Mariusz Nowik: Udało się ustalić tożsamość czterech kolejnych ofiar reżimu komunistycznego, żołnierzy podziemia rozstrzelanych i pochowanych na powązkowskiej "Łączce". To Tadeusz Pelak, Stanisław Kasznica, Bolesław Budelewski i Stanisław Abramowski. W sumie w toku prac ekshumacyjnych zidentyfikowaliście już siedem osób. W jakim stanie znajdujecie szczątki?

Dr Krzysztof Szwagrzyk: W różnym. "Łączka" to teren piaszczysty, gdzie teoretycznie szczątki powinny się dobrze zachować. Jednak tak nie jest. W niektórych przypadkach kości są w bardzo złym stanie, a poza tym w niektórych grobach stwierdziliśmy użycie środków chemicznych, prawdopodobnie wapna gaszonego. Te środki poczyniły dodatkowe zniszczenia. Za każdym razem do potrzeb identyfikacji szczątków pobieramy materiał genetyczny z dwóch miejsc - z zęba oraz kości długiej. I o ile z zęba raczej udaje nam się go pozyskać, o tyle czasem przy pobieraniu DNA z kości długich występuje spory problem. Od egzekucji i pochówków minęło już w wielu przypadkach ponad 60 lat i stan zachowania tych szczątków nie jest najlepszy.

Wspominał Pan, że część ofiar pochowano w niemieckich mundurach? Czemu to miało służyć? Zacieraniu śladów? Czy może upokorzeniu skazanych?

Jednym z powodów, dla którego tak postępowano, był czynnik ekonomiczny, który pozwalał na powtórne wykorzystanie więziennego drelichu. Jednak tym najważniejszym powodem była chęć pohańbienia ofiar. Proszę zwrócić uwagę, że ludzi z partyzanckiego oddziału majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory", których stracono razem z dowódcą, przebierano na czas procesu w mundury Wehrmachtu. Oni odpowiadali przed sądem, stojąc właśnie w tych mundurach. Następnie kazano im przebierać się w więzienne ubrania, a przed egzekucją ponownie założyć mundury Wehrmachtu. Mamy tu do czynienia z jaskrawym przypadkiem chęci odarcia tych ludzi z resztek godności. Trzeba wpaść na iście szatański pomysł, by żołnierzy, którzy przez lata walczyli z okupantem hitlerowskim, przebrać przed śmiercią w mundury znienawidzonej armii.

Major Dekutowski "Zapora", który dowodził całą antykomunistyczną partyzantką na Lubelszczyźnie, został stracony razem z porucznikiem Pelakiem, swoim żołnierzem. Skoro zidentyfikowaliście szczątki Tadeusza Pelaka, czy to znaczy, że znaleźliście również szczątki Hieronima Dekutowskiego?

Pewność będziemy mieli tylko w jednym przypadku - tylko wtedy, kiedy nasze naukowe przypuszczenia zostaną potwierdzone wynikami badań genetycznych. Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że w jednej jamie grobowej pochowano ośmiu mężczyzn - siedmiu ludzi prawdopodobnie wraz z Hieronimem Dekutowskim "Zaporą" i jednego więźnia, który zmarł dwa dni wcześniej. Ale to tylko nasze założenie badawcze. Na ile jest ono wiarygodne, o tym oczywiście przesądzą badania DNA. Można jednak powiedzieć, że jesteśmy blisko momentu, kiedy wszystkich ludzi z tej ośmioosobowej jamy grobowej uda nam się zidentyfikować. Potrzeba jednak na to czasu.

Z kolei podpułkownik Stanisław Kasznica, ostatni dowódca Narodowych Sił Zbrojnych, został stracony dwa tygodnie przez rotmistrzem Witoldem Pileckim. Czy to oznacza, że rotmistrz jest również pochowany na "Łączce"?

To bardzo silna przesłanka do wysnucia takiego wniosku. Skoro udało nam się tu odnaleźć i zidentyfikować szczątki pułkownika Kasznicy, to wierzę, że w nieodległym czasie uda się odnaleźć i zidentyfikować szczątki rotmistrza Pileckiego. Nie widzę powodu, aby w tamtych realiach 1948 roku komuniści zastosowali wobec rotmistrza jakąś specjalną procedurę. Dla nich osobą znacznie ważniejszą był wówczas Stanisław Kasznica, ostatni komendant główny Narodowych Sił Zbrojnych, Witold Pilecki w tamtejszych realiach był jednym z wielu skazanych przez władzę ludową. I to takich, którzy dla komunistów nie stanowili pierwszego szeregu. Dopiero nasza dzisiejsza wiedza sprawia, że wielkość rotmistrza pojmujemy inaczej niż pojmowali ją jego oprawcy.

117 ciał znaleziono do tej pory na "Łączce". Jak długo potrwają ekshumacje?

Drugi etap prac rusza w kwietniu. Chcemy pracować intensywnie cały miesiąc, mam nadzieję, że uda nam się zrealizować nasze zamierzenia. Jednocześnie cały czas trwają i trwać będą badania genetyczne i identyfikacja szczątków. Nie jestem w stanie określić, kiedy nadejdzie taki moment, że będziemy mogli powiedzieć, iż wszystkie ofiary komunizmu z Powązek zostały wydobyte i zidentyfikowane. W niektórych przypadkach - trzeba to sobie powiedzieć wprost - będziemy bezradni. Jeżeli ktoś nie miał rodzeństwa, nie zdążył założyć rodziny, to nie będziemy dysponować porównawczym materiałem genetycznym niezbędnym do jego identyfikacji.

Kolejny etap prac ekshumacyjnych to cmentarz na warszawskim Służewie, przy ulicy Wałbrzyskiej. Tam również chowano zamordowanych więźniów z Rakowieckiej i prawdopodobnie - jak wskazują relacje świadków - również niszczono zwłoki chemikaliami. Ile osób tam spodziewacie się znaleźć?

Służew to kolejne ogromne wyzwanie badawcze. Mamy świadomość, że po pierwsze - spoczywa tam kilkaset ofiar komunistów, a po drugie, że to "więzienne" pole cmentarne zostało w całości przykryte przez pochówki z lat 60. i 70. Odległości między tymi nagrobkami są czasem wręcz minimalne, często między dwa stojące obok siebie pomniki nie można nawet włożyć stopy. To wszystko sprawia, że do zadania, jakie stoi przed nami, podchodzimy z dużą pokorą. Wychodzimy jednak z założenia, że nie można prowadzić działań poszukiwawczych na Łączce, nie prowadząc jednocześnie poszukiwań na nekropoliach, gdzie wcześniej chowano więźniów, do wiosny 1948 roku - na cmentarzu przy Wałbrzyskiej czy na cmentarzu na Bródnie. Podejmiemy te działania, choć nie potrafię nawet w przybliżeniu określić, jakie będą efekty. Wiem jedno - że musimy je podjąć.

Dr Krzysztof Szwagrzyk - historyk, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, pełnomocnik prezesa IPN do spraw poszukiwania miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego. Prace ekshumacyjne, którymi kieruje, realizują wspólnie IPN, Rada Ochrony Miejsc Pamięci i Męczeństwa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.