Jak szacują zachodnie służby wywiadowcze, w szeregach Państwa Islamskiego walczy co najmniej 15 tys. zagranicznych bojowników. Wielu z nich to obywatele państw zachodniej Europy – Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Holandii. Rządy tych krajów, zaostrzając przepisy, próbują powstrzymać wyjazdy młodych muzułmanów do Syrii i Iraku. Wyjazdy są jednak mniejszym problemem – groźniejsi są ci, którzy wracają, oraz ci, którzy zgodnie z wezwaniem Abu Bakra al-Baghdadiego chcą dokonywać aktów terroru na Zachodzie.

W zeszłym tygodniu francuskie władze podały, że cudzoziemcami występującymi w nagraniu z egzekucji Amerykanina Petera Kassiga i 18 syryjskich więźniów są dwaj obywatele V Republiki – Maxime Hauchard, obecnie używający nazwiska Abdallah al-Faransi, i Mickael Dos Santos, teraz Abu Uthman. Ci dwaj akurat są dość nietypowi, bo pierwszy jest etnicznym Francuzem, drugi – Portugalczykiem z pochodzenia. Zdecydowana większość z około tysiąca obywateli Francji, którzy wyjechali, by walczyć dla Państwa Islamskiego, ma korzenie z Afryki Północnej. Żaden inny kraj nie zasilił tej organizacji tak dużą liczbą bojowników, nic zatem dziwnego, że francuskie władze robią, co mogą, by powstrzymać wyjazdy i radykalizację arabskiej młodzieży. W październiku Zgromadzenie Narodowe przyjęło nową ustawę antyterrorystyczną, która pozwala oskarżyć o działalność terrorystyczną indywidualne osoby (dotychczas warunkiem była przynależność do grupy), a także zatrzymać potencjalnym dżihadystom paszport na okres do sześciu miesięcy (z możliwością wydłużania tego okresu do dwóch lat). – Ważne jest, aby nie tylko powstrzymywać nowych bojowników, ale także by mieć wachlarz sankcji wobec tych, którzy już tam pojechali, bo wyjazd na teren walki powinien podlegać zgodnym z prawem karom – oświadczył prezydent Francois Hollande. Jak przekonuje jego administracja, nowe przepisy już zapobiegły wyjazdowi do Syrii 70–80 osób, a podobne przepisy istnieją w Wielkiej Brytanii czy Niemczech.

Ale Wielka Brytania, której 500-, 600-osobowy kontyngent stanowi ok. jedną czwartą europejskich dżihadystów, też szuka sposobu na rozwiązanie problemu. Premier David Cameron ma jeszcze w tym miesiącu przedstawić projekt ustawy, która pozwoli na konfiskowanie paszportów osobom podejrzanym o chęć wyjazdu w celu przyłączenia się do dżihadu (do 30 dni, ale z możliwością wielokrotnego powtarzania tego), umieszczanie ich na liście osób objętych zakazem lotów we wszystkich liniach operujących na terenie Zjednoczonego Królestwa oraz objęcie zakazem powrotu do kraju przez co najmniej dwa lata tych bojowników, którzy już są za granicą. – Paszport nie jest prawem przysługującym z urzędu każdemu – przekonywał Cameron. Ponieważ jednak zgromadzenie przekonujących dowodów i skazywanie domniemanych terrorystów jak do tej pory szło opornie, Londyn próbuje równocześnie innej strategii – deradykalizacji. Według Petera Neumanna z Międzynarodowego Centrum Studiów nad Radykalizmem około połowy z tych, którzy wyjeżdżają, aby walczyć dla Państwa Islamskiego, wraca. Są wśród nich tacy, którzy będą próbować dokonywać zamachów, ale większość, zobaczywszy z bliska, jak wygląda wojna i życie w Państwie Islamskim, wraca z poczuciem, że ich wyjazd był życiowym błędem. W ich przypadku pomoc umiarkowanych duchownych, psychologów, pracowników socjalnych może być skuteczna – szczególnie jeśli alternatywą jest więzienie. Wielka Brytania w ten sposób czerpie ze wzorów krajów skandynawskich, które od lat stosują programy deradykalizacyjne do rozwiązywania różnych problemów społecznych – teraz tylko uwaga przeszła ze skrajnej prawicy na islamistów.

Ani uniemożliwianie wyjazdów, ani niewpuszczanie wracających dżihadystów nie rozwiązuje jednak problemu tych radykalnych islamistów, którzy zostają w krajach zamieszkania i są zdeterminowani, by – zgodnie z apelem Baghdadiego – wspomóc walkę, przeprowadzając zamachy terrorystyczne na miejscu. Od czasu gdy Państwo Islamskie wyrosło na początku roku na najgroźniejszą i najbardziej sprawną propagandowo organizację terrorystyczną na świecie, nie było w krajach zachodnich żadnego zamachu. Kilkakrotnie jednak służby specjalne informowały o ich udaremnieniu – jak choćby o tym, który miał mieć miejsce w Londynie podczas uroczystości z okazji zakończenia I wojny światowej. Nawet jeśli tylko niewielka część europejskich muzułmanów popiera działania Państwa Islamskiego, to biorąc pod uwagę ich liczbę we Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii, taka próba wydaje się kwestią czasu.

Polski na razie ten problem dotyczy w znacznie mniejszym stopniu. Według rzecznika Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ppłk. Macieja Karczyńskiego nie ma informacji, by jacyś obywatele Polski walczyli w Syrii czy Iraku. Ale w Niemczech prokuratura oskarżyła we wrześniu 25-letnią Polkę o finansowe wspieranie Państwa Islamskiego i dostarczanie mężowi – bojownikowi Państwa Islamskiego – sprzętu do nagrywania filmów propagandowych. Jej proces ma się zacząć w grudniu.

Globalny indeks strachu i rosnący współczynnik przemocy

Na skutek przybierającego na sile konfliktu w Iraku i Syrii rok 2013 był najgorszym, jeśli idzie o terroryzm na świecie – tak brzmi konkluzja najnowszej edycji raportu „Global Terrorism Index” opracowanego przez Instytut Gospodarki i Pokoju (Institute for Economics and Peace). W ub.r. w zamachach zginęło 17 958 osób, co oznacza wzrost w stosunku do roku 2012 aż o 61 proc. Ważna dla oceny bezpieczeństwa w krajach Zachodu jest jednak informacja, że 82 proc. ofiar zmarło w zamachach na terenie zaledwie pięciu krajów – Afganistanu, Iraku, Nigerii, Pakistanu i Syrii. Potwierdza to tezę, że terroryzm najbardziej kwitnie w państwach słabych, gdzie struktury bezpieczeństwa nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa na dużą skalę.

Bardziej niepokojąca jest informacja, że liczba krajów, w których liczba ofiar przekracza 50 osób, zwiększyła się z 15 do 24, zaś krajów, w których była przynajmniej jedna ofiara, było 55.

Pomimo międzynarodowych wysiłków zorganizowany terroryzm wciąż jest skuteczny. Warto przy tym pamiętać, że „terroryzm” nie oznacza wyłącznie działań motywowanych religijnie. Do terrorystycznych zalicza się bowiem także grupy ekstremistów prawicowych i lewicowych. W związku z czym wartość 55 krajów nie oznacza, że islamscy fundamentaliści zdołali przeniknąć do jednej trzeciej krajów ujętych w raporcie. Autorzy zaznaczają jednak, że począwszy od 2000 r., motywacje religijne stają się coraz częstszą przyczyną zamachów.

Aż dwie trzecie ubiegłorocznych ofiar pochłonęły zamachy przygotowane przez zaledwie cztery organizacje: różne odłamy Al-Kaidy wraz z organizacjami stowarzyszonymi, nigeryjska Boko Haram, Talibowie oraz Państwo Islamskie.

Jeśli liczbę zgonów w wyniku zamachów na świecie traktować jako papierek lakmusowy zjawiska terroryzmu, to ma się ono coraz lepiej. Jeszcze w 2000 r. liczba ofiar zamachów na świecie wynosiła 3361 osób, co oznacza, że w roku ubiegłym była ona pięciokrotnie wyższa.

Autorzy raportu chcą jednak umieścić terroryzm w pewnym kontekście, więc porównują liczbę ofiar zamachów z ofiarami zabójstw. Jak się okazuje, tych ostatnich w 2012 r. było na całym świecie 437 tys. w porównaniu do ofiar terroryzmu, których w tym samym roku było około 11 tys. Warto także zauważyć, że połowa zamachów nie prowadzi do żadnych ofiar.

Jeśli sytuacja w Syrii, Iraku i Nigerii się nie polepszy, widoki na bieżący rok są równie ponure. Sytuacja jest ciężka zwłaszcza w Iraku, gdzie Państwo Islamskie, nie mogąc pozwolić sobie na militarną próbę zajęcia stolicy kraju, organizuje często przy pomocy swoich sympatyków zamachy.