Rafał Woś: Król jest nagi?

Martin Hellwig*: Tak. Zupełnie jak w baśni Hansa Christiana Andersena.

Tylko tym razem chodzi o banki.

Ale mechanizm zbiorowego złudzenia jest dokładnie taki sam. Pamięta pan „Nowe szaty króla”? Dwaj przebiegli krawcy oszuści obiecują uszyć władcy przepiękne ubranie. Ma ono jedną szczególną właściwość. Będą mogli je zobaczyć tylko ludzie mądrzy. Dla głupców pozostanie niewidzialne. Król wysyła swoich ministrów, żeby sprawdzili, jak idzie szycie. Zausznicy władcy niczego rzecz jasna nie widzą. Ale każdy z nich boi się wyjść na ignoranta. Zachwytom nie ma więc końca. Szat nie widzi oczywiście również sam król. Ale musi odegrać swoją rolę. Nie może przecież skompromitować się przed dworzanami. W końcu zupełnie nagi pokazuje się mieszkańcom stolicy. Znowu nikt w tłumie nie ma odwagi pisnąć ani słówka. Dopiero, gdy dziecko pyta „dlaczego król jest nagi”, mistyfikacja wychodzi na jaw. Ale monarcha jest już skompromitowany. Bardzo podobnie jest dziś z bankami. Od czasu kryzysu 2008 r. słyszymy od przedstawicieli sektora finansowego, polityków oraz większości ekspertów, że błędy zostały zrozumiane i naprawione. A dzisiejszy system bankowy jest już o niebo bezpieczniejszy niż przed kryzysem. Albo przynajmniej, że jesteśmy na najlepszej drodze do tego. Tymczasem król jest nagi!

A pan kiedy to zauważył?

Dość szybko. Jeszcze w latach 2008–2009 wiele mówiono o potrzebie gruntownej reformy zachodnich systemów bankowych. Ale zaraz potem stało się jasne, że z dużej chmury będzie mały deszcz. Jeżeli będzie jakikolwiek. Można to powiedzieć zarówno o ustawodawstwie konkretnych państw, takich jak USA czy moja ojczyzna – Niemcy. Lecz także o wysiłkach międzynarodowych.

Czy nie jest pan zbyt ostry? Coś się przecież zdarzyło. Amerykanie uchwalili wielką ustawę Dodda-Franka. A największe międzynarodowe banki same zobowiązały się do zwiększenia swoich rezerw w ramach układu Bazylea III.

Najtrafniej odpowiedział na to kiedyś na łamach „Financial Timesa” tamtejszy główny komentator ekonomiczny Martin Wolf. Nazwał układ z Bazylei „myszą, której nie udało się zaryczeć”. I dalej dodał sarkastycznie, że trzykrotne zwiększenie dotychczasowych wymogów kapitałowych może i wygląda na twarde warunki. Ale tylko na papierze. Bo nawet jeśli pomnożyć „prawie nic” przez trzy, to i tak nie wyjdzie z tego zbyt wiele. Poza tym według ustaleń z Bazylei banki mają czas na wprowadzenie nowych rozwiązań do 2019 r.

A amerykańska ustawa Dodda-Franka przedstawiana jako bicz administracji Obamy na ekscesy Wall Street?

Podobna historia. Ustawa została znacznie okrojona w trakcie prac legislacyjnych. Głównie z powodu udanych wysiłków lobbystów związanych z sektorem bankowym. Utrącono lub rozwodniono większość najtwardszych rozwiązań postulowanych przez byłego doradcę Obamy Paula Volckera. Łącznie z tzw. regułą Volckera, która chciała oddzielić bankowość inwestycyjną od kredytowej. Tak jak to było w USA w latach 1933–1999, gdy obowiązywało tzw. prawo Glassa-Steagala.

To może w Europie jest lepiej?

Odwrotnie. W Europie z zapałem do regulowania banków jest nawet gorzej niż w Stanach Zjednoczonych. W Ameryce debata funkcjonuje inaczej. Banki bronią się skutecznie, ale przynajmniej ktoś po stronie klasy politycznej czy społeczeństwa obywatelskiego rzuca im wyzwanie. Ustawa Dodda-Franka, ułomna, bo ułomna, została jednak przyjęta. Na dodatek za oceanem pojedynczy parlamentarzyści są w temacie bankowym dużo bardziej aktywni. Często niezależnie od podziałów na republikanów i demokratów. Ich aktywność zmusza banki i rząd do zajęcia stanowiska. To wygląda zupełnie inaczej niż na przykład w Niemczech. Tutejsza demokracja partyjna jest oparta na dyscyplinie. Nie ma więc miejsca na indywidualne inicjatywy poszczególnych parlamentarzystów. Wszystkim zarządza władza wykonawcza. A ona jest wobec sektora bankowego bardzo uległa. I to od lat. Dam przykład z Francji. Poprzedni prezydent tego kraju Nicolas Sarkozy bardzo chętnie piętnował publicznie grzechy sektora bankowego. W 2011 r. w Davos mówił na przykład, że w minionej dekadzie instytucje finansowe zawiodły publiczne zaufanie, a społeczeństwa musiały zapłacić za ich błędy recesją i radykalnym wzrostem bezrobocia. Z tych słów potężnego szefa francuskiego państwa można by wnosić, że Francja jest krajem, gdzie banki są poddane modelowym regulacjom. Tymczasem to kraj, którego system bankowy należy do najbardziej niestabilnych w całej zachodniej Europie. Dość powiedzieć, że francusko-belgijski bank Dexia musiał być ratowany z publicznych pieniędzy dwa razy. W latach 2008 i 2011. Doradzam więc ostrożność. Politycy lubią mówić o konieczności ściślejszego uregulowania bankowości, tylko że praktycznie żaden z nich nie dotrzymał jeszcze swoich zobowiązań.

Dlaczego tak się dzieje?

Najkrócej rzecz ujmując, sektor bankowy doskonale się broni przed wszelkimi próbami przykręcania mu śruby. Zdołał przekonać opinię publiczną, że każda przymiarka do ściślejszego uregulowania jego działalności oznacza gospodarczy kataklizm. To swego rodzaju szantaż. Spróbujcie nas ruszyć, a wszyscy na tym stracimy.

A nie stracimy?

Ja i moja współautorka Anat Admati uważamy, że nie.

Ciekaw jestem, jak pan tego dowiedzie.

Główny argument sektora bankowego brzmi: wprowadzenie nowych regulacji kapitałowych oznacza, że będziemy musieli ograniczyć nasze zdolności do pożyczania pieniędzy reszcie gospodarki. To z kolei sprawi, że spadnie tempo wzrostu ekonomicznego, co uderzy w każdego z nas. Takie stwierdzenie stawia przed nami fałszywy dylemat: że niby musimy wybrać pomiędzy wzrostem ekonomicznym a stabilnością sektora finansowego. I nie możemy mieć obu tych wartości naraz.

A możemy?

Jak najbardziej. Najpierw trzeba jednak przejrzeć, o co toczy się gra. W 2010 r. British Bankers’ Association (największa na Wyspach bankowa organizacja lobbingowa skupiająca ponad 250 członków – red.) dowodził na przykład, że rozważane wówczas przez rząd w Londynie regulacje sprawią, że banki będą musiały „odłożyć 600 mld funtów, które w innym wypadku mogłyby zostać wpuszczone w gospodarkę w formie pożyczek dla biznesu czy gospodarstw domowych”. Dla postronnego obserwatora takie stwierdzenie brzmi spójnie i logicznie. Tylko że tak naprawdę jest ono fałszywe i manipulatorskie.

Niby dlaczego?

Chodzi o rozumienie wyrażenia „regulacje kapitałowe”. Banki biorą pieniądze z dwóch źródeł. Część z nich pochodzi od właścicieli oraz akcjonariuszy. Pozostałe środki pożyczane są od innych banków. W języku regulatorów „kapitał” to tylko ta pierwsza kategoria. To pieniądze, które nie zostały pożyczone od innego banku. Posiadanie większej ilości takiego kapitału sprawia, że bank staje się bardziej odporny na straty. Bo nie jest tak, że nagle pojawiają się wierzyciele i domagają się natychmiastowej spłaty swoich zobowiązań. Nie wiedząc tego, można by stwierdzić, że regulator po prostu chce, żeby banki odłożyły w swoich skarbcach jakieś wielkie sumy. I że te sumy można by lepiej wykorzystać w realnej gospodarce. W rzeczywistości jednak nikt nie mówi bankom, co mają robić z pieniędzmi. Chodzi tylko o to, by mniej polegały na pożyczkach od innych, ponieważ to zwiększa ryzyko wywołania niszczycielskiej reakcji domina. Tak jak w brzemiennych w skutki latach 2007–2008.

A nie jest tak, że aby spełnić podwyższone wymogi kapitałowe, banki muszą udzielać mniej pożyczek?

Nie. Tu nie ma mowy o żadnym automatyzmie. Banki, które są spółkami, mogą przecież zawsze wyemitować nowe akcje i w ten sposób pozyskać kapitał potrzebny do spełnienia wprowadzonych wymogów. A mniejsze banki, które nie mają dostępu do rynków kapitałowych, mogą przeznaczyć na rezerwy kapitałowe część swoich zysków. To samo mogą zrobić zresztą duzi gracze. Jasne, że to się bankom nie podoba i że większość oczywiście wolałaby tego nie robić. Sektor finansowy preferowałby zapewne przeznaczenie zysków na inne cele: na przykład dywidendy albo bonusy. Ale to już nie jest problem regulatora. Nie zmienia to jednak tego, że bzdurą jest opowiadanie, jakoby podwyższenie obowiązkowych rezerw kapitałowych zmuszało banki do zmniejszenia liczby udzielanych kredytów.

Banki domagają się czasem specjalnego traktowania, podnosząc argument, że sektor finansowy jest krwiobiegiem gospodarki. Czy to też fałszywe przeświadczenie?

Banki mają pieniądze. A pieniądze są symbolem władzy i potęgi. To truizm, ale ten stan rzeczy ma daleko idące konsekwencje. Fakt, że banki zawsze miały pieniądze, wytworzył wokół nich aurę wyjątkowości. Politycy, media i eksperci – przynajmniej część każdej z tych grup – zawsze znajdowali się pod ogromnym wpływem tego czaru. Posiadanie dobrych kontaktów z systemem bankowym zawsze było dla polityków naturalne. Banki fundowały więc przedsięwzięcia, na których zależy politykom. A w zamian cieszyły się w ostatnich kilkudziesięciu latach specjalnymi przywilejami. To zrodziło patologie i wielkie zagrożenia dla całego systemu.

Co to znaczy?

W Stanach Zjednoczonych średnie zadłużenie przedsiębiorstw sięga ok. 50 proc. Są oczywiście firmy – takie jak Apple – które nie pożyczają wcale. Ale generalnie te 50 proc. uchodzi za zdrową i bezpieczną granicę. W bankowości jest zupełnie inaczej. Zadłużenie banków wynosi średnio ok. 90 proc. Wśród europejskich gigantów zbliża się do 100 proc. Dzieje się tak z prostego powodu: banki połapały się, że dużo bardziej opłaca im się pożyczać pieniądze, niż pozyskiwać je mozolnie za pomocą zwiększania rezerw kapitałowych.

Dlaczego rynek pozwala bankom zadłużać się bardziej niż firmom z innych branż? Czy to właśnie nie jest dowód na siłę tego sektora oraz na jego wyjątkowość?

Ten rachunek zawiera pewien haczyk. Są nim ukryte subsydia, za pomocą których władza publiczna od dawna pompuje sektor bankowy.

Jakie subsydia?

Banki i ich kredytodawcy korzystają z rozlicznych rządowych gwarancji. Zarówno tych oficjalnych, jak i pośrednich. W większości krajów istnieje przecież na przykład polityczna gwarancja depozytów bankowych do pewnej wysokości. Ich faktycznym gwarantem są podatnicy. Kryzys 2008 r. pokazał również, że władza publiczna jest gotowa ratować banki, gdy wpadną one w kłopoty. Tak samo było w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Francji. A więc niezależnie od ideologicznego profilu rządzących oraz szerokości geograficznej. Nie ma w wolnej gospodarce drugiego takiego sektora, w którym prywatne firmy mogłyby tak beztrosko robić długi przy zachowaniu wysokiego stopnia pewności, że włos im z głowy nie spadnie. Bo ich straty w końcu i tak pokryje państwo. To ostateczna odpowiedź na pytanie dlaczego banki mogą pożyczać taniej niż inni. Dlatego właśnie z ich perspektywy wymóg zwiększania rezerw kapitałowych może wydawać się nieracjonalny i drogi. Ale to ich wąska perspektywa. A regulator powinien brać pod uwagę nie tylko interes i obawy branży bankowej, ale koszt dla całego społeczeństwa. W ostatecznym rozrachunku to całe społeczeństwo traci na krachu bankowym. Jeżeli regulator zabrania producentowi jakiegoś chemicznego specyfiku wylewanie odpadów do rzeki, to koszt tego specyfiku oczywiście wzrośnie. Ten koszt i tak będzie niższy od tego, co musiałyby wydać na zwalczanie efektów zanieczyszczenia wszystkie osady leżące nad tą rzeką. Tak samo jest z bankami. Widać to bardzo dobrze w przypadku krajów takich jak Irlandia albo Hiszpania. Tam w miarę zdrowa gospodarka od kilku lat ugina się pod ciężarem długu wygenerowanego głównie przez system bankowy. Tamtejsza recesja i bezrobocie są faktyczną ceną, jaką społeczeństwa płacą za zbytnią dominację i omnipotencję sektora bankowego w latach poprzedzających kryzys.

Mleko się już rozlało. Pytanie tylko, czy akurat czas recesji trawiącej większość krajów bogatego Zachodu jest odpowiednim momentem na przykręcanie bankom śruby.

Mówienie o nieodpowiednim momencie to kolejny trick bankowego lobby. To była na przykład jedna z przyczyn, dla których w ramach porozumienia z Bazylei rozciągnięto czas na podwyższenie rezerw kapitałowych do 2019 r. I nie ma co ukrywać, że jest to rozwiązanie fatalne, które podważa sens całego przedsięwzięcia. Bo nie dość, że regulacje kapitałowe są nadal stanowczo zbyt niskie, to jeszcze na pierwsze efekty trzeba będzie poczekać do końca dekady. Tymczasem tu należy działać szybko. Ważnym antyprzykładem jest Japonia. Niechęć tamtejszej klasy politycznej do uprzątnięcia sytuacji związanej z krachem inwestycyjnym i górą długów doprowadziła do tego, że całe lata 90. były dla japońskiej gospodarki straconą dekadą.

Tylko jak zabrać się do takich porządków?

Najprostszym sposobem jest zabronić bankom realizowania zysków do momentu, w którym nowe wyższe wymogi kapitałowe nie zostaną spełnione. Najzdrowsze banki ze spełnieniem tego postulatu nie powinny mieć zresztą najmniejszych problemów, bo bez trudu znajdą inwestorów skłonnych do kupienia nowej emisji ich papierów. A słabszym przyda się trochę konsolidacji. Tak muszą robić przecież co jakiś czas firmy z innych branż i jakoś nie wychodzi im to na złe. To wzmocni banki szybko i nie będzie miało żadnych skutków ubocznych dla gospodarki. Czy to wystraszy akcjonariuszy? Niekoniecznie. Akcjonariusze Apple’a są szczęśliwi, choć ich firma jest znana z tego, że unika jak może wypłacania dywidendy w gotówce. Niewykluczone, że część banków nie podoła wyzwaniu. Wśród ekspertów nie brak głosów, że na rynku jest generalnie zbyt wiele takich instytucji finansowych. Co może na krótką metę cieszyć klientów, bo banki kuszą ich korzystnymi ofertami, ale na dłuższą metę oni też na nowych rozwiązaniach nie stracą. Wyższe rezerwy kapitałowe mają przecież na celu stabilizację całego systemu. I niedopuszczenie do powtórki dramatu z 2008 r. Niestety już dziś widać, że idziemy w dokładnie przeciwnym kierunku. Zmiany i nowe regulacje są ledwie kosmetyczne. Od 2010 r. banki wróciły do wypłacania sowitych dywidend i premii. Uzależnienie od pożyczonych pieniędzy rośnie, a nie maleje. A co za tym idzie ryzyko dla całego systemu również. Dług JP Morgan Chase wyniósł w 2012 r. 2,1 bln dol., a Bank of America prawie 2 bln. To trzy razy więcej niż zadłużenie Lehman Brothers. W Europie zagrożenia są jeszcze większe z powodu dużo mniejszych rozmiarów gospodarek narodowych.

A propos Europy. Co pan sądzi o takich pomysłach jak unia bankowa?

W gruncie rzeczy jestem za. Sęk jedynie w tym, żeby zrobić to dobrze. W Europie mamy specyficzną sytuację. Wspólny rynek sprawia, że istnieje realne zagrożenie przelewania się niepokojących zjawisk z jednego kraju do drugiego. Pamięta pan upadek dwóch islandzkich banków, które działały również na Wyspach Brytyjskich oraz w Holandii? Tamten przypadek pokazał, że w dzisiejszej Europie holenderscy i brytyjscy klienci są zależni od islandzkiego systemu nadzoru finansowego. Dlatego rozumiem postulat, że skoro mamy wspólny rynek, to powinniśmy mieć wspólny nadzór bankowy. Czyli jakieś ciało, które zadba o interes ponadnarodowy. W ramach strefy euro jest jeszcze dodatkowy efekt. Istnieje silna presja, by Europejski Bank Centralny dbał o to, żeby banki nie popadły w nadmierne tarapaty. Więc skoro EBC i tak spełnia funkcję wspierającą, to na dobrą sprawę należałoby uzupełnić jego mandat o sprzątanie. Czyli prowadzenie planowych postępowań upadłościowych, a w razie potrzeby zamykania chorych banków. Ktoś musi mieć prawo wglądu w księgi hiszpańskich albo niemieckich instytucji finansowych i mówieniu im, że znaleziona tam wycena nieruchomości albo czegokolwiek innego budzi wątpliwości. Tylko jak to ma wyglądać w praktyce? Według obecnych planów w każdym kraju wspólny europejski nadzorca bankowy będzie musiał opierać się na prawie narodowym. Czy to nie sprawi, że taki nadzór pozostanie instytucją martwą? Bo jakoś nie wierzę, że EBC będzie potrafił skutecznie używać niemieckiej ustawy kredytowej w starciu z niemieckimi urzędami. A potem francuskiego prawa konfrontując się z francuskim urzędem? Mam wątpliwości.

A takie pomysły jak podatek od transakcji finansowych? Czy kiedykolwiek wejdzie w życie?

Zgaduję, że w jakiejś formie prędzej czy później podatek od transakcji się zmaterializuje. Przynajmniej w Europie. Ale szczerze mówiąc nie łudzę się, że on coś tak naprawdę zmieni. Bo jest i na pewno znajdzie się jeszcze wiele sposobów na jego ominięcie. Oczywiście specjalnie też bankom nie zaszkodzi. Wydaje mi się raczej, że podatek od transakcji to dziś idealny temat zastępczy. Marnujemy wiele energii, którą należałoby poświęcić na sedno problemów. Czyli na to, o czym mówiliśmy przez większą część naszej rozmowy.

*Martin Hellwig, jeden z najbardziej uznanych niemieckich ekonomistów. Pracował na uniwersytetach po obu stronach Atlantyku (Stanford, Harvard, Princeton, Bonn, Bazylea). Stał również na czele niemieckiego Urzędu Antymonopolowego. Obecnie jest szefem instytutu Maxa Plancka w Bonn. Jego najnowsza książka "The bankers' new clothes" (Nowe szaty bankierów) napisana wspólnie z Anat Admati ukazała się właśnie nakładem Princeton University Press.