Krzywdzące postanowienia traktatu w Trianon z 1920 r., stanowiące dla Madziarów największą traumę narodową obok XVI-wiecznej klęski pod Mohaczem, zdefiniowały całość węgierskiej polityki okresu dwudziestolecia międzywojennego.

Reklama

U boku Hitlera

Przywódcy za wszelką cenę dążyli do odzyskania utraconych ziem, które stanowiły ponad dwie trzecie pierwotnego terytorium. Pchnęło to kraj w stronę siły, która również, choć kierowana zupełnie innymi pobudkami, parła do zmiany kształtu europejskich granic.

To z tych przyczyn w przededniu II wojny światowej Budapeszt stanął u boku Berlina. Jednak w przypadku ataku na Polskę węgierskie stanowisko było diametralnie odmienne od niemieckiego. W kwietniu 1939 r. minister spraw zagranicznych István Csáky informował, że „w akcji zbrojnej przeciwko Polsce ani pośrednio, ani bezpośrednio nie jesteśmy skłonni uczestniczyć. […] Jeżeli Niemcy odpowiedzą na to przemocą, kategorycznie odpowiadam, że na broń odpowiemy bronią”.

Natomiast w lipcu premier Pál Teleki pisał do Adolfa Hitlera: „Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę. Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce. Węgry nie mogą przedsięwziąć żadnej akcji militarnej przeciw Polsce ze względów moralnych”.

Mimo olbrzymiej presji ze strony hitlerowskiego sojusznika i Słowacji rząd węgierski swoje stanowisko potwierdził jeszcze raz w pierwszych dniach wojny. Ponadto po sowieckim ataku na II Rzeczpospolitą podjął decyzję o otwarciu granic oraz docelowo roztoczeniu długoletniej i szeroko zakrojonej opieki nad ponad 100 tys. polskich uchodźców, zarówno cywilnych, jak i wojskowych. O węgierskiej postawie dobitnie świadczył fakt, że polska ambasada na Węgrzech mogła prowadzić swoją działalność aż do początków 1941 r.

Honwedzi w Polsce

Mimo tak pięknego zachowania w stosunku do Polski w ramach wiążącego ich sojuszu żołnierze węgierscy u boku niemieckich ruszyli na wschód przeciw Związkowi Sowieckiemu. Przyszło im za to zapłacić wyjątkowo wysoką cenę, bo dziesiątki tysięcy Węgrów już nigdy nie wróciło z frontu. Siły honwedów spychane wraz z niemieckimi przez Armię Czerwoną na zachód znalazły się na terenie okupowanej Polski.

Latem 1944 r. liczący 40 tys. ludzi węgierski II Korpus Rezerwowy został skierowany przez Niemców w okolice Warszawy. Jego dowódcą został, pełniący przed wojną przez pięć lat, funkcję attaché wojskowego Węgier w Warszawie, gen. Béla Lengyel. Nomen omen jego nazwisko w języku węgierskim znaczy Polak. Ponieważ w tym czasie jednostki sowieckie, od niedawna wspierane również przez Rumunów, wkroczyły na terytorium Węgier,
gen. Lengyel otrzymał z Budapesztu misję sprowadzenia powierzonych mu wojsk do ojczyzny. Węgierski regent Miklós Horthy wydał mu w tej kwestii bardzo konkretne wytyczne: „Nasze oddziały nie mają czego szukać pod Warszawą, Polacy to nasi przyjaciele, a Niemcy to jedynie nasi towarzysze broni, nie dajmy się wmanewrować w konflikt niemiecko-polski”.

Korytarz dla Powstańców

Pomimo tych planów w momencie wybuchu powstańczych walk w stolicy Polski Honwedzi byli podporządkowani niemieckiej 9 Armii. Jej dowódca gen. Nikolaus von Vormann planował użyć ich przeciwko Powstańcom Warszawskim, m.in. nakazując ostrzelanie Mokotowa. „Udałem się natychmiast do gen. Vormanna i poprosiłem go o uwolnienie mnie z tego zadania. Uzasadniłem to tym, że Węgrzy nie znajdują się z Polską w stanie wojny, a ponadto mogłoby dojść do odmowy wykonania rozkazów ze strony moich oddziałów [...]” – relacjonował gen. Lengyel.

Niepewni swojego sojusznika Niemcy nakazali Węgrom jedynie domknięcia kordonu dookoła walczącego miasta, tak aby nikt nie mógł się przedostać. Decyzja ta okazała się bardzo istotna, ponieważ pozycje obsadzone przez bratanków stały się jedynym korytarzem, przez który można było przerzucać żołnierzy i zaopatrzenie.

Sytuację tę w rozmowie z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego wspominał m.in. cichociemny Stefan Bałuk ps. Kubuś: „Oddział, który liczył ponad 450 ludzi, rozpoczął marsz z Kampinosu w kierunku Starego Miasta – właściwie najpierw w kierunku Żoliborza – i napotkał na następną przeszkodę, która znowuż może się wydawać, historycznie rzecz biorąc, bardzo dziwna: myśmy przeszli środkiem dywizji węgierskiej”.

Reklama

Z kolei Stanisław Znajewski ps. Kujawiak w następujący sposób zapamiętał analogiczną sytuację: „Chciałbym zaznaczyć, bo to wszędzie podkreślam, gdziekolwiek występuję, że po drodze mijaliśmy, a właściwie przeszliśmy przez pozycje wojsk węgierskich. Przechodziłem osobiście w odległości około 8–10 m od stanowisk artylerii węgierskiej, okopanej, skierowanej w kierunku na Warszawę”.

Należy podkreślić, że postawa Węgrów nie kończyła się na bierności. Przepuszczani Powstańcy byli często obdarowywani jedzeniem, lekarstwami, amunicją, bronią, a nawet mundurami. Informowano ich też o ruchach niemieckich wojsk. Zachowały się również węgierskie relacje, takie jak ta mjr Gábora Monsparta: „Partyzanci poinformowali dowództwo naszej dywizji o tym, że w trakcie walk nie chcą atakować oddziałów węgierskich. Prosili, byśmy oznaczyli nasze pojazdy barwami narodowymi, żeby mogli je rozpoznać”.

Pertraktacje bratanków

Dowódcy Powstania, znając osobiście z okresu przedwojennego gen. Lengyela, rozpoczęli z nim potajemne rozmowy na temat przejścia honwedów na polską stronę. Węgierski generał wspominał je w następujący sposób: „Jako głównodowodzący generał sobie pozostawiłem prowadzenie rozmów z Polakami. […] Moje pierwsze spotkanie z polskim podpułkownikiem dr. [Janem] Stępniem, było bardzo serdeczne – znaliśmy się od dawna […] na kolejnym spotkaniu zapytałem ppłk Stępnia, co będzie z nami, honwedami, jeśli do Warszawy wkroczą Rosjanie”.

O przebiegu tych pertraktacji na bieżąco informował swoich przełożonych ze Sztabu Generalnego Honwedów. W Budapeszcie uznano jednak, że węgierskie wojska muszą niezwłocznie wracać do kraju, ale nakazano jednocześnie przekazać Powstańcom potrzebne im leki.

Pomimo tego znane są liczne przykłady indywidualnych żołnierzy węgierskich, którzy przeszli na polską stronę. Część z nich poległa. Niestety były też przypadki rozstrzeliwania honwedów przez Niemców za okazywanie Polakom nadmiernej życzliwości. Z kolei po stoczonej w końcowej fazie Powstania bitwie pod Jaktorowem żołnierze węgierscy, pozorując branie do niewoli Polaków z rozbitej przez niemieckie wojska i ściganej przez nie Grupy AK Kampinos, musieli uciec się do groźby użycia broni, aby uratować ich z rąk essesmanów.

Köszönöm szépen, czyli dziękuję bardzo!

Równie życzliwy był stosunek Węgrów do ludności cywilnej. Zachowało się bardzo dużo relacji mówiących o ich realnej pomocy. Przekazywali oni jedzenie, lekarstwa oraz leczyli Polaków w węgierskich szpitalach polowych. Stacjonując w podwarszawskich miejscowościach, organizowali msze, w których brali udział okoliczni mieszkańcy. Węgrzy grali nawet przy takich okazjach zakazany przez okupanta polski hymn i patriotyczne pieśni.

Węgierskie wojska wzięły udział w eskortowaniu uchodźców z obracanej w gruzy stolicy. Wspominał o tym jeden z madziarskich żołnierzy István Elek: „My, Węgrzy, na polskich wozach tych uciekinierów wywieźliśmy w kierunku Grodziska Mazowieckiego, na zachód. [...] my byliśmy w uniformach na tych wozach, nasze konie były zaprzężone. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że konie z husarii potrafią ciągnąć wóz”.

Wycofujące się spod Warszawy oddziały były serdecznie żegnane przez mieszkańców. Na odchodne Madziarzy zrobili jeszcze jedno – wśród żołnierzy udało się przemycić kilkuset polskich uciekinierów.