przez wydawnictwa. Wówczas Dick przerzucił się na fantastykę, do której zresztą miał stosunek lekceważący. Używał rozmaitych jej rekwizytów żartobliwie. W jego prozie pojawił się zjadliwy humor, którego we wcześniejszych powieściach brakowało. Środowisko science fiction w USA, które tworzy pewną zamkniętą grupę, nie akceptowało go, bo wykraczał poza sztywne reguły gatunku, natomiast inne środowiska nie miały o nim pojęcia. Pisarz został odkryty dopiero w Europie. Przyczynił się do tego również Stanisław Lem. Otoczony sławą w Europie Dick zaczął odnosić sukcesy także w Ameryce. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, myślę, że być może jest on w ogóle najważniejszym pisarzem drugiej połowy XX wieku, choć tego typu klasyfikacje są zawsze warunkowe.


Fantastyka nie może funkcjonować bez teorii spiskowych, podobnie jak kryminały, w których musi być założenie, że skoro jest trup, to ktoś zabił, w jakimś celu i można tego kogoś znaleźć. Ale Dick szedł dalej i głębiej. Zrobił z science fiction to, co Dostojewski z kryminałem w "Zbrodni i karze". Drążył dwie poważne kwestie: co to jest rzeczywistość i kto to jest człowiek. Zastanawiał się, jak odróżnić człowieka od nieczłowieka. W powieści pod najdziwniejszym chyba tytułem na świecie "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" pojawia się specjalna aparatura, która potrafi odróżniać człowieka od androida. Według Dicka człowiek wyróżnia się spośród sztucznych humanoidów zdolnością do miłości i współczucia. Ta prawda w kraju chrześcijańskim nie powinna skądinąd być niczym zaskakującym. A jeśli chodzi o kwestię chorobliwej nieufności, to trzeba powiedzieć, że pisarz przez długi okres swojego życia zażywał w ogromnych ilościach narkotyki. W Kalifornii lat 60. opinia o narkotykach była taka, że poszerzają one świadomość. Nie zdawano sobie sprawy ze szkód, jakie to przynosi. Dick miał cały czas poczucie, że nie wie, w jakiej rzeczywistości żyje. Przyglądał się swojemu otoczeniu niezwykle podejrzliwie, patrzył, czy ono się nie rozpadnie. Wreszcie doszedł do wniosku, że rzeczywistość to jest to, co nie znika, kiedy przestajemy o tym myśleć lub się temu przypatrywać.


Dick pisał o problemach odwiecznych, a jednocześnie był mieszkańcem Ameryki w takim a nie innym okresie jej historii. Nienawidził Nixona, nienawidził wojen. Bał się FBI - zrobiono mu zresztą przeszukanie w domu, co jego zdaniem spowodowane było pochwalną recenzją, jaką otrzymał ze Związku Sowieckiego. Jednocześnie podejrzewał Lema o to, że tak naprawdę nie jest człowiekiem, a za jego nazwiskiem kryje się organizacja komunistyczna zamierzająca zwabić Dicka do Krakowa i odesłać dalej na wschód. Geniusz musi mieć w sobie tę odrobinę szaleństwa… Tak jak zdrowy małż nie wyda z siebie perły, tak i człowiek zbyt normalny nie stworzy arcydzieł. Co ciekawe jednak, Dick w swoich powieściach i opowiadaniach potrafił swoje szaleństwo dyscyplinować i poddawać regułom literackiej logiki. W powieści "Przez ciemne zwierciadło" detektyw wchodzi w świat ćpunów tak głęboko, że ostatecznie ląduje w zakładzie dla osób w stanie beznadziejnym, dla ludzi-warzyw. Kiedy jednak przychodzi do niego policja, wyjmuje z cholewy buta jakiś listek i jej podaje. Nie ma z nim już żadnego kontaktu, ale przekazuje w ten sposób ważną informację, bo okazuje się, że w tym właśnie zakładzie hoduje się i produkuje narkotyki. I Dick jest właśnie kimś takim, kto wyszedł bardzo daleko, na tamtą stronę lustra, ale potrafi jeszcze opowiedzieć nam - w języku dla nas zrozumiałym - co się tam dzieje. Gdyby posunął się jeszcze trochę dalej, skończyłoby się to zwykłym bełkotem. Tak się jednak nie stało. I to jest najlepsza rzecz, jaka może się przydarzyć szalonym geniuszom - że potrafią swoje szaleństwo opowiedzieć językiem zrozumiałym dla człowieka normalnego.


Postrzegał na przykład Amerykę jako państwo policyjne. Dzisiaj, po okresie rządów Busha, po wprowadzeniu ustawy Patriot Act, staje się to niepokojąco realne. W powieści "Prawda półostateczna" Dick przedstawia społeczność żyjącą pod ziemią, pracującą w fabrykach w straszliwych warunkach, bo jej członkowie są przeświadczeni o tym, że na powierzchni ziemi trwa wojna atomowa, o czym informuje ich telewizja. Okazuje się jednak, że nie ma żadnej wojny, że bogaci ludzie żyją w przepychu, a przekazywanie informacji o wojnie i zniszczeniu kolejnych amerykańskich miast służy im do tego, by utrzymywać w strachu tych, co mieszkają pod ziemią. To jest metafora realnych rządów strachu, o których pisze dziś chociażby Naomi Klein.

*Lech Jęczmyk, ur. 1936 r., tłumacz, autor polskich przekładów książek Philipa K. Dicka

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj