Godzina 18.30, 4 grudnia 2003 roku. Rządowy śmigłowiec Mi-8 z ówczesnym premierem Leszkiem Millerem na pokładzie zbliża się do Warszawy. W pewnym momencie pilot rzuca przez radio: Mamy awarię silnika. Po chwili przestaje działać drugi. Maszyna skręca nad las, pilot major Marek Miłosz próbuje wykorzystać siłę obracającego się jeszcze śmigła, by osiąść na drzewach. Cudem nikt nie zginął.

Do katastrofy sprzed 10 lat wraca tygodnik "Polityka". Przypomina słowa Leszka Millera, który zachwalał manewr majora Miłosza i jego umiejętności: - Gdybym mógł wybierać, z jakim pilotem miałbym lecieć w trudnych warunkach, wybrałbym pułkownika Miłosza.

Czy na pewno pilot był bohaterem? Eksperci badający wypadek zwracali uwagę, że nie włączył instalacji przeciwoblodzeniowej, przez co silniki przestały działać. Końcowy raport na temat przyczyn katastrofy został ukryty. MON nie chciał udostępnić dokumentu - zauważa tygodnik, podkreślając, że nawet raporty z większych katastrof lotniczych, z udziałem samolotów Tu-154 i CASA, były upubliczniane.

Co kryje się w raporcie? "Polityka" dotarła do ustaleń komisji badającej wypadek. Wylicza zarzuty pod adresem 36 specpułku, tego samego, który 10 kwietnia 2010 roku wysłał tupolewa z Lechem Kaczyńskim do Smoleńska. Nonszalancja wojskowych, ignorowanie zasad, braki w wyszkoleniu załogi. 4 grudnia 2003 roku śmigłowiec był sprawny, ale nie powinien w ogóle startować z Wrocławia, ponieważ "organizacja lotów (...) nie zapewniała bezpiecznego wykonania zadania" z uwagi na "brak właściwego wypoczynku załogi przed lotem". Zdaniem ekspertów, pilot nie przeanalizował prognoz pogody przed startem, widoczność była poniższa dopuszczalnej, chmury wisiały zaledwie 30 metrów nad ziemią. Brzmi znajomo?

Pilot śmigłowca Marek Miłosz, dziś w randze podpułkownika, został uniewinniony przez sąd wojskowy dwa razy. Jak podaje "Polityka", w lutym tego roku odszedł do cywila.