Być może odpowiedzią dla Markowa jest opinia naszego dzisiejszego rozmówcy Edwarda Luttwaka. A brzmi ona zaskakująco: Obama to kontynuator neokonserwatywnej polityki poprzedniej administracji. Luttwak uważa, że obecny prezydent jest do takiego działania poniekąd zmuszony. Zaniechanie udzielania pomocy Ukrainie i Gruzji - nawet jeśli nie są one partnerami łatwymi i przewidywalnymi - równoznaczne jest bowiem z ryzykiem rozpoczęcia regularnej wojny. Obama kontynuuje też politykę Busha wobec Iraku, Afganistanu i Chin. Ale, zdaniem Luttwaka, bynajmniej nie prowadzi to do międzynarodowej konfrontacji, o co bywał oskarżany poprzedni prezydent. Dziś żadnej z wielkich potęg nie opłaca się prowadzenie polityki mocarstwowej w kategoriach siły. Prawdziwe problemy dotyczą bowiem takich spraw jak kryzys finansowy i kryzys Wspólnoty Europejskiej. Ich rozwiązanie wymaga dialogu między największymi graczami. Aby jednak przynosił on efekty, każda ze stron powinna stanowczo artykułować swoje interesy.
p
To jeszcze jeden dowód na to, że administracja Baracka Obamy kontynuuje neokonserwatywną linię poprzedniego rządu w dziedzinie polityki zagranicznej.
Jak najbardziej. W istocie, jeśli Obama odniósł dotychczas na tym polu jakieś sukcesy, to tam, gdzie zdecydował się porzucić slogan wyborczy "change" i kontynuować stabilną
linię polityczną swojego poprzednika. Gruzja nie jest odosobnionym przypadkiem. Administracja Obamy będzie popierać nie tylko ją, ale i Ukrainę. Nawet jeśli nie są to łatwi i wiarygodni
partnerzy, nawet jeśli sposób prowadzenia przez nich polityki jest, delikatnie mówiąc, awanturniczy, Amerykanie nie mają innego wyjścia. Albo będą tym krajom pomagać, albo ryzykują
rozpoczęcie regularnej wojny.
Nie było też żadnej zmiany polityki w Iraku. Zaplanowany za poprzednich rządów proces stopniowego przekazywania władzy w ręce Irakijczyków nie został w ostatnich miesiącach ani trochę przyspieszony. Do Afganistanu wysłano jeszcze więcej wojsk. W ten sposób pokazano, że nowy prezydent jest równie sprawny i zdecydowany jak poprzedni. Podobną kontynuację widać w wypadku Chin.
Nie ma powodu, by sądzić inaczej. Obama nawet podczas kampanii wyborczej nigdy nie krytykował polityki George’a W. Busha wobec Chin. Była ona prowadzona wedle zrównoważonej, subtelnej
linii, a Bush należał do nielicznych amerykańskich prezydentów, którzy mieli rzeczywistą wiedzę o Państwie Środka. Dobra współpraca miała więc miejsce już wcześniej, a jej
zacieśnienie ma związek z próbami rozwiązania kryzysu finansowego, który naznaczył zwłaszcza początek prezydentury Obamy. Jak pamiętamy, Amerykanie zwrócili się najpierw do Europejczyków
z propozycją opracowania wspólnych programów wydawania amerykańskiej rezerwy federalnej i napędzania w ten sposób koniunktury. Unii Europejskiej zabrakło jednak woli porozumienia. Skorzystały
natomiast Chiny, które na amerykańską propozycję odpowiedziały natychmiast. Dziś układ z tym państwem jest najważniejszym sojuszem, jaki istnieje na arenie międzynarodowej. Nie liczy się
ani G20, ani G8, ale G2, czyli USA i Chiny.
Oprócz tego, że uważam, że jest to naprawdę rozumna strategia - w sensie jej konsekwencji międzynarodowych - istnieje też głębszy powód. Od samego początku prezydentury największym
zmartwieniem Obamy jest bezustanne wystawienie na surową krytykę ze strony konserwatystów. Zwrot w polityce zagranicznej ma również inny sens: skoro Obama atakowany jest na tak wielu frontach,
niech będzie chociaż jedna dziedzina, w której nikt mu się nie sprzeciwia. Dzięki temu "parasolowi ochronnemu" Obama może bez większych kompromisów budować swoją
liberalną i - jak na Stany Zjednoczone - bardzo lewicową politykę wewnętrzną, do której zalicza się między innymi wielka reforma opieki zdrowotnej, zmiana wysokości podatków i tak
dalej.
Wymyślone przez Josepha Nye’a pojęcie soft power lepiej sprawdza się w sali wykładowej niż w realnej polityce. To trochę dziecinna, a trochę akademicka wiara, że politykę
międzynarodową można tworzyć za pomocą uśmiechów. Prezydentura Obamy jest wielkim eksperymentem mającym zbadać rolę uśmiechu w polityce. Media kochają go za ładny uśmiech i elokwentne
mowy. Jednak na tym koniec. Relacje międzynarodowe zmienia się czynami, a nie słodkimi słówkami.
Ależ przeciwnie! Odegrała bardzo ważną rolę koronnego dowodu na to, że uśmiechy i mowy niczego ze sobą nie przynoszą. Obama pojechał do Kairu i dał wyraz swojemu zachwytowi cywilizacją
islamu. Prawda jest taka, że równie dobrze mógł pogrozić i powiedzieć, że jeśli muzułmanie w dalszym ciągu będą terroryzować swoje kobiety i zabraniać młodym edukowania się, nigdy nie
wydobędą swojej kultury z opłakanego stanu, w którym się znalazła. Nie ma żadnej różnicy. W Afganistanie żołnierze nie są uzbrojeni w soft power, tylko w karabiny. Te karabiny działają
wtedy, gdy piękne słowa nie przynoszą już rezultatu. Mowa w Kairze nie zmieni ani rządu w Egipcie, ani w Arabii Saudyjskiej. Przywódcy palestyńscy dopiero co mieli spotkanie w Ramallah,
podczas którego ogłosili, że pragną przejąć Jerozolimę, Tel Awiw i Hajfę. A już największą porażką były próby oddziaływania za pomocą soft power na Iran. Ali Chamenei i skupieni
wokół niego ludzie uważają antyamerykanizm za jedyną siłę jednoczącą Irańczyków. Dlatego, choć bez trudu mogliby poprzeć polityka zrównoważonego i subtelnego jak Chatami, wybrali
Ahmadineżada, który znakomicie spełnia swoją rolę psa kąsającego Zachód po łydkach. Podjętą przez Obamę próba wyciągnięcia do nich ręki musiała spalić na panewce, bo była fatalnie
obliczona.
To oczywiście bardzo sympatyczne hasło. Obama spotkał się nawet z Miedwiediewem, który jest równie sympatyczny. Ale szybko okazało się, że cała ta wizyta nie odniosła absolutnie żadnych
rezultatów. Po pierwsze, Rosjanie postawili Amerykanom warunki, które tak czy inaczej nie mogły zostać spełnione: wolna ręka w Gruzji i na Ukrainie dla Putina, a w zamian pomoc w negocjacjach z
Iranem i Koreą Północną. Jak już wiemy, choć interes mógł okazać się dobry, Amerykanie nie mogli pójść tą drogą. Po drugie, rosyjskie gazety ani na chwilę nie przestały pisać o
kłamliwości Ameryki i spiskach Zachodu. Reżim rosyjski, podobnie jak irański, nie jest w stanie funkcjonować bez antyamerykanizmu. Relacje amerykańsko-rosyjskie bardzo szybko powróciły zatem
do swojego poprzedniego stanu.
Trudno oczywiście obwiniać Obamę za charakter samych Rosjan. Od dziesiątek lat się nie zmieniają, mają wciąż mentalność Złotej Ordy. Jeden amerykański prezydent tego nie zmieni. Ale
amerykański prezydent ma obowiązek lepiej rozpoznawać sytuację.
Na początku rzeczywiście Obama pragnął wypracowania stosunków z Europą na nowo. Za panowania George’a W. Busha toczyły się bezustanne kłótnie. Dlatego podczas swoich wizyt Obama
starał się wynegocjować ze Wspólnotą dość proste sprawy. Po pierwsze, by Europejczycy czynnie przyłączyli się do wyciągania światowej gospodarki z kryzysu. Po drugie, by wysłać więcej
wojsk do Afganistanu. I po trzecie, by Europa doprowadziła do stworzenia wspólnej polityki energetycznej, która pozwoliłaby uniezależnić się od Rosji i wspólnie ze Stanami prowadzić z nią
negocjacje. I co się okazało? Nie tylko odpowiedź na wszystkie trzy propozycje była negatywna. Dodatkowo każdy z europejskich przywódców starał się przekonać Obamę, że to on jest
najważniejszy i że z innymi nie warto rozmawiać. Merkel nazywała Sarkozy’ego głupcem. Sarkozy mówił, że Berlusconi to klown. Gordon Brown - że politycy z kontynentu są nic nie
warci. A wszyscy razem przekonywali, że tak czy inaczej nie ma sensu rozmawiać ze sprawującymi prezydencję Unii Czechami, bo ci po prostu się nie liczą. Zamiast Europy Obama odkrył więc
wielką pustkę.
Polityka europejska przechodzi swoisty regres. Brakuje myślenia w kategoriach globalnych. Niemcy będące sercem projektu europejskiego robią wszystko, by uniemożliwić Wspólnocie działanie -
czy to w kategoriach polityki zagranicznej, czy czysto ekonomicznych. Mówiłem wcześniej, że Chiny bardzo chętnie zgodziły się na plan wychodzenia z kryzysu, przygotowany przez USA. Co robiła
w tym czasie Europa? Przygotowywała się do jazdy na gapę. Skoro i tak skorzystamy na zabiegach dokonanych przez Chiny i Amerykę, to po co ryzykować? - zdawały się mówić Niemcy. Francuzi
argumentowali, że nie mogą narazić na niebezpieczeństwo swojego systemu ubezpieczeń społecznych. Zaś Włosi ogłosili, że mają tak wielką dziurę budżetową, iż nie ma mowy o wydaniu
choćby eurocenta. Zamiast tego kilka razy zmieniali miejsce, w którym miał odbyć się szczyt G20, by w końcu urządzić go w Aquili, miasteczku, które zostało zniszczone przez trzęsienie
ziemi. Trudno o piękniejszy gest: pogoda podobno dopisała, a jedzenie było wyśmienite… Doprawdy przypominało to przemalowywanie ścian sali operacyjnej, gdy pacjent leży już na stole.
Dlatego Chińczycy nie przyjechali na tamten szczyt. Mieli najwyraźniej ważniejsze zajęcia niż próbowanie wspaniałego menu.
Nie chcę zabrzmieć przesadnie pesymistycznie. Z politycznego punktu widzenia żyjemy w bardzo dobrych czasach. Nie ma żadnej wielkiej wojny. Żadna z wielkich potęg nie ma dziś ambicji, by
prowadzić politykę mocarstwową w kategoriach siły. Rosjanie chcą oczywiście mieć swoją strefę wpływów, ale nie zamierzają drastycznie przesuwać swoich granic jak w połowie dwudziestego
stulecia. Chińczycy z całą pewnością nie są zainteresowani przestawieniem się ze wzrostu gospodarczego na wyścig zbrojeń. Hindusi z kolei mają bardzo ograniczone możliwości działania na
arenie międzynarodowej, ponieważ brakuje im zainteresowania globalną polityką siły. Pozostają Stany Zjednoczone, które choć ze wszystkich mają największe ambicje, by odgrywać rolę
światowego gracza, nie są jednak zainteresowane angażowaniem się w żadne nowe konflikty zbrojne. Jednak poważnych problemów nie brakuje. Kryzys finansowy jest pierwszym z nich. Głęboki
kryzys Wspólnoty Europejskiej - drugim. Nie należy też lekceważyć powolnego wciągania Czech w rosyjską strefę wpływów. Problemy te należy rozwiązywać jeden po drugim. Piękne słowa i
uśmiechy mogą nam zapewnić jedynie dobre samopoczucie.
p
, ur. 1942, amerykański historyk, ekonomista, specjalista w zakresie studiów strategicznych, obecnie konsultant Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. Wykładał m.in. w Berkeley i Yale. Był pracownikiem Departamentu Obrony i Departamentu Stanu. Opublikował kilkanaście książek - m.in. "Strategy and History" (1985), "The Endangered American Dream" (1993). Po polsku ukazał się jego "Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki" (2000). W "Europie" nr 240 z 8 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Obama nie spełni obietnic".