Trwająca na Bliskim Wschodzie wojna rozpoczęła się w lutym od amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran, który odpowiedział blokadą cieśniny Ormuz i atakami na cele cywilne, zwłaszcza związane z branżą petrochemiczną. Zdaniem "Telegraph" po ośmiu miesiącach wojny Teheran doszedł do wniosku, że najlepsza dla niego droga nie wiedzie przez pola bitew, ale przez urny wyborcze USA i Izraela.
Iran chce zobaczyć podzieloną Amerykę
Jeśli chodzi o wybory w Ameryce, "powstały potężne grupy cybernetyczne, których celem jest włamanie się do systemów wyborczych". Szukaliśmy sposobów na zrekrutowanie agentów do procesów wyborczych zarówno w amerykańskim, jak i izraelskim reżimie - powiedział gazecie jeden z urzędników, nie wdając się w szczegóły działań mających na celu zakłócenie wyborów w Izraelu.
Inny urzędnik wyjaśnił, że kampania jest naturalną konsekwencją wojny. Wojna to nie tylko rakiety i broń, gdy my znajdujemy się pod (wrogą) blokadą. Wojna oznacza również, że jesteśmy gotowi zakłócić ich wybory, ich bankowość, ich podróże i wszystkie ich zwyczajne systemy. Nie popieramy żadnego kandydata, ale chcielibyśmy zobaczyć podzieloną Amerykę i podzielony Izrael - powiedział rozmówca "Telegraphu".
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
