Zmarły w ubiegłym roku profesor Tytus Karlikowski ps. Tytus, żołnierz Batalionu „Zośka”, w swoich opowieściach o latach okupacji i Powstania mówił, jak ogromną rolę w życiu jego walczącego pokolenia odgrywała przyjaźń.

Reklama

– Więzi jakie nas łączyły, to nie było zwykłe koleżeństwo, ale przyjaźń, braterstwo. Byliśmy grupą ludzi bardzo ze sobą związanych. Musieliśmy sobie ufać i być całkowicie lojalnymi w stosunku do kolegów. Wiara, że nikt z nas nie jest sam, że działa zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, mobilizowała nas. Nie było takiej możliwości, żeby zostawić rannego kolegę, ratując siebie samego. Bez względu na konsekwencje trzeba było walczyć o towarzysza do końca – mówił.

Braterstwo do końca

Dla Marii Pajzderskiej z domu Czapskiej ps. Marysia, sanitariuszki z Batalionu „Harnaś” pojęcie przyjaźni ukształtowane w czasie okupacji do dziś ma szczególne znaczenie, bo jak podkreśla, wtedy konieczna była świadomość, że można liczyć na tych, z którymi się żyje, pracuje czy działa w konspiracji. – Człowiek w pojedynkę nie miał szans przetrwania. To była męska przyjaźń, a nie rozgadany babiniec i dotyczyło to zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Twarda, czasem bolesna, wojenna przyjaźń – wspomina.

Jeden z kolegów z konspiracji podczas czyszczenia broni postrzelił „Marysię” w nogę. Chorą opiekował się przyjaciel Łukasz Tański. Przychodził każdego dnia, robił jej śniadanie, czytał książki. Był obok zawsze, kiedy potrzebowała pomocy, w każdych okolicznościach mogła na niego liczyć.

W maju 1944 r. niespodziewanie do mieszkania Łukasza weszli Niemcy, znaleźli dwie kenkarty, prawdziwą i fałszywą. Zabrali go na Pawiak i ślad po nim zaginął. Rodzina, przyjaciele, również „Marysia”, bezskutecznie próbowali zdobyć wiadomości na temat jego aresztowania. Pierwsze informacje dotarły, kiedy Łukasz już nie żył…

Pod koniec lipca 1944 r., razem z innymi więźniami Pawiaka, został zamknięty w wagonie towarowym, który przewieziono do Skierniewic, tam ustawiono na bocznicy kolejowej i podpalono. Wszyscy więźniowie spłonęli żywcem. Kiedy tylko Maria dowiedziała się o wszystkim, pojechała tam, żeby choć z daleka popatrzeć na miejsce kaźni i symbolicznie pożegnać Łukasza. Był jednym z wielu przyjaciół, którzy okupacji i Powstania nie przeżyli, ale na zawsze pozostali w jej sercu i w pamięci.

Barbara Gancarczyk z d. Piotrowska ps. Pająk po latach mówi o dwóch wymiarach przyjaźni. – Nasze relacje z kolegami z oddziału były bardzo braterskie. Przyjaźń wtedy nie miała płci, byliśmy jedną drużyną. W czasie okupacji i Powstania nie mówiłyśmy o przyjaźni, pewnie nie sprzyjały temu okoliczności, a może po prostu nie byliśmy w stanie zdefiniować naszych relacji. Przyjaźń między nami nie zrodziła się z naszych chęci, dobrej woli, dziewczęcych zwierzeń czy flirtów z kolegami. Ona hartowała się w walce. Stała się oczywista dopiero po wojnie. Przetrwała lata, nie zniszczyły jej ani trudy życia, ani rozłąka. Nawet jak ktoś z nas odchodzi, zostają wspomnienia. Nasze powojenne spotkania, najczęściej w czasie obchodów rocznicowych, zawsze były pełne emocji, witaliśmy się jak z dawno niewidzianymi najbliższymi – mówi pani Basia.

Nawet wbrew rozkazom

Największa przyjaźń łączyła Barbarę Gancarczyk z Janiną Gruszczyńską-Jasiak ps. Janka. Poznały się w czasie okupacji. Brały udział w szkoleniach organizowanych dla Batalionu „Wigry”, już wtedy była między nimi bliska wieź, ale nie traktowały tego jak przyjaźni. W Powstaniu nie były potrzebne deklaracje, tylko wspólne działanie. Razem można było więcej zrobić. Rzadko myślało się o swoim bezpieczeństwie, częściej martwiło się o tę drugą…

W dniu rozpoczęcia walk Basia i „Janka” obiecały kolegom, że nie zostawią ich, będą z nimi do końca. Wyciągały ich spod kul, opatrywały rany, na własnych plecach nosiły do szpitali.

W czasie walk na Starówce „Pająk” i „Janka” dostały informację, że w ruinach przy Bielańskiej są ranni ich koledzy z Batalionu „Wigry”. Bez wahania zdecydowały pójść po nich. Trudno było się tam przebić, najgorszy był ostatni odcinek drogi. Teren w całości opanowany był przez Niemców, każdy ruch mógł zdekonspirować sanitariuszki, a to oznaczało śmierć. Czołgały się po gruzach, ledwie się przesuwając, bez słów wiedziały, co należy robić. Udało im się dotrzeć do zniszczonej piwnicy, a z niej na podwórko zasypane gruzem i żelastwem. Zobaczyły leżącego we krwi Edeka Kumineka „Kańskiego”, przyjaciela z oddziału. Na widok dziewcząt szepnął: – A jednak przyszłyście… W jego słowach poza bólem i strachem była wdzięczność, nie zawiódł się, przyszły go uratować – tak jak obiecały.

Prawdziwy egzamin z przyjaźni zdały po upadku Powstania na Starówce. Sanitariuszki dostały rozkaz, żeby razem z żołnierzami i służbami medycznymi przejść kanałami do Śródmieścia. Tam, podobnie jak w innych dzielnicach, Powstanie ciągle trwało, wszyscy zdolni do walki byli potrzebni. Najciężej ranni musieli jednak zostać, wśród nich przyjaciele z „Wigier”. Basia i „Janka” zwróciły się do dowódcy z prośbą, o możliwość pozostania przy rannych. Nie dostały zgody. Wtedy po raz pierwszy nie wykonały rozkazu – wróciły do szpitala, żeby dalej walczyć o życie swoich chłopców. Tym razem walkę przegrały, Niemcy wymordowali wszystkich rannych ze szpitala przy Długiej 7.

Tarcza przyjaźni

Basia i Janka ocalały, wyszły z Warszawy, ale ich piekło się nie skończyło. Najpierw przeszły przez obóz przejściowy w Pruszkowie, potem obóz pracy we Wrocławiu, z którego próbowały uciec. Pierwsza próba była nieudana, druga powiodła się. Musiały stoczyć jeszcze jeden bój o przetrwanie i tym razem wyszły z niego zwycięsko. Jeszcze zimą 1945 r. wróciły do Warszawy, miały tu do spełnienia ważną misję – odszukać ciała przyjaciół i pogrzebać je. Późną wiosną 1945 r. wzięły udział w ekshumacjach i pogrzebach przyjaciół z Batalionu „Wigry”. Zginęło tak wielu przyjaciół, one ocalały i wtedy zdały sobie sprawę, jak ważną tarczą była dla nich przyjaźń. Kiedy jedna z nich traciła wiarę i nadzieję, druga czuwała.

Reklama

Po wojnie razem pracowały w Biurze Odbudowy Stolicy, spędzały razem dużo czasu.

Później Janina Gruszczyńska-Jasiak zamieszkała w Poznaniu, Barbara Gancarczyk została w Warszawie. Odległość nie zmieniła ich relacji, odwiedzały się systematycznie, dom każdej z nich był otwarty dla przyjaciółki. W grudniu 1981 r. ogłoszony został stan wojenny. Zamarło życie, nieczynne były telefony. Zbliżały się urodziny i imieniny Janeczki. Basia zdecydowała się zrobić jej najpiękniejszy prezent, załatwia wszystkie konieczne pozwolenia i niezapowiedziana pojechała do Poznania.

Dzisiaj zdrowie nie pozwala im na podróże, ale na szczęście są telefony, które umożliwiają systematyczny kontakt.

– Czy teraz ludzie potrafią się tak przyjaźnić? Dawać wszystko, nie oczekując niczego. Troszczyć się o przyjaciela, nawet narażając własne życie – zastanawia się Barbara Gancarczyk.