Obchodzimy właśnie 40. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Tytuł książki, którą pani na ten temat napisała, brzmi "Dzień bez Teleranka". Czy rzeczywiście to w świadomości Polaków, główne skojarzenie z tamtym czasem?

Prawdę powiedziawszy nie chciałam tego Teleranka w tytule, bo uważałam, że on ukierunkowuje uwagę czytelników w jedno miejsce, a właściwie w jedno zdarzenie z 13 grudnia. A przecież stan wojenny trwał półtora roku, był serią zdarzeń, ludzkich losów i tragedii. Kiedy zaczęłam liczyć czołgi, które władza wtedy na nas wysłała, przypomniały mi się słowa Agnieszki Osieckiej z piosenki, która otwierała każdy odcinek serialu "Czterej pancerni i pies". Edmund Fetting swoim głębokim głosem śpiewał frazę: "Deszcze niespokojne, potargały sad. A my na tej wojnie, ładnych parę lat". I pomyślałam o tytule "Potargany sad". Wydawało mi się wtedy i dziś, że ta nasza wojna z generałem nie była tak do końca prawdziwą wojną. Owszem była bardzo trudnym, ostrym doświadczeniem, ale jednak łagodniejszym niż prawdziwa wojna. Jej efektem był ten "potargany sad", przez który przeszło tsunami, ale on dalej stoi. "Teleranek" pojawił się w tytule, bo wydawnictwo uznało, podobnie zresztą jak pani, że to jest to skojarzenie, ten symbol, z którym stan wojenny kojarzy się wielu osobom. Brak "Teleranka", czołgi, które pojawiły się na ulicach miast i które zaczęły wzbudzać niepokój, przerażenie.

Reklama

Chce pani powiedzieć, że ten "Teleranek" to metafora czytelna dla wszystkich?

Myślę, że tak. To metafora, która dla tych, którzy byli w tamtym czasie dziećmi wiązała się zapewne z utratą pewnego rodzaju bezpieczeństwa. Przecież zabrano im ich ulubiony program. Nawet jeśli był audycją propagandową, nadawaną w tym czasie, kiedy zazwyczaj chodzi się do kościoła i którego zadaniem było także to, żeby dzieci nie poszły na mszę. Tego 13 grudnia dzieciom zabrano coś ważnego, co lubiły a nam, dorosłym - nadzieję, że mamy jakikolwiek wpływ na kształt naszego państwa. Okazało się, że jednak nie mamy. I tak, jak brak "Teleranka", czy obecność czołgów na ulicach, tak w naszej pamięci zostanie też zdjęcie generała Jaruzelskiego w ciemnych okularach, którego od tamtej pory często nazywano "spawaczem".

Jak pani zapamiętała 13 grudnia?

Byłam wówczas początkującą dziennikarką. Zresztą tak się też w tej swojej książce przedstawiam. Początkująca to ja. Dowiedziałam się o tym co się dzieje rano. Telewizor śnieżył, a ja natychmiast ruszyłam do miasta. Z perspektywy czasu myślę sobie, że to był dziwny impuls, wręcz idiotyczny pomysł. Dziś pewnie bym się nie odważyła, żeby pojechać i zobaczyć, jak jest i co to jest ten "stan wojenny". Mieszkaliśmy wtedy z mężem ze względu na różne koleje losu u moich rodziców. Moja malutka wtedy córka została z mężem i dziadkami, a ja ruszyłam do centrum Warszawy. Pamiętam taki obrazek – jechałam tramwajem, na ulicach leżał śnieg, świeciło słońce. Dotarłam do Pałacu Kultury i Nauki, w którym miał się właśnie rozpocząć 3. dzień Kongresu Kultury Polskiej, czyli trzydniowego spotkania stowarzyszeń naukowych, twórców, literatów i architektów. Drzwi do Teatru Dramatycznego, w którym to się odbywało, były zamknięte. Wisiała na nich kartka, a na niej niebieskim flamastrem, dokładnie zapamiętałam ten kolor - informacja, że kongres jest zawieszony. Razem z grupą ludzi, która podobnie jak ja kłębiła się pod drzwiami Dramatycznego, ruszyliśmy na Stare Miasto, do kościoła Świętej Anny. To był kościół duszpasterstwa środowisk twórczych. W zakrystii podpisywaliśmy protest przeciwko odwołaniu tego kongresu. Nie byłam w ogóle świadoma, gdzie ten protest trafi. Potem okazało się, że poszedł do jednego z sekretarzy KC, który zajmował się kulturą i do prymasa Glempa. Do dziś mam przed oczami tłum w tej zakrystii, czuję to lepkie, wilgotne powietrze od mokrego śniegu.

Reklama

Jakie emocje towarzyszyły i pani, i pani znajomym? Strach, lęk? Poczucie, że właśnie wali się świat, że tak jak wspomniała pani wcześniej traci się nadzieję i pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa?

Wie pani, że ja w ogóle nie pamiętam strachu. Może to był objaw traumy. Psychologia mówi, że przy mocnej traumie brakuje nam pamięci takich emocji, jak lęk czy strach. Ja tego nie pamiętam, ale też nie oznacza to, że była we mnie gigantyczna odwaga. Mam pewnego rodzaju mgłę w głowie w tej kwestii. To może wydać się dziwne o tyle, że wszyscy ludzie zaangażowani przez ten okres "karnawału" w Solidarność, mieliśmy świadomość, że to co robimy to igranie z ogniem, poruszanie się na krawędzi, ale z drugiej strony było w nas poczucie bycia w jakiejś bajce, która się dobrze skończy. Naprawdę mieliśmy ogromną nadzieję, że to wszystko się uda, że jakoś to będzie, że te groźne pomruki, które dochodziły do nas ze strony władzy jeszcze w trakcie strajków w Stoczni w 1980 roku, to tylko takie straszenie. My Polacy jesteśmy narodem zdolnym do nadziei. Nawet, gdy przeżywamy koszmarne rozczarowanie to okazuje się, że nic nie jest w stanie zgnębić nas do końca. Tak było po tych latach 1980-1986, gdy nadzieja naprawdę znikała, a my po tym wszystkim, co się wydarzyło, potrafiliśmy się jeszcze raz pozbierać i stworzyć ruch komitetów obywatelskich, doprowadzić do wyborów 4 czerwca 1989 roku. I choć potem nastąpiło kolejne rozczarowanie, gdy okazało się, czym jest ten tak wyczekiwany i wytęskniony przez nas kapitalizm, gdy robotnicy zaczęli tracić miejsca pracy, a cała klasa robotnicza tak naprawdę została zmieciona ze sceny historii, my wciąż nie traciliśmy nadziei. Była obecna wraz z tym ogromnym rozczarowaniem.

Stan wojenny / Domena Publiczna

No właśnie dziś pamiętamy głównie o tych początkach – 1 sierpnia 1944, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, czy właśnie 13 grudnia, gdy wybuchł stan wojenny, ale nie pamiętamy, że konsekwencje tego ponosiliśmy przez kilka, a nawet kilkanaście lat.

Oficjalnie stan wojenny trwał półtora roku. Ja w książce opisuję losy bohaterów do jesieni 1986 roku. W sumie mogłabym poprowadzić je jeszcze dalej, ale skończyłam w momencie, gdy w zasadzie wszyscy więźniowie polityczni wyszli już z aresztu. Tak naprawdę zanim doszliśmy w naszej historii do czasu Okrągłego Stołu oraz wyborów, konsekwencje decyzji z 13 grudnia 1981 miały miejsce cały czas. O ile na początku stanu wojennego to były setki spraw prokuratorskich, wszczynania postępowań i towarzyszące nam prawie codziennie hasło "znów ktoś pójdzie siedzieć", o tyle w tych późniejszych latach, co prawda władza już nie za bardzo chciała wsadzać ludzi do więzień, ale wedle swojej nowej koncepcji karała grzywnami albo zabierała różne rzeczy np. samochody. Ludzie mieli poczucie, że nic nie można zrobić, nic powiedzieć, bo nie wiadomo, czy obok nie ma jakiegoś tajnego współpracownika, a było ich w tamtych latach dużo w miejscach publicznych.

Donosili, współpracowali z SB, która robiła naloty na drukarnie, drukujące książki, ulotki. Sama, gdy współpracowałam z podziemną "Kartą" na zebrania do torby pakowałam skarpetki i szczoteczkę do zębów. Tak na wszelki wypadek, choć przecież nie byłam żadną ważną postacią tego podziemia, a dziewczyną, która dopiero wchodziła w zawód. Jak wspomniała, zakończyłam opisywanie tego, co się działo na roku 1986, gdy wszyscy więźniowie polityczni w zasadzie wyszli. Jedna z ostatnich bohaterek, o których piszę, Ewa Heynar-Skowrońska (jej historię znam dzięki zrobionej i wydanej w podziemiu przez Kartę książce "Polityczni"), redaktorka z Polskiego Wydawnictwa Naukowego, jest właśnie związana z tą ostatnią falą i pomyślałam, że na tym mogę zakończyć.

Warto też pamiętać, że nawet po formalnym odwołaniu stanu wojennego w roku 1983, działy się wciąż straszne rzeczy. Wśród nich dwie wielkie śmierci – księdza Jerzego Popiełuszki i Grzegorza Przemyka.

Wróćmy jeszcze na chwilę do 13 grudnia. Jak przekazywano sobie tę informację, że ogłoszono stan wojenny? Jak na tę wiadomość reagowali ludzie?

To był, co dla młodych ludzi może wydać się nie do pomyślenia, czas bez komórek, mediów społecznościowych i o zgrozo w ogóle bez telefonów. Cały ten rok 1980 i 1981 myśmy się nieustannie spotykali. Dopóki nie wprowadzono godziny policyjnej, całymi nocami siedziało się i dyskutowało o tym, co się dzieje w kraju. Tak samo było później. Ktoś przychodził, mówił co usłyszał, co widział. Ja sama o weryfikacji w pracy dowiedziałam się od kolegi, który przyszedł i przekazał mi karteczkę od szefowej, że mam się zgłosić, bo będą nas weryfikowali. Te lata 80. były niesamowite właśnie z powodu łączności społecznej mimo braku łączności oficjalnej. Nie wiem, jak było w rodzinach tych osób, które były internowane. W książce opisuję historię chłopca z Ursusa – Jurka. Jego ojciec nagle zniknął. Rodzina, sąsiedzi, miesiącami nie wiedzieli co się stało z takimi osobami, gdzie są i czy żyją. Jeśli chodzi o bardziej znane osoby, sytuacja była często bardzo jasna od początku, ale o tych zwykłych ludziach nie było informacji. Jurek wspomina ogromną radość w domu, gdy jego matka dowiedziała się, że jej mąż siedzi w więzieniu na Białołęce. Było jednak wiele osób, które się nie odnalazły, które zostały ofiarami stanu wojennego. To był dramat nie tylko tych osób, ale także ich rodzin. Dlatego też przy każdym rozdziale dołączam listę śmiertelnych ofiar. Tych nazwisk jest ponad sto.

Czy w tych dniach, miesiącach, latach ta solidarność między ludźmi była obecna?

To był w ogóle inny czas. Wiedzieliśmy, kto jest po której stronie. Ciekawe było, że po stronie partii przed 13 grudnia było 3 mln ludzi, a po stronie "Solidarności" 10 mln zapisanych, ale pewnie dużo, dużo więcej. Ja sama nie zapisałam się, bo nie miałam etatu, więc nie mogłam zostać członkiem "Solidarności". Tak jak wspomniałam, wiedzieliśmy kto jest kim, z kim się kontaktować, z kim nie, a z kim tak, ale lepiej być ostrożnym. Ta sytuacja wspólnego zagrożenia łączyła, sprawiała, że sąsiedzi nawzajem się ostrzegali, że milicja puka do drzwi i żeby nie wracać do domu. Jeśli ktoś musiał przenocować gdzieś indziej, nie było z tym problemu. Trochę jak w czasie II wojny światowej, gdy ktoś ostrzegał przed łapanką, sytuacją zagrożenia, to pozwalało przetrwać, przeżyć.

Która z historii, którą pani usłyszała poruszyła panią najbardziej?

Chyba kobieta, która nie jest stricte bohaterką książki, a mamą bohatera – radcy prawnego z Sieradza, który opowiadał jak w dzieciństwie śpiewała piosenkę z Powstania Listopadowego. Z tym wchodził w dorosłe życie, pamiętał tę piosenkę: "Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła". Ta mama chodziła do tajnej polskiej szkoły jeszcze w zaborze rosyjskim. Pomyślałam sobie, że ta historia pokazuje jak to się wszystko za nami ciągnie przez dziesięciolecia, jak ciągle te traumy są w nas, a najgorsze jest to, że gdy mijają, to zajmujemy się odbudowywaniem, a nie tymi traumami, które w nas są.

A bohaterką, którą lubię najbardziej jest Maria z Płocka. Hodowała warzywa, kwiaty, gdy trafiła do „Solidarności” w swojej okolicy i zaproponowano jej, by zajęła się łączeniem grup rolników. Pomagałą zakładać koła związkowe we wsiach w płockim, Bardzo wierząca, wszystko powierzała Bogu i Matce Boskiej. Weszła do pierwszego Sejmu, ale gdy zaczęło się w nim zbyt dużo walk politycznych, zrezygnowała i odeszła. Dla niej ważne było mówienie prawdy. Tego nam dziś w świecie polityki brakuje, niestety. Jesteśmy ogarnięci szałem pr’owców, do polityki używa się psychologii, wszelkich chwytów, które mają wpłynąć na wyborców. To nie był zdecydowanie świat Marii. Cenię ją za jeszcze jedno zdarzenie. Gdy chodziła już za nią ubecja, grożono jej, że za chwilę ją zamkną, ona zastanawiała się, jak przekazać księdzu przy okazji mszy za ojczyznę jakiś rodzaj podarunku. Wpadła na pomysł, że kupią taki zestaw do odprawiania mszy polowej. Opowiadając o tym mówiła: "Tak pomyślałam: No, panie Jezu, bo nie wiadomo przecież może będzie i czas, że msze polowe będziemy odprawiać”. Mówiła o roku 1982, a ja rok później znalazłam się w ekipie, która robiła dokumentalny film o Zbroszy Dużej (to jest taka bardzo wierząca wieś, która walczyła latami o kościół, a w 1983 roku szła z pielgrzymką do papieża). W książce jest nawet zdjęcie z planu tego filmu, kiedy ksiądz Sadłowski ze Zbroszy Dużej pod stodołą odprawia taką właśnie mszę polową. To są zdarzenia, opowieści, które mnie bardzo wzruszały, bo działy się naprawdę.

Stan wojenny / Domena Publiczna / Wikimedia Commons

Wspomnieniami podzieliły się z panią także osoby z tej drugiej strony barykady.

Porusza mnie historia milicjanta, który znalazł się w więzieniu na Białołęce z kolegami z Wydziału Zabójstw. Nie wiedzieli, po co tam jadą. Nie mieli łączności, nikt im nic nie powiedział. W tym czasie był już na zwolnieniu, bo miał chore serce, ale i jego zgarnęli do centrali. Byli pewni, że jadą w tej Białołęce siedzieć. Dopiero na miejscu okazało się, że posadzili ich przy stolikach i to oni byli tymi, którzy przyjmowali internowanych. Wspominał, że te trzy dni przesłuchań był dla niego koszmarem. Nie było mu łatwo być po tej drugiej stronie, milicjantów też gryzły sumienia. Udało mu się po tych trzech dniach zwolnić się z tej służby i pojechać do szpitala na drugim końcu Polski. Jechał do niego pustym pociągiem i co chwila był kontrolowany przez żołnierzy z kałasznikowami w niego wymierzonymi. Mimo tej historii uważam, że dzielenie postępowania ludzi w tamtych okresie na czarne i białe jest sensowne. Jedni robili to co złe, inni to, co dobre. Każdy człowiek zaciągając się w szeregi ZOMO w latach 80. miał przecież wybór tego, co będzie robił. Nie twierdzę, że "Solidarność" była czysta moralnie, bez zarzutów, ale ta granica między czarnym a białym w tamtych czasach była naprawdę bardzo wyraźna.

Czy pani na własnej skórze poczuła, że gdyby nie stan wojenny to pani życie zawodowe inaczej by się potoczyło? Jednym słowem, czy to był czas złamanych karier?

Mówi się, że gdy pan Bóg zamyka jedne drzwi, to otwiera kolejne. Ja nauczyłam się pisać inaczej niż dla młodzieżowej gazety, w której zaczynałam, bo nawiązałam współpracę z podziemną "Kartą". Poza tym zdobyłam też drugi, a nawet trzeci zawód. Trafiłam do Towarzystwa Psychologicznego i zaczęłam się specjalizować w konfliktach i kryzysach rodzinnych. A o tym trzecim zawodzie mówię, bo przez chwilę byłam też sprzedawczynią w sklepie kolegi i też się tego fachu nauczyłam. Oczywiście były osoby, którym stan wojenny zniszczył kariery naukowe, odebrał możliwości.

Zgadza się pani z tą tezą, że generał Jaruzelski nie miał wyjścia i musiał wprowadzić stan wojenny, głównie z tego powodu, że wojska radzieckie stały u granic?

No właśnie nie stały. Wszystkim się tak wydawało, a prawda była taka, że oni stacjonowali, owszem, w Legnicy, a jednak wprost powiedzieli tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, że nie wejdą. Dowód na to znajduje się w dzienniku jednego z rosyjskich marszałków. Generał Milewski zadaje Rosjanom przez ambasadę cztery pytania. Jedno z nich: czy przyjdą z pomocą wojskową. Odpowiedź pada natychmiast i brzmi "Nie, nie wejdziemy". A co do decyzji Jaruzelskiego to rozumiem, że z jego perspektywy - a był szkolony w rosyjskich wyższych uczelniach - według jego widzenia świata, naprawdę oczywiste było, że ta tłuszcza, która czegoś chce, zwyczajnie zagraża socjalizmowi. Więc generałowie poszli "za swoim". Najśmieszniejsze jest w tym to, że sami za to zapłaciliśmy. Gdyby z grubsza policzyć, ile kosztowało to wejście z żołnierzami do naszego życia, to wyszłoby około 2 miliardy złotych na tamte pieniądze. Generał miał je przecież wyłącznie z podatków ludzi. Tak jak mówiłam: mało kto wierzył, że władza się na to zdecyduje. Było jakieś takie podskórne myślenie, że pewnych rzeczy władza nam nie zrobi, a jednak zrobiła.

Czy z dzisiejszej perspektywy pani zdaniem odrobiliśmy tę lekcję historii?

Nie odrobiliśmy. Nie mamy na to czasu, bo wciąż coś musimy odbudowywać. Ciągle nie mamy czasu, żeby przetrawić, przepracować tę historię, by przestała ważyć na naszych decyzjach, losach. Owszem przeżyliśmy, poradziliśmy sobie w tej nowej rzeczywistości, ale ta lekcja wciąż jest do odrobienia. Trauma to po grecku rana – wciąż w nas jest, nie do końca zasklepiona, wyleczona. Trudno to zrobić, bo żyjemy w czasie nie tylko ostrych podziałów w Polsce, ale też na całym świecie. Wydostać się z tego w takiej przytomności umysłowej będzie nam trudno. Najważniejsza walka jaką będziemy musieli stoczyć, to ta o zachowanie zdrowego rozsądku. Czy nam się uda? Czas pokaże.

Anna Mieszczanek – autorka książki „Dzień bez Teleranka. Jak się żyło w stanie wojennym?”, publicystka, redaktorka, animatorka społeczna, psychoedukatorka w konfliktach i kryzysach rodzinnych. Za pracę w podziemnej "Karcie" i książkę o Marcu 1968 „Krajobraz po szoku”wyróżniona przez Fundację Polcul i nagrodzona odznaką „Zasłużonego Działacza Kultury”. Współautorka – z Wojciechem Eichelbergerem – bestsellerowej rozmowy eseju "Jak wychować szczęśliwe dzieci". Autorka książki "Przedwojenni. Zawsze był jakiś dwór. Historie ziemian", która ukazała się w 2020 roku nakładem wydawnictwa MUZA.