To dość symptomatyczne zdanie, bo mam wrażenie, że jeszcze 50, 30 lat temu nikt by go nie wypowiedział. I to nie dlatego, że kiedyś bardziej się opłacało mieć potomstwo, tylko dlatego że mało kto podchodził do tej kwestii w tak racjonalny sposób.

Pamiętam taką scenę. Początek lat 90., może dwa, może trzy lata po upadku komunizmu. Na obiedzie u mojej rodziny pojawił się młody Szwajcar (znajomy znajomych), który wygłosił swoją życiową teorię: ludzie powinni przestać rodzić dzieci. W ten sposób, jak argumentował, ludzkość zniknie, ale to my sami – ludzie – mamy szansę o tym zadecydować.

Byłam zszokowana. Wtedy był to dla mnie głos cywilizowanej Europy Zachodniej. I de facto tak jest do teraz: brak dzieci to decyzja, na którą stać właśnie dobrze rozwinięte kraje europejskie (choć zapewne nie jest to dyktowane świadomym dążeniem do autodestrukcji, co proponował wspomniany Szwajcar). Doszliśmy – jak twierdzi brytyjski socjolog Anthony Giddens – do „kresu reprodukcji jako konieczności losowej”, który jest jego zdaniem równoznaczny z kresem natury. Po prostu wszystko zależy od nas samych.

Wybór, nareszcie

Zdobyczą cywilizacji jest niewątpliwie to, że mamy wybór. Nareszcie. Szczęście czy też kłopot polega na tym, że opcji jest coraz więcej. A w tej całej puli wyborów pojawił się jeszcze ten jeden: dzieci. Jak pisze z ironią polski socjolog Zygmunt Bauman, stały się one kolejnym dobrem konsumpcyjnym, zaś decyzja o ich posiadaniu przysparza najwięcej bólów głowy. Ba, stoją wręcz w sprzeczności z logiką konsumenta naszych czasów.

Bo, jak tłumaczy ze swadą w książce „Razem osobno”, „w kategoriach czysto finansowych dzieci kosztują więcej niż luksusowy najnowszy samochód, podróż dookoła świata, a nawet własna okazała rezydencja”, dlatego, jak dodaje, „im dłużej człowiek będzie się nad tym zastanawiał, tym bardziej oczywiste wyda mu się ryzyko”. Zaś decyzja o dziecku jest nielogiczna: „oznacza (...) wzięcie na swoje barki bezterminowego i nieodwołalnego zobowiązania, bez możliwości wypowiedzenia umowy”; zobowiązania sprzecznego z istotą życiowych strategii płynnej nowoczesności, którego większość ludzi w innych dziedzinach życia stara się za wszelką cenę unikać”.

Bauman wylicza, że wybór potomka oznacza również utratę „kuszących rozkoszy” i „niemożliwych do przewidzenia konsumpcyjnych atrakcji”, zaś rodzice ryzykują – o zgrozo! – „utratę niezależności”. Posiadanie dzieci bowiem może oznaczać konieczność ograniczenia ambicji zawodowych, konieczność „poświęcenia kariery”.

Ten ironiczny wywód trafia w sedno obecnej sytuacji: nie dość, że potomek to indywidualna decyzja rodziców, to dodatkowo w dzisiejszych czasach kompletnie nielogiczna.

A sytuacja jest o tyle fatalna (jeżeli przyjmiemy, że wyludnianie jest procesem niekorzystnym), że jak przekonuje prof. Janusz Czapiński, autor „Diagnozy społecznej”, wśród tych różnych otaczających dóbr rodzicielstwo traci na atrakcyjności.

Owszem, nadal jesteśmy tradycyjni – w badaniu CBOS z marca 2013 r. wychodziło, że dla 85 proc. z nas najważniejsza jest rodzina, ale jeżeli wziąć pod lupę tylko grupę potencjalnych rodziców, ten idealny wizerunek marzących o dzieciach Polaków zaczyna pękać. – Z badań wyraźnie wynika, że kurczy się grupa młodych par, dla których szczęśliwe życie łączy się z posiadaniem dzieci. Obecnie jedynie 30 proc. młodych małżeństw zalicza je do jednego z trzech warunków udanego życia. Co może być niepokojące, bo w porównaniu z poprzednimi generacjami – czyli osobami, które mają obecnie 45 lat – doszło do prawie dwukrotnego spadku – wylicza prof. Czapiński.

Tor przeszkód

Czego byśmy nie deklarowali, fakty są nieubłagane. W Unii Europejskiej rodzi się 1,57 dziecka na kobietę (dane Eurostatu za 2011 r.). Co to znaczy? Że jeżeli nic się nie zmieni, za jakiś czas jej mieszkańcy mogą po prostu zniknąć. Jedno pokolenie nie zastąpi kolejnego, i tak dalej, i tak dalej. To groźba nie tylko dla Europy, podobnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie od lat 70. przyrost naturalny oscylował wokół wymarzonej dwójki na jedną kobietę, ale w 2011 r. wynosił 1,89. Spoglądając na te dane politycy, łącząc siły z socjologami i demografami, próbują zrozumieć, co takiego się dzieje, że w społeczeństwach dobrobytu przestały się rodzić dzieci. I miotają się, podając kolejne recepty na zmianę tego stanu rzeczy. Najczęściej mało skuteczne.

Przyjrzyjmy się temu dokładniej. Kiedyś dzieci były wynikiem nie tyle decyzji, co właśnie braku wyboru, zaś małżeństwo oznaczało automatycznie pojawienie się potomstwa. Teraz ta zależność znikła. Zanikł również przymus ekonomiczny (kiedyś dzieci zapewniały przetrwanie rodu, pomnażały kapitał rodziny), nie ma już nakazu religijnego, a więc można liczyć tylko i wyłącznie na indywidualną potrzebę potencjalnych rodziców.

Co zatem się wydarzyło, że ten nasz wybór polega na wyraźnym „nie” dla powiększania rodziny? A jeśli się na to decydujemy, najczęściej wystarczy jedno dziecko i na tym koniec? Naukowcy wskazują dość jednomyślnie, że za takim stanem rzeczy stoją przemiany ekonomiczne, społeczne i kulturowe. Wśród wymienianych przyczyn (które wzajemnie się przenikają) pojawiają się m.in. takie, jak:

Niezależność kobiet. Jak by to obrazoburczo nie brzmiało, ewidentnie przełożyła się na spadek dzietności. Jak pisze w jednej z analiz demograf prof. Krystyna Slany, widać następującą zależność: jeżeli kobieta zarabia więcej niż partner, zmniejsza się liczba dzieci tej pary. Społeczeństwo już do tego przywykło: kobiety są aktywne zawodowo, działają w sferze publicznej, mają wyższe wykształcenie i coraz większe aspiracje. I nie chodzi tylko o ambicje, lecz także o przymus ekonomiczny (trudno żyć z jednej pensji). Problem w tym, że to nadal (nawet w słynącej z równouprawnienia Szwecji) na kobiecie spoczywa ciężar wychowania dzieci i zajmowania się obowiązkami domowymi. Nic więc dziwnego, że samorealizacja poza życiem rodzinnym często stoi w konflikcie z posiadaniem dzieci. Dlatego Polki w badaniach mówią jasno: najpierw praca, potem dzieci.

Koszty. Według polskich wyliczeń Centrum im. Adama Smitha do ukończenia przez potomka 20 lat jego utrzymanie kosztuje około 200 tys. zł. To bardzo ostrożne kalkulacje. Na amerykańskich stronach podejście ekonomiczne do tej sfery życiowej stało się na tyle popularne, że z łatwością można znaleźć kalkulatory wyliczające koszt wychowania dziecka w zależności od miejsca zamieszkania i zarobków. Dla średnio zamożnej rodziny z miasta koszty roczne to ok. 10 tys. dol. I – o dziwo – są wyższe, im bogatsza jest rodzina. Wpływ na to mają – jak to określa prof. Irena Kotowska, demograf z Wyższej Szkoły Handlowej – „rosnące aspiracje konsumpcyjne”. Trzeba zainwestować w potomka tak, by zagwarantować mu odpowiednią pozycję społeczną. Do tego wszystkiego doliczyć należy koszty pośrednie (ponoszone głównie przez kobiety), czyli koszty utraconych korzyści: nieotrzymane dochody z pracy, niewykorzystane szanse rozwoju zawodowego czy możliwości dalszego kształcenia się.

Edukacja. – Wiek, w którym kiedyś pojawiały się dzieci, obecnie jest czasem nauki – tłumaczy prof. Krystyna Slany z Uniwersytetu Jagiellońskiego. To również efekt silnych wymagań pracodawców, rosnących aspiracji życiowych i świadomości, że bez solidnej inwestycji w siebie nie będzie łatwo na rynku pracy. Dodatkowo, studia i opcję ciągłego kształcenia wybiera coraz więcej kobiet niż mężczyzn. W efekcie decyzja o powiększeniu rodziny podejmowana jest coraz później (średni wiek poczęcia dziecka to według Eurostatu 30 lat), co również ogranicza liczbę dzieci.

Indywidualizm. Po prostu dlatego, że wybór i wolna wola istnieje, to można też nie chcieć posiadać dziecka, bo najzwyklej nie ma się na to ochoty. Chociażby dlatego że się dzieci nie lubi.

Bezpłodność. To niewątpliwie jedna z istotnych przeszkód, bo jak wynika z „Diagnozy społecznej”, problem ten dotyczy 20,4 proc. badanych Polaków do 40. roku życia. Jest ona na czwartym (obok złych warunków mieszkaniowych) miejscu w hierarchii powodów braku posiadania dzieci.

System. Rynek usług, rynek pracy, styl życia, oferty rozrywki – to wszystko jest nakierowane na dobrze prosperujących singli, którzy wychodzą na tym najlepiej. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, nie sprzyja temu, by decydować się na dzieci. Stały się one bezzwrotną inwestycją. A zakładanie rodziny jawi się wręcz jako działalność antysystemowa.

W polskim kontekście kwestia dzietności jest jeszcze bardziej skomplikowana w związku z upadkiem komunizmu. Krach istniejącego ładu, zupełna zmiana oczekiwań na rynku pracy wraz z presją na robienie kariery i wkroczeniem nowych wzorców kulturowych, za którymi nie nadążały zmiany mentalnościowe – wprowadziły galimatias również w podejściu do spraw związanych z dziećmi. W niesłychanie dokładnym raporcie dotyczącym dzietności w Polsce (zresztą sprawa wygląda podobnie w innych krajach postkomunistycznych), który powstał pod redakcją prof. Ireny Kotowskiej, autorzy wskazywali, że ta sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie – widoczne są różnice między latami 90. a początkiem XXI wieku. Największym problemem tego kawałka Europy jest to, że zrealizowanie planów życiowych odbywa się o wiele wyższym kosztem niż w starej Europie. Dlatego też dziecko staje – w zależności od perspektywy – zbędnym balastem lub też nieosiągalnym luksusem. Efekt jest taki: na jedną Polkę rodzi się niewiele ponad 1,3 dziecka.

Paradoksy racjonalizacji

Przyczyn niskiej dzietności można by wymieniać więcej – i to w podziale na strefy geograficzne, wykształcenie, zarobki, wielkość miejscowości czy religię (wszystkie te korelacje zostały już przeprowadzone) – jednak warto skupić się na aspekcie często pomijanym w rozważaniach. Być może dlatego, że trudno go uchwycić za pomocą pomiarów socjologicznych. Na lęku przed rodzicielstwem. Niezależnie od wszystkich zewnętrznych, najczęściej ekonomicznych przyczyn, tak chętnie wymienianych przez samych badanych, posiadanie dziecka to decyzja, która jest podejmowana indywidualnie. I która jest nieracjonalna. A zależy tylko i wyłącznie od tego, co czują sami zainteresowani.

Tymczasem brak pracy oznacza biedę, a brak odpowiedniej liczby pokoi nie pozwala na drugie dziecko – to bardzo racjonalne wytłumaczenia. Psycholog Ewa Woydyłło mówi: – Kiedyś warunki, w jakich żyły ówczesne rodziny, zarówno mieszkaniowe, jak i bytowe, były o niebo gorsze. Teraz odbierano by je jako życie w biedzie, ale kiedyś tak tego nie traktowano. I nie miały wpływu na decyzję o posiadaniu dziecka – tłumaczy. Co się zatem zmieniło? – Teraz jest większa zachłanność wobec życia i większe oczekiwania – uważa Woydyłło. Ale to znowu nasz wybór – nikt nam nie każe tego wszystkiego mieć, o czym przypomina Dorota Masłowska w niedawno wydanej książeczce dla dzieci „Jak zostałam wiedźmą”. „Więcej, więcej i więcej” – sami sobie taki styl narzuciliśmy.

Paradoksalnie, paraliżujący nas lęk łączy się z tym, że macierzyństwo czy rodzicielstwo nigdy dotąd nie było tak wysoko wyniesione na piedestał. Nigdy nie było tak ważne i tak celebrowane.

Francuska socjolożka Elisabeth Badinter w „Historii miłości macierzyńskiej” opisuje, że instynkt macierzyński to dość nowy wynalazek. Po raz pierwszy pogląd, że matkę z dzieckiem wiążą takie uczucia jak czułość i zażyłość, pojawił się pod koniec XVIII w. Ale były to skromne początki. Dzieci się rodziły, umierały, często więc nawet nie przywiązywano do nich takiej wagi. Ci bogatsi oddawali je mamkom, nie włączając się w ich wychowanie.

Współczesne rozumienie macierzyństwa kształtuje się na początku XX w. Nie bez znaczenia jest przy tym działalność Zygmunta Freuda, który wskazywał na wpływ dzieciństwa i relacji z rodzicami na późniejsze życie. Jednak to w ostatnich latach w klasie średniej aspirującej – szczególnie europejskiej (w tym polskiej), ale i amerykańskiej (pomimo wielu różnic) – wizerunek matki, a także przepis na rodzicielstwo i wychowanie dzieci, jest bardzo sprecyzowany. A oczekiwania wobec rodziców (ustalane przez samych rodziców) urosły do niebotycznych rozmiarów.

Jednocześnie demografom i politykom zależy, by właśnie ta klasa społeczna – brzydko mówiąc – się reprodukowała. To jej przedstawiciele mają bowiem szanse zadbać o potomka, wychowując go na przykładnego obywatela, który będzie stanowił wkład, a nie obciążenie społeczne.

Jak to możliwe, że wartość rodzicielstwa spada, a zarazem nigdy wcześniej nie było ono tak ważne jak dzisiaj? Owszem rzadziej decydujemy się na powiększenie rodziny. Jednak jeśli już dokonujemy takiego wyboru, chcemy do tego podchodzić poważnie. Przez co rodzicielstwo staje się kolejnym zadaniem, w dodatku obarczonym ogromną odpowiedzialnością, co samo w sobie może zniechęcać. Posiadanie dziecka nie jest już naturalną koleją rzeczy, lecz decyzją, której konsekwencji się obawiamy.

Dlatego można zaryzykować tezę, że tak często przywoływane ryzyko finansowe to tylko jeden z elementów stojący na przeszkodzie większej dzietności. W wymiarze indywidualnym równie istotny jest lęk przed podjęciem takiego wyzwania, jakim jest świadome rodzicielstwo i spełnienie tych wszystkich oczekiwań społecznych, które łączą się z byciem dobrą matką, świetnym rodzicem.

Dziecięcy terror

Niepisane reguły mówią, że aby wypełnić dobrze tę rolę, matka powinna być rodzicem cierpliwym, wspierającym, rozmawiającym, musi przy tym pamiętać o etapach rozwojowych dziecka (inaczej odbije się to na jego przyszłym życiu emocjonalnym), zadbać o jego edukację, także wypełniając te luki, których nie zaoferuje kształcenie publiczne, wyposażyć w umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach (od tego zależy awans społeczny potomka). Nie dość tego – nie może zapominać, że sama powinna realizować swoje zainteresowania, kształcić się (ważny jest nieustanny rozwój) oraz zarabiać (na niej, podobnie jak na mężczyźnie, często ciąży obowiązek zapewnienia utrzymania rodziny). I nie narzekać, bo przecież to była jej decyzja. Amerykańska publicystka Amy Waldman stwierdza, że dziś rodzicielstwo przypomina startowanie w jednej z dyscyplin olimpijskich. Zaś oczekiwania, jakie stawia się przed rodzicami, są niemożliwe do spełnienia. A to prędzej czy później prowadzi do frustracji, bo nierealnego wyniku nie da się po prostu uzyskać.

– Szczególnie silnie widoczny jest ten lęk w pokoleniu 30-latków, którzy chcą wszystko robić idealnie. Obowiązuje model parcia do przodu, presja odnoszenia sukcesu. Trudno więc pogodzić się z porażką na jakimkolwiek polu – zauważa psychoterapeutka Justyna Świerczyńska.

Tak wyrozumowane rodzicielstwo łączy się z przerostem odpowiedzialności, lecz także z ryzykiem utraty kontroli nad własnym życiem. – To, co najbardziej frustruje rodziców, to brak sprawczości nad dzieckiem – tłumaczy Ewa Woydyłło. Nie możemy zaplanować i przeprowadzić projektu dziecko od a do zet. I to nas irytuje.

Jennifer Senior, autorka „The Paradox of Modern Parenthood”, na jednym z wykładów TED pokazuje dwa wymowne obrazki: wytyczne do wychowania dzieci w latach 50.–80. to jedna książka dr. Spocka (według której wychowało się również niejedno pokolenie polskich dzieci). A dziś? Publicystka „New York Magazine” wskazuje na półkę w jednej ze współczesnych księgarni z co najmniej setką różnych podręczników (wychowanie dziecka bezglutenowego, w stylu joga etc. ). I zadaje jedno proste pytanie: dlaczego wychowanie dzieci stało się tak trudne, dlaczego budzi aż tak duży niepokój, że trzeba się wspomagać setkami poradników? Co zresztą przynosi skutek odwrotny do zamierzonego – mnogość opcji powoduje jeszcze większą frustrację, bo nie wiadomo, kogo się słuchać, kto jest w tej dziedzinie autorytetem. Do tego dochodzą zmieniające się mody (często globalne; to samo przeżywają amerykańskie matki, co i polskie czy francuskie) od diet poczynając, na sposobach wychowania kończąc.

Wspominana wyżej francuska socjolożka Elisabeth Badinter w innej publikacji „Konflikt kobieta i matka” wytyka kobietom, że w momencie, kiedy uzyskały największą w całej historii niezależność, same zakładają sobie kaganiec m.in. „ekomacierzyństwa”, poddając się terrorowi dzieci, które stały się centrum rodziny. Nic też dziwnego, że – przy tak zdefiniowanej roli rodzica – nie każdy ten terror chce sobie dobrowolnie zafundować.

Czy jednak to dzieci są problemem? Czy może coś raczej złego dzieje się z rodzicielstwem – pyta Jennifer Senior. Średnia klasa poświęca coraz więcej energii swojemu potomstwu, a ma jej coraz mniej, zajęta zarabianiem i podtrzymywaniem swojej sytuacji materialnej, a co za tym idzie i pozycji społecznej. Dzieci też chce do tego życia przygotować: kłopot polega na tym, jak podkreśla Senior, że nie wiemy, do czego je przygotowujemy. Pewne jest natomiast, że chcąc nie chcąc, zaczynamy je traktować jak narzędzie do spełniania konkretnych funkcji i oczekiwań. Świat tak szybko się zmienia, że nie wiadomo, na co kłaść nacisk. A więc przygotowujemy je na każdą ewentualność, miotając się pomiędzy różnymi opcjami. I znowu narażając na kolejne frustracje. Kłopotem współczesnych rodziców lub też potencjalnych rodziców jest to, że nikt nas nie przygotował do tej roli w nowym świecie. To zaś szczególnie mocno widoczne jest też w Polsce, gdzie pokolenie rodziców żyło w zupełnie innych realiach zarówno kulturowych, społecznych, jak i rynkowych. Nie ma kogo się poradzić, wypracowane kiedyś wzorce dziś nie działają. A trendy globalne mieszają się z dobrze zakorzenionym polskim mitem Matki Polki, czyli tej, która poświęci się dla dziecka, a z tego będzie czerpać siłę. Jednym słowem: naprawdę niełatwo sprostać tej roli.

Jednostka kontra państwo

W takiej rzeczywistości trudno cieszyć się rodzicielstwem czy przyjmować je jako rzecz naturalną. Co zresztą potwierdzają badania: dzieci, wbrew potocznym oczekiwaniom, szczęścia nie dają. A przynajmniej takiego szczęścia, do którego dąży obecne społeczeństwo.

Tego psychologicznego aspektu jednak najczęściej się nie uwzględnia przy opracowywaniu recept na zapaść demograficzną. W różnych strategiach polityki prorodzinnej pojawiają się przede wszystkim rozwiązania dotyczące materialnej sfery. W raporcie OECD „Doing Better for Families” definiuje się politykę prorodzinną jako działanie „zmierzające do stworzenia warunków sprzyjających posiadaniu tylu dzieci, ile pragną w czasie przez siebie wybranym”. Co to oznacza w praktyce? Ułatwienia w godzeniu pracy z rodziną, promowanie wzrostu zatrudnienia kobiet oraz równości płci, przeciwdziałanie ubóstwu dzieci, promowanie rozwoju dzieci. Tak samo wyglądają polskie czy europejskie wytyczne, które mają zmienić mentalność społeczeństwa. Przekaz jest prosty – masz harować od świtu do nocy, a przy okazji mieć dzieci. Ale nie martw się, my ci w tym pomożemy. To zaś nie tylko nie koi lęków, lecz wręcz antagonizuje: po jednej stronie stoją zbuntowane jednostki, po drugiej stronie barykady grono polityków i demografów, którzy nawołują do prokreacji i straszą zapaścią systemu emerytalnego.

Pytanie brzmi: czy jeżeli zapewnimy maluchom świetną opiekę w żłobkach, przedszkolach, a rodzicom niezłe wsparcie finansowe, będzie więcej dzieci? Janusz Czapiński odpowiada z pełnym przekonaniem, że tak. A do tego trzeba dołożyć garść pieniędzy. Czy jednak to przekupstwo coś radykalnie zmieni?

Jeśli spojrzymy na dane historyczne, wydaje się, że niekoniecznie. Jeszcze w czasie stanu wojennego w 1983 r. rodziło się 732 tys. dzieci, zaś w 2013 r. – 372 tys. Czy Polakom na początku lat 80. żyło się lepiej, bezpieczniej? Trudno bronić takiej tezy.

Profesor Czapiński wskazuje na Francję i Szwecję, gdzie wysokonakładowa polityka prorodzinna poskutkowała. Nad Sekwaną każda rodzina dostaje zasiłek, istnieją ulgi finansowe, dostępne są żłobki. Efekt? To kraj, w którym rodzi się ponad dwoje dzieci z jednej pary. Ale jak wobec tego wytłumaczyć, że w Niemczech, które mają bardzo rozbudowany system świadczeń, przyrost naturalny wynosi 1,36? Niektórzy z socjologów odwołują się do różnic w mentalności – w kulturze francuskiej wyraźnie widać, że kobiety są bardziej niezależne. Dziecko jest traktowane jak równoprawny członek rodziny, ale nie jest stawiane na pierwszym miejscu. W Szwecji z kolei niewątpliwe znaczenie ma wzmocnienie roli ojców (ale i tu nie ma ideału – przyrost wynosi 1,9, czyli tyle samo co w 1970 r.).

A zatem budowa instytucjonalnych ułatwień – żłobków, przedszkoli, ulg podatkowych, urlopów, pieniędzy – jest kolejną cegiełką podtrzymującą porządek świata, który przecież w żaden sposób nie sprzyja posiadaniu dzieci.

Mieć czy nie mieć

Co zatem zrobić? Szczerze przyznam, że nie wiem. Nie ja jedna. Niedawno miałam okazję uczestniczyć w roboczym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim, na którym zespół ekspertów zastanawiał się, co, oprócz zmian instytucjonalnych, może wpłynąć na decyzje Polaków. Co zrobić z całą tą sferą pozamaterialną, dla socjologów nieuchwytną, irracjonalną sferą osobistych wyborów? Co zrobić, by dzieci przynosiły szczęście? Pojawiła się garstka pomysłów (jakieś kampanie, akcje biznesu, pokazywanie rodzin wielodzietnych), ale zdawały się być nietrafione. Spotkanie zakończyło się bez konkluzji.

„Mieć czy nie mieć dzieci?” – to pytanie, które każdy w którymś momencie życia sobie zadaje. Jedną z odpowiedzi może być: „nie stać mnie na to”. Inną: „pomyślę o tym jutro”. Nie ma żadnego przymusu posiadania dzieci, nie ma obowiązku spowiadania się z podjętych takich czy innych decyzji. Ale być może to pytanie, które jest warte szczerych odpowiedzi.

Tytuł akcji „Miej dzieci, bądź człowiekiem” brzmi mocno prowokacyjnie. Można to zrozumieć jak nakaz albo wręcz obrażanie tych, którzy nie są rodzicami. Ale można też zrozumieć inaczej: być może wychowanie dzieci to nie kolejne ponadludzkie wyzwanie? Może odhumanizowaliśmy myślenie o tej kwestii, sprowadzając ją do dyskusji o przedszkolach i pieniądzach. Być może rodzicielstwo jest na ludzkie siły.

Po prostu warto się zastanowić i zadać sobie to pytanie inaczej niż do tej pory.

BĄDŹ CZŁOWIEKIEM, MIEJ DZIECI. O co chodzi w tej akcji? >>>