Czy Rosjanie chcą wojny? – zastanawia się cały świat zachodni. „Zapytajcie żołnierzy, którzy leżą pod brzozami. Odpowiedzą wam ich synowie, czy Rosjanie chcą wojny. Nie tylko za swój kraj ginęli żołnierze w tamtej wojnie, ale by ludzie z całej ziemi spokojnie w nocy mogli spać” – brzmią słowa pieśni, która zabrzmiała na państwowym Pierwym Kanale w poniedziałek 23 stycznia. Pieśń była antywojenna, ale rosyjska propaganda nie jest już tak jednoznaczna. Główny przekaz? My wojny z Zachodem nie chcemy, ale...

„Chotiat li russkije wojny?” wybrzmiała nieprzypadkowo. 23 stycznia Rosja obchodzi Dzień Obrońcy Ojczyzny, ogłoszony w 1922 roku na pamiątkę powstania Armii Czerwonej. Dzisiaj to przede wszystkim kolejna okazja do przypomnienia Rosjanom o sile ich wojska. Dlatego telewizja państwowa w porze największej oglądalności, tuż przed programem informacyjnym, puściła koncert pieśni wojskowej, który z widowni oglądał m.in. prezydent Władimir Putin. Byli również goście z bratnich krajów; „Katiuszę” zaśpiewali przyjaciele z Chińskiej Republiki Ludowej. Innych przyjaciół Rosji najwyraźniej brak.

Wojna z faszystami

Wydania wieczornych wiadomości, które trwają znacznie dłużej niż ich polskie odpowiedniki, nawet ponad godzinę, są zdominowane przez wieści z Ukrainy. Faszystowskiego, rządzonego przez wojskową juntę kraju, który na bezbronnej ludności Zagłębia Donieckiego dokonuje ludobójstwa, nie dbając przy tym nawet o własnych żołnierzy. W poniedziałek program „Wiesti” na Pierwym Kanale pokazał przywódcę Donieckiej Republiki Ludowej Ołeksandra Zacharczenkę, który z przyjaznym uśmiechem tłumaczy ukraińskim jeńcom, że dowództwo ich porzuciło, bo traktuje ich jak mięso armatnie.

Jeńcy w milczeniu potakiwali, nie wierząc najwyraźniej w przyjazne zapewnienia przeciwnika i mając raczej w pamięci np. historię Wasyla Pełysza, któremu za tatuaż z hasłem „Sława Ukrajini!” odrąbano w niewoli rękę. Prędzej spodziewali się podejścia przebijającego z niedzielnego tweeta gwiazdy anglojęzycznej telewizji RT (dawniej Russia Today) Grahama Phillipsa, który od wielu miesięcy niemal bez przerwy nadaje z samozwańczej Noworosji. „Niemal zapomniałem już, jak wygląda ukraińska flaga bez trupa leżącego pod nią” – szydził reporter po wizycie w okolicach Debalcewego, co – łagodnie mówiąc – nie wzbudziło aplauzu u jego czytelników.

O tym, kto w tym konflikcie odgrywa rolę faszysty, decyduje telewizja. Fragment serwisu informacyjnego telewizji Rien-TW z 20 lutego: „Rozejm na własnej skórze odczuwają mieszkańcy Artiomowska. To właśnie do tego miasta przenieśli się żołnierze z kotła debalcewskiego” – zagaił prowadzący. Materiałem filmowym jest nagranie kilku przepychających się między sobą mężczyzn w budynku o nieokreślonym przeznaczeniu. Nagranie dziwnie znajome. Rien-TW skorzystała z opublikowanych wcześniej filmików przedstawiających zachowanie prorosyjskich bojówkarzy z Opłotu w Doniecku.

Prawdy są zawsze dwie

Rosja traktuje środki masowej informacji jako oddzielny front zimnej wojny z Zachodem i gorącej wojny z Ukrainą, a pracowników państwowych mediów – jako żołnierzy na odcinku propagandy. Nie jest to nowa sytuacja. Teoria propagandy specjalnej zaczęła być wykładana na rosyjskich uczelniach wojskowych już w 1942 roku. Praktyka informacyjna mediów państwowych opiera się na konkretnych zasadach, które w następujący sposób opisała wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Jolanta Darczewska:

„Zasada masowego i długotrwałego działania (stereotyp propagandowy »pomarańczowej dżumy« i »banderowców« jest powtarzany nieustannie od 2003 roku), zasada informacji pożądanej (Rosjanie i ludność rosyjskojęzyczna oczekują obrony ich praw, uwierzyli w zmanipulowaną informację o zakazie używania języka rosyjskiego), zasada emocjonalnego pobudzenia (doprowadzenie odbiorców do takiego stanu, by działali bez większego namysłu, wręcz – irracjonalnie), zasada zrozumiałości (przekaz jest uproszczony, podawany w czarno-białych barwach, pełen oceniających słów kluczy, np. rusofob), zasada rzekomej oczywistości (wywołanie skojarzenia propagandowej tezy z kreowanymi mitami politycznymi: rosyjska wiosna – patriotyzm, banderowcy – faszyzm, Majdan – chaos itp.)”.

Rosyjskie programy publicystyczne do mistrzostwa opanowały wykorzystanie powyższych zasad. W efekcie mamy obraz Rosji, oblężonej twierdzy, jako jedynej stawiającej czoła faszyzmowi na Ukrainie. Rosji, która sama jest przeciwna wojnie, ale w razie potrzeby – jak parę miesięcy temu ujął to Kisielow – jest jedynym państwem świata zdolnym zamienić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół. Rosji, która nie ma nic wspólnego z wojną w Zagłębiu Donieckim, a jej obywatele walczący po stronie „pospolitego ruszenia” to wyłącznie ochotnicy, konfrontujący się jednak z „legionem NATO” i polskimi oraz amerykańskimi najemnikami.

W języku rosyjskim istnieją dwa słowa na określenie prawdy. To, co my nazywamy prawdą, Rosjanie nazywają słowem „istina”. To prawda namacalna, obiektywna. Jest jednak również słowo „prawda”, która niekoniecznie musi być tożsama z „istiną”. „Prawda” to „istina” przepuszczona przez filtr słuszności, sprawiedliwości, racji stanu. To rozróżnienie znacznie ułatwiło rozprzestrzenienie się orwellowskiego dwójmyślenia w czasach komunizmu, gdy inna prawda funkcjonowała w przestrzeni publicznej, inna – w domowej kuchni, a między jedną a drugą Rosjanie nie musieli odczuwać dojmującej sprzeczności.

Jeśli więc „istina” jest postrzegana jako szkodliwa dla rosyjskich celów lub rosyjskiego wizerunku, można ją dowolnie naginać, by stworzyć pasującą do danej sytuacji „prawdę”. To pozwala kłamać i manipulować z poczuciem sprawiedliwości i słuszności. W tej sytuacji pytanie, czy użytkownik „prawdy” zdaje sobie sprawę ze stopnia jej oddalenia od „istiny”, staje się nieistotne. Jeden z zachodnich dyplomatów opowiadał DGP o swoich spotkaniach z wysokimi urzędnikami rosyjskiego MSZ. – Oni nawet w poufnych rozmowach stosują propagandowe klisze, w których szczególną rolę odgrywają obecnie knowania USA – relacjonował. Klisze te są zaś kształtowane przez takie programy, jak „Wiesti niedieli”, „Spisok Norkina” czy „Dobrow w efirie”.