Zdaniem Langgutha bilans wypada dobrze, biorąc pod uwagę, że w trakcie ostatniej kadencji wybuchł największy od kilkudziesięciu lat kryzys gospodarczy. Antykryzysowe posunięcia Merkel były w większości przemyślane i wynikały z uważnej analizy nastrojów społecznych. Właśnie to uważne wsłuchiwanie się w głos opinii publicznej pozwala zachować jej popularność mimo nie najlepszej sytuacji ekonomicznej kraju. Merkel to zdaniem Langgutha klasyczny człowiek władzy, polityk doskonale elastyczny, który potrafi świetnie reagować na wahania nastrojów społecznych. Mimo że pochodziła z "gorszej", wschodniej części Niemiec, a karierę polityczną rozpoczęła stosunkowo późno, potrafiła przebić się w zdominowanej przez mężczyzn niemieckiej polityce i wejść na sam szczyt. Utrzymanie przez nią stanowiska kanclerza po najbliższych wyborach jest bardzo prawdopodobne. Tak samo jak dalsze trwanie Wielkiej Koalicji - żadna z tworzących ją partii nie ma bowiem specjalnych szans na uzyskanie absolutnej większości w Bundestagu. Oba ugrupowania - zarówno chadecy jak i socjaldemokraci - słabną, a duża osobista popularność samej Angeli Merkel ma się nijak do ocen, jakie zyskuje CDU.
p
Ogólnie rzecz biorąc, Angela Merkel dobrze sprawuje swoją funkcję. Przyznają to nawet te osoby, które nie podzielają jej poglądów politycznych. Od samego początku
udaje jej się zachowywać wysokie poparcie społeczne. Rozwinęła ogromną umiejętność dopasowywania swojego stanowiska do opinii innych. Choć była na początku sceptyczna wobec wielkich
programów poprawy koniunktury gospodarczej, w odpowiednim momencie potrafiła złagodzić swoje stanowisko. Udaje jej się również dobrze współpracować z ministrami wywodzącymi się z SPD, w
tym z ministrem finansów Peerem Steinbrückiem.
Im bardziej zbliżają się wrześniowe wybory do Bundestagu, tym atmosfera w rządzie gęstnieje. Jednak to, że przez ostatnie cztery lata udało się tę koalicję utrzymać, samo w sobie jest
sukcesem. Zawdzięczamy to temu, że Merkel nie jest "żelazną kanclerz", która jak jej poprzednik Gerhard Schröder poważniejsze spory kończyłaby, mówiąc:
"Dość!". Niemcy Merkel to przykład demokracji konsensualnej, gdzie szef rządu ma co prawda decydujący wpływ na podejmowane decyzje, ale pamięta o tym, że potrzebne mu jest
większościowe poparcie we własnej koalicji. Merkel musi być tego świadoma, ponieważ jej koalicja obejmuje dwie największe partie, które są w Bundestagu. Musi dążyć do kompromisu.
To nieprawda, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej. Natomiast jeśli w sprawach wewnętrznych, gdy dochodzi do fundamentalnych sporów, prosi o ich rozwiązanie swojego sekretarza
generalnego, czyni tak tylko po to, by uniknąć ataków koalicjantów.
Trzeba byłoby zacząć od początku. Do bilansu tej koalicji należy reforma systemu zdrowotnego, co do której niektórzy twierdzą, że nie poszła wystarczająco daleko - trzeba jednak
pamiętać, że prace nad nią nie były łatwe, bo w koalicji reforma ta wywoływała ogromne spory. Wykonano również wysiłek na rzecz załatania dziury budżetowej, z którą pozostawiły Niemcy
poprzednie rządy. Niestety później, wraz z kryzysem, zadłużenie stało się jeszcze większe. Należy jednak przyznać, że Merkel nie należy do tych polityków, którzy pragną poprawy
koniunktury za cenę nowego zadłużenia gospodarczego. Co prawda po dłuższym namyśle zgodziła się na wdrożenie niektórych programów pobudzania koniunktury, jednak uczyniła to tylko ze
względu na silny nacisk, jaki wywierały na nią inne partie w koalicji, a także partnerzy międzynarodowi i opinia publiczna. Powiedziałbym, że raczej nie popełniła poważnych błędów -
choć nigdy nie jest do końca jasne, w jakiej mierze na jej sposób myślenia wpływają argumenty ekonomiczne. Tak jak w wypadku płac minimalnych - szalenie kontrowersyjnego tematu w Niemczech -
gdzie ustąpiła o wiele bardziej, niż sugerowało jej to zorientowane ekonomicznie skrzydło jej własnej partii. Jestem też sceptyczny, gdy chodzi o przyjęte przez rząd Merkel specjalne
programy pobudzania koniunktury dotyczące przemysłu samochodowego - mam na myśli dopłaty do zniszczonych aut przy kupnie nowych. Uważam to za krótkowzroczny pomysł. Co ważne jednak, Merkel
nie podjęła ani jednej decyzji, która stałaby w sprzeczności z nastrojami społecznymi. Wyróżnia ją fascynująca zdolność do odgadywania, czego pragnie większość wyborców.
Ostatnie sondaże były już nieco lepsze (i gorsze dla SPD). Jednak prawdą jest, że sama Merkel cieszy się nieporównanie większą popularnością niż jej własna partia. To nowość w historii
Republiki Federalnej. Dawniej, za czasów Helmuta Kohla, to kanclerz miał znacznie gorsze notowania niż CDU, która we wczesnych latach po zjednoczeniu utrzymywała stabilny wynik około 40 procent
poparcia. Dziś jest inaczej i zjawisko to pokazuje, że niemiecki system partyjny stał się bardzo kruchy. Liczba stałych wyborców konkretnych partii niezmiennie maleje. Problem leży też
zresztą w samej CDU, jest tam wiele osób, które grają przeciwko Merkel - choćby niektórzy szefowie rządów krajowych. Choć w tym momencie Merkel ma w swojej partii silną pozycję, gdyby
doszło do politycznego kryzysu, jej autorytet mógłby się bardzo łatwo załamać.
Mimo wszystko prawie żadnej. Niektóre dzisiejsze prognozy wskazują raczej na możliwość utworzenia rządu przez CDU, CSU i liberałów z FDP. Moim zdaniem jeszcze prawdopodobniejsze jest, że po
wyborach będziemy mieli do czynienia z kontynuacją Wielkiej Koalicji. Co do samego Steinmeiera, nie można mu odmówić sukcesów na polu polityki zagranicznej, ale już dziś wiemy, że nie udała
mu się próba zmiany wizerunku na polityka zajmującego się polityką wewnętrzną i poważnego kandydata na kanclerza. Nie robi wrażenia człowieka władzy, lecz ostrożnego biurokraty. Nigdy nie
był osobą stojącą w ogniu walki wyborczej, a teraz musi nagle zmienić się w kandydata numer jeden - to dla niego zbyt potężne wyzwanie. Do tego dochodzi fakt, że socjaldemokracja, nie tylko
w Niemczech, ale w całej Europie, znajduje się w głębokim kryzysie.
Być może słusznie, ale nie chodzi tu o negatywne znaczenie tego terminu. Merkel jest par excellence człowiekiem władzy - tyle że bardzo nietypowym. Aby to zrozumieć, musimy być świadomi, że
rozpoczęła swoją karierę polityczną dopiero w wieku 35 lat. Mając bardzo niewielkie doświadczenie, pokonała niebywałe trudności, by ostatecznie zostać kanclerzem. Jej zdolności były
zresztą przez długi czas niedoceniane. Szczególnie interesujące jest to, że na przykład nikt z jej byłych szkolnych kolegów nie przypuszczał, iż mogłaby posiadać cechy przywódcze. A
jednak już po roku działalności politycznej - była zaangażowana w ruch obywatelski jeszcze w byłej NRD - otrzymała tekę ministra federalnego. W świecie polityki, tak dalece zdominowanym
przez mężczyzn, była w stanie pokonać takich gigantów jak Helmut Kohl czy Wolfgang Schäuble i zająć ich miejsce.
Merkel jest - gdy chodzi o pochodzenie - jedyną z tej trójki, która nie musiała pokonywać olbrzymiego dystansu na drabinie społecznej. Kohl pochodzi ze środowiska politycznego katolickiej
drobnej burżuazji, Schröder od swojej matki, biednej wojennej wdowy, nie otrzymał żadnego politycznego przygotowania. Merkel natomiast pochodzi z rodziny burżuazyjno-akademickiej, wychowała
się w domu pastora, gdzie panowała tradycyjna etyka stawiania dzieciom wysokich wymagań.
To z całą pewnością bardzo istotne. Jednak - choć Merkel spędziła dzieciństwo i młodość we wschodnich Niemczech - jej rodzina zawsze była odwiedzana przez przybyszów z Zachodu. Ojciec,
Horst Kasner, jako pastor kościoła luterańskiego, miał wielu znajomych z RFN. Małej Angeli nie brakowało okazji, by czynić porównania między rzeczywistością Niemiec Wschodnich i
Zachodnich. Merkel była też bardzo zintegrowana ze wschodnioniemieckim społeczeństwem, należała do Freie Deutsche Jugend (Wolna Młodzież Niemiecka, FDJ - komunistyczna organizacja
młodzieżowa Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności w NRD - red.) podobnie jak większość jej rówieśników. Co szczególnie istotne, jej ojciec należał do tych pastorów, którzy
współpracowali z reżimem, przez co zaskarbił sobie przydomek "czerwonego Kasnera". Późniejsze zaangażowanie Angeli Merkel w CDU odczytuję więc jako rodzaj politycznej
emancypacji od rodzinnego domu - tym bardziej że jej matka już po przełomie 1989 roku zapisała się do SPD. Decydujące dla charakteru Merkel są wreszcie szalenie wysokie wymagania, które od
dziecka sobie stawiała. Jej życie jest spełnieniem marzeń "idealnej uczennicy". Również rodzice powtarzali jej zawsze, że aby - jako córka pastora - mogła uczyć się w
szkole średniej, a potem na uniwersytecie, musi być lepsza od wszystkich innych. To dążenie, by "być lepszą niż wszyscy inni", do dziś decyduje o jej charakterze.
To prawda, że sprawia często wrażenie osoby chłodnej, "sfinksa". Okazywanie uczuć przychodzi jej z trudem. Ale też ukrywanie własnych emocji przed innymi należało do
najważniejszych strategii przetrwania w "Stasilandzie".
Nie podobało jej się definiowanie jej osoby poprzez autorytet Kohla, dlatego z czasem doprowadziła do tego, że takie określenia zniknęły z politycznego dyskursu. Myślę, że każda epoka ma
swojego kanclerza. W przeciwieństwie do Kohla Merkel jest zainteresowana wszystkim innym, tylko nie historią. Dla niego historia, jej interpretacja i tworzenie, były życiową pasją - choć pod
koniec sprawowania przez siebie urzędu nie potrafił odnaleźć się w epoce internetyzacji. Kohl był też ze wszystkich trzech kanclerzy po zjednoczeniu najbardziej
"ideologiczny". Z kolei Schröder, z zawodu prawnik, ucieleśniał coś w rodzaju niemieckiej nowoczesności. Podobnie jak Merkel miał trudne relacje ze swoją własną partią -
ale był też często odbierany jako człowiek bez skrupułów. Angela Merkel jest z kolei typem człowieka rozwiązującego problemy - również w tym sensie różni się od Kohla.
Merkel udało się dość szybko unormować stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, które po epoce Schrödera były mocno skomplikowane. Pani kanclerz krytycznie odnosi się również do Putina.
Kontrowersje w koalicji wzbudziło co prawda to, że przyjęła w swoim gabinecie Dalajlamę - decyzja ta doprowadziła do napięć w relacjach z Chinami. W polityce europejskiej enerdowskie
pochodzenie wychodzi jej na dobre, bowiem niewielu zachodnich polityków potrafi tak jak ona wczuć się w owe realia. Reprezentuje również raczej proeuropejskie nastawienie, próbując iść w tym
względzie śladami Kohla - choć zaznaczmy, że sama sytuacja w Europie nie jest już tak sprzyjająca jak w latach 90. Wówczas politykę europejską kształtowała "koalicja
czterech" - Helmut Kohl, Francois Mitterrand, Felipe Gonzalez i Jacques Delors. Dziś o takiej "drużynie" możemy najwyżej pomarzyć. Do tego Europa nie składa się już
z 12 czy 15 państw. Dlatego o wiele trudniej jest porozumieć się odnośnie wspólnych projektów. Pani kraj jeszcze niedawno był w tym układzie bardzo trudnym partnerem.
Zasadniczo dobrze. Wedle mojej wiedzy, Donald Tusk i Angela Merkel raczej się rozumieją. Rzecz jasna, do dziś istnieje szereg kwestii drażliwych, takich jak sprawa polskich i niemieckich
wypędzonych. Znam bardzo wielu Niemców, pochodzących z dzisiejszych terenów Polski, którzy pracują intensywnie nad pojednaniem. Należy rozumieć, że często wspominane "prawo do
ojczyzny" nie oznacza, iż niemieccy wypędzeni chcą dostać swoją ojczyznę z powrotem, ale potrzebują uznania, że przypadł im w udziale ciężki los.
Z całą pewnością ma pani rację. Ale też w tym sensie potrzeby niemieckich wypędzonych powinny znaleźć zrozumienie właśnie w Polsce. Kiedy jednak tak niesłychanie ceniona i szanowana w
Niemczech osoba, jak Władysław Bartoszewski, nazywa Erikę Steinbach "blond bestią", widać wyraźnie, że w stosunkach polsko-niemieckich jest jeszcze bardzo wiele do
wyjaśnienia. To raczej nieeleganckie sformułowanie. Tym bardziej cieszę się, że Angela Merkel ostatecznie pokazała, iż zależy jej w pierwszym rzędzie nie na niemieckich wypędzonych, ale na
niemieckiej racji stanu. A to oznacza podchodzenie z wielką atencją do stosunków z Polską.
p
, ur. 1946, politolog, publicysta, profesor na Uniwersytecie w Bonn, w przeszłości także polityk CDU. Od lat 70. związany z Fundacją Konrada Adenauera. Jest autorem politycznych biografii kanclerz Angeli Merkel (2005) oraz prezydenta Republiki Federalnej Horsta Köhlera (2007). Oprócz tego opublikował m.in. książki: "Deutschland andenken. Eine Nation im Dialog" (1998), "Mythos ’68" (2001) oraz "Das Innenleben der Macht. Krise und Zukunft der CDU".