Organizowaniem propagandy wojennej zajmowało się wiele instytucji: Biuro Propagandy Wewnętrznej przy prezydium Rady Ministrów, Sekcja Propagandy Obywatelskiej Komitetu Obrony Państwa, Biuro Propagandy Ligi Obrony Państwa, Komitet Obrony Kresów Wschodnich, Straż Kresowa, Oddział II Informacyjno-Prasowy Generalnego Inspektoratu Armii Ochotniczej oraz Centralny Komitet Propagandy. Ten ostatni odegrał szczególną rolę, gromadząc wybitnych literatów i artystów.

Reklama

Jednym z nich był Władysław Skoczylas, znakomity rzeźbiarz i grafik, znany między innymi z drzeworytów przedstawiających tatrzańskich zbójników, a także z ilustracji książek (m.in. „Elementarza” Falskiego). Charakterystycznym elementem jego stylu był budzący silne emocje kontrast kolorów czarnego, czerwonego i białego. W takiej właśnie konwencji powstał słynny plakat, przedstawiający Józefa Piłsudskiego jako obrońcę chrześcijaństwa na wzór Świętego Jerzego – jeden z ponad 40 z okresu wojny z bolszewikami.

W pracę nad plakatami oprócz Skoczylasa zaangażowało się też wielu innych, znanych artystów, takich jak Felicjan Szczęsny Kowarski, Kajetan Stefanowicz, Zygmunt Kamiński, Edmund Bartłomiejczyk czy Władysław Jarocki. Tworzyli oni głównie obrazy mobilizujące do walki oraz zachęcające Polaków do zakupu wojennych obligacji Pożyczki Odrodzenia Polski.

Ich młodszym, mniej znanym kolegom, przypadła nieco inna rola; mieli za zadanie maksymalnie zohydzić bolszewików i przerazić społeczeństwo perspektywą ich zwycięstwa nad Polską. Przywódców komunistycznej Rosji, takich jak Lew Trocki, przedstawiano więc w postaci diabłów, a żołnierzy Armii Czerwonej jako dziką i okrutną tłuszczę.

Im bliżej Warszawy były bolszewickie wojska, tym bardziej drastyczne obrazy tworzyli autorzy. Plakaty pokazujące brodzące we krwi monstrualne bestie, mówiące wprost o gwałceniu kobiet i zabijaniu dzieci, miały bardzo silny wpływ na mobilizację ochotników. Plakaty wieszano na murach, drzewach, w oknach wystawowych sklepów, obwożono samochodami i noszono w czasie patriotycznych demonstracji.

Ośrodkiem Centralnego Komitetu Propagandy był budynek Szkoły Sztuk Pięknych na warszawskim Powiślu. Plakaty drukowano głównie w stolicy, ale część powstała także w Toruniu, Łodzi i Lwowie. Ich największy zbiór znajduje się obecnie w warszawskim Muzeum Niepodległości.

embuk-importer

________________________________________________________________________________________

Byliśmy dumni sami z siebie i zadowoleni. Niestety! Radość nasza była tylko chwilowa… Na kule człowiek prędko obojętnieje

Władysław Kocot, 20-letni ochotnik z wojny polsko-bolszewickiej

Było to 14 sierpnia o godz. 7 rano. Na placu Traugutta w Cytadeli fasowaliśmy amunicję. Otrzymałem razem z kolegami 120 sztuk naboi, ale nie miałem gdzie ich schować, bo nie miałem jeszcze ani chlebaka, ani plecaka, koca i broni. Więc w ostatniej chwili zameldowałem o tym panu kapitanowi, dowódcy batalionu. A ponieważ był to człowiek morowy, więc natychmiast łapie starego kaprala, będącego przy biedce, czyli przy wózku sanitarnym, rozkazuje mu wydać mi karabin, bagnet, ładownicę, łopatkę, plecak i chlebak, nie pytając mi się wcale, dlaczego tego nie posiadam. Widocznie wystarczył mu widok mojej kokardy ochotniczej i krzyża harcerskiego, przypiętych na piersiach munduru. A może tak prosząco patrzyłem na niego?

Mając broń, rynsztunek żołnierski i pozwolenie pójścia na front jeszcze dziś, już o wszystko inne byłem spokojny, choć co prawda szkoła podoficerska, to znaczy kompania szkolna już mię nigdy nie widziała. Poza tym nie umiałem się jeszcze dostatecznie obchodzić z karabinem, bo nas dotąd tego jeszcze nie uczono. Dotychczas ciągle tylko formowano nowe kompanie i wysyłano na front. Nareszcie szedłem i ja na front! Pomimo iż nie mogłem jeszcze strzelać, a jednak w pochodzie przez ulice stolicy śpiewałem razem z kompanią na całe gardło!
Po stosunkowo krótkim pobycie w koszarach Cytadeli, bo jeszcze nie wszyscy żołnierze mogli się obchodzić z bronią, dnia 14 sierpnia batalion nasz wyruszył w pole. Skoro więc znaleźliśmy się za murami stolicy Warszawy, gdzie wzrok nasz mógł swobodnie bujać w przestrzeni widnokręgu, uczuliśmy się bardzo szczęśliwi! I błogo nam było w duszy! Każdy skwapliwie wciągał do płuc czyste powietrze, którego tak brakowało nam w koszarach Cytadeli. Po gościńcu prowadzącym z Warszawy do Rembertowa śmiało i raźno posuwał się nasz oddział z panem majorem na czele.

Byliśmy dumni sami z siebie i zadowoleni. Niestety! Radość nasza była tylko chwilowa. Bo oto, po kilkugodzinnym marszu, nagle w czasie odpoczynku usłyszeliśmy pierwszy huk armatni, który był zwiastunem, iż tak blisko jest nieprzyjaciel, o czym w koszarach dotąd nie wiedzieliśmy. Następnie usłyszeliśmy strzał drugi, trzeci, czwarty, dziesiąty. Już na odgłos pierwszego huku znikła w nas nagle ta wspaniała wesołość i radość, a na jej miejsce nastąpiły jakby: trwoga, smutek, lęk oraz złość na bolszewików, która przewyższyła i zagłuszyła pierwsze. Widok uciekinierów cywilnych i żołnierzy rozbitków naszych, ich opowiadania o niezwyciężonym nieprzyjacielu, o kozakach Budiennego, potęgował w nas trwogę. I gdyby nie spokojna twarz wodza naszego batalionu pana majora „białowąsa” (tak go nazywam, bo nie znam jego nazwiska, a miał jedną część wąsów białą, a drugą ciemną), to w szeregach naszych ogromna dezorganizacja zrodziłaby się w jednej chwili. On właśnie jeden nie upadł na duchu ani chwili, ni odrobiny i z dawnym spokojem prowadził swój batalion na wschód, właśnie tam, gdzie było widać rozrywające się szrapnele w powietrzu. On „białowąs”, jadąc na czele batalionu, wyglądał jakby szydził z baciuchów (bolszewików – przyp. red.) i jakby wprost już wzywał ich do walki.

Z dnia 14 sierpnia na 15 noc wypadła nam jeszcze w Rembertowie. Dnia 15 sierpnia raniusieńko batalion nasz gotowy oczekiwał na rozkaz wyruszenia ku okopom. W oczekiwaniu tym, w pogotowiu ostrym zeszedł nam jeszcze cały dzień 15 sierpnia. Broń była złożona w kozły, a żołnierze odpoczywali i każdy przygotowywał się do bitwy. A bitwa wrzała w całej pełni na naszym odcinku. Przez cały dzień atakowali bolszewicy, a nasi ich odpierali. My słysząc ten grzmot strzelaniny na całym froncie, byliśmy posępni, zamyśleni.
Nastąpiło ogólne pisanie listów: do rodziny, kuzynów i znajomych. U niejednego piszącego można było zauważyć i łzy w oczach, a niejeden i rozpłakał się jak dziecko, bo zaprawdę i był jeszcze dzieckiem, bo był 16-, 15-, a nawet 14-letni chłopak, który najczęściej uciekł po kryjomu z domu, bez wiedzy i zezwolenia rodziców, aby wstąpić do wojska polskiego jako ochotnik. Tu i ówdzie było widać żołnierzy modlących się, nawet na kolanach, na murawie polanki i proszących Boga, aby Ten dozwolił im jeszcze powrócić do stron rodzinnych, do rodzinnego domu. Ale spotkałeś tam i starych bywalców wojennych, którzy na widok modlących się młodszych kolegów śmiali się z nich, szydzili, przeszkadzali w modlitwie, a nawet po swojemu głośno przeklinali i bluźnili.

Sam czułem się jakoś dziwnie i nieswojo. Ciałem byłem w Rembertowie, ale myślą i duchem we wsi rodzinnej Szczeglinie, w domu, to znów w szkole w Pułtusku i w niedalekich okopach. Tego dnia napisałem dwa listy: jeden do domu, a drugi do pani Rosnowskiej Julii, mojej wychowawczyni seminaryjnej. Myśli moje z błyskawiczną szybkością przelatywały po głowie, a w wyobraźni zmieniały się ciągle obrazy. Czasami staje mi przed oczyma duszy cała rodzina, szkoła, a w niej koledzy, koleżanki, a nawet wśród nich widzę samego siebie. Słyszę rozmowę, widzę to, czuję. Staram się z tego otrząsnąć i tu napotykam opór, bo im więcej staram się pozbyć tych myśli, to tym więcej one mnie napastują i coraz stają się natrętniejsze. Spędziłem tak cały dzień.

Reklama

Pod wieczór nagle rozbrzmiewa głos dowódcy batalionu: „Do broni”. Wtedy wszystka wiara zrywa się na równe nogi, wkłada rynsztunek i jak jeden mąż staje w szeregu. Dowódca jeszcze raz robi przegląd, jakby chciał przyjrzeć się każdemu, napatrzeć, ustawia nas kompaniami i już wiedzie ku okopom. Słońce już zaszło, ściemnia się. Idziemy naprzód. W czasie skradania się ku okopom byłem nadzwyczaj wesoły. Sam się dziwiłem temu i zupełnie nie mogłem odgadnąć, czemu mam przypisać tę wesołość. Bo moi koledzy, zwłaszcza młodzi ochotnicy idący obok mnie, szli ze spuszczonymi głowami, smutni. Jeden nawet powiedział, że się boi, za co go wyśmiałem.

Później gdy zastanowiłem się nad tą wesołością, to doszedłem do przekonania, iż ta odwaga chyba była mi udzielona przez samego pana majora. On właśnie swoim zachowaniem się wywarł na mnie tę równowagę ducha. Był to stary żołnierz i zasłużony w bojach z wojny bolszewickiej i światowej. Otóż i tej nocy pomimo, że bolszewicy przypuścili atak na każdym odcinku przed nami, gdzie w tej chwili słychać piekielny hałas, wrzask ludzi, strzelaninę i świst kul, co na każdym żołnierzu nowicjuszu wywiera wrażenie strachu, to on jeden zawsze spokojny, poważny, siedząc na białym jak mleko koniu, objeżdża batalion, dodając żołnierzom męstwa i swą cichą, a spokojną komendą, zmienia szyki. Wszędzie jest. Raz jedzie przodem, drugi raz zjawi się jak duch z tyłu, to znowu wydaje poszczególnym oficerom rozkazy, a często, gdy zatrzymamy się na chwilę, nawet rozmawia z szeregowcami. Na wszystko wokoło zwraca baczną uwagę. Jest odważny, ale i przezorny.

Gdy już odległość pomiędzy nami a okopami wynosiła około pół kilometra, wtenczas zatrzymał oddział, dał nam kilka minut wypoczynku i wydał ostatnie przed bitwą rozkazy. Przede wszystkim rozkazał naładować broń i nie palić papierosów. Sam zaś oddał ordynansowi swego wiernego, białego towarzysza i cichaczem ruszyliśmy naprzód. Już, już dochodzimy do ognistego koła, otaczającego nasze okopy. Już huk naszej artylerii ogłusza nas na dobre, a kule karabinów maszynowych wypuszczone przez nieprzyjaciół, zbłąkane trafiają w nasze szeregi. Nieraz tak blisko bzyknie ci koło uszu, iż myślisz przez mgnienie oka, że cię trafiła. Wtedy dreszczem zostaniesz przeszyły od stóp do głowy.

Jednak na kule człowiek prędko obojętnieje. Większe wrażenie od kuli czyni widok pierwszego trupa na froncie. Oto po opuszczeniu ostatniej wioski przed samymi okopami przechodząc, nagle pod nogami ujrzałem trupa żołnierza, zabitego może temu cztery godziny, gdyż dziś przed wieczorem bolszewicy zrobili wypad, przerwali na tym odcinku front, a później zostali odparci z powrotem. Żołnierz ten leżał odarty z odzienia. Był w bieliźnie. Zrobili to bolszewicy. Tak oni postępują z trupami i niewolnikami, których odzierają do bielizny. Trup ten wywarł na mnie wrażenie okropne!

W jednej chwili poznałem okropności wojny, choćby tylko patrząc na tego trupa leżącego na gościńcu i tratowanego przez przechodzących żołnierzy, konie i wozy. Po ominięciu trupa i po dojściu do równowagi zawołałem w duchu: żołnierzu, za co cię tak Pan Bóg ukarał surowo! Nie dosyć, żeś padł ofiarą dla Ojczyzny, to jeszcze po śmierci jesteś tratowany przez konie i ludzi? Za jaki to występek zostałeś ukarany żołnierzu, że nawet jednego człowieka nie znajdzie się w przechodniach, który by zlitował się nad twym ciałem, zatrzymał się na chwilę i usunął je na stronę? Nie żołnierzu! Ty spełniłeś tu tylko swoją chwalebną powinność względem Ojczyzny! Ty przez tę śmierć, którąś poniósł przy obronie granic Polski, właśnie zmazałeś swe grzechy. Ty jesteś teraz czysty i niewinny jak lilie wodne. Teraz nikt ci nie ma nic do zarzucenia. Żołnierzu! Jednak żal mi cię bardzo! Choć sam nie wiem, jak mi przyjdzie zakończyć. Dziś to tylko mogę ci powiedzieć: „Ty coś walczył dla idei, chwała ci”, po wszystkie wieki!

Dumania te zostały przerwane cichą komendą, ale stanowczą: „w tyraliery”. Rozkaz wykonany. Rozsypaliśmy się w tyralierkę i na całej linii posuwamy się jednocześnie. Wiele trudności sprawiało nam to zajmowanie okopów, gdyż ogień był otwarty w całej pełni i z tego powodu co chwila musieliśmy padać na ziemię. Po bardzo mozolnym przedzieraniu się, w końcu zajęliśmy okopy. Uszczęśliwieni byli tym przybyciem nasi koledzy – żołnierze, którzy już od dłuższego czasu wytężali wszystkie siły dla odparcia wroga. Nawet samo przybycie nasze wiele dodało im odwagi i ducha. Otóż jesteśmy w okopach! ©℗

Nastąpiło ogólne pisanie listów: do rodziny, kuzynów i znajomych. U niejednego piszącego można było zauważyć i łzy w oczach, a niejeden i rozpłakał się jak dziecko, bo zaprawdę i był jeszcze dzieckiem, bo był 16-, 15-, a nawet 14-letni chłopak, który najczęściej uciekł po kryjomu z domu, bez wiedzy i zezwolenia rodziców, aby wstąpić do wojska polskiego jako ochotnik

________________________________________________________________________________________

Zwycięstwo było nam pisane

ppor. Bronisław Wojciechowski, uczestnik bitwy pod Komarowem

Zwycięstwo było nam w tym dniu pisane. Zwiastowało nam o tym nasze przeczucie własne, tajemne. Zwiastowały działa nasze, które grzmiały jakoś więcej tryumfalnie niż dni ubiegłych. Zwiastowały dzwony zwycięstwo co biły w kościele pobliskim, gdzie przed godziną ksiądz z monstrancją błogosławił nas, jadących na bój śmiertelny. Klęczeli wieśniacy przed chatami błagając Pana Zastępów o zwycięstwo dla braci, szlochały kobiety, wyciągające ręce ku niebiosom i żegnając nas pobożnym „Boże błogosław”, kiedyśmy w pędzie już bitewnym gnali za wrogiem. A słońce jasne i piękne po raz pierwszy od dni wielu uśmiechało się ku nam w tysięcznych blaskach i wzniecało pełną radość życia”. ©℗

Wiedziałem, że nie ustąpią żywi z placu

major Stefan Dembiński, dowódca 9. Pułku Ułanów podczas walk z Armią Konną Siemiona Budionnego

Kryzys osiągnął swój szczyt. Dowódca brygady wraz z rotmistrzem Morawskim kierują sami ogniem baterii. Artylerzyści z oparzonymi rękami obsługują działa, obok istna reduta karabinów maszynowych zieje żywym ogniem wprost przed siebie na wschodnią część Wolicy Śniatyckiej. Tam właśnie ześrodkowało się natarcie nieprzyjacielskie, szukające naszego skrzydła. Na szczęście bagnista łączka uniemożliwiała szybkie posuwanie się w konnym szyku. Ześrodkowany ogień zmusił nieprzyjaciela do szukania zasłony poza domami wsi. Na przedpolu kotłuje się nadal. Nie rozumiesz kto kogo bije, kto zwycięża, ale każdy doświadczony żołnierz czuje, że długo nie trzeba będzie czekać na załamanie – musi ono nastąpić lada chwila. Zdawałem sobie sprawę, że pułk poniósł bardzo ciężkie straty, że napięcie nerwowe jest ogromne, że jeżeli nastąpi załamanie i odwrót, to będzie on ucieczką, której się nie da tak łatwo opanować. Potrzebne będą do tego świeże oddziały. Osobiście nie miałem już żadnych odwodów, a zatem straciłem możność interwencji. Znając swoich oficerów wiedziałem, że nie ustąpią żywi z placu; dalsza ingerencja w walkę była bezcelowa. Doskoczyłem więc do moich karabinów maszynowych, zsiadłem ze swojej broczącej krwią kasztanki i postanowiłem tu pozostać dla zorganizowania ewentualnej osłony odwrotu. Do załamania szczęśliwie nie doszło. (…)

Po kilku godzinach przerwy bolszewicy podejmują nowy atak. W ostatnich blaskach zachodzącego słońca migotały krzywe szable, łopotały czerwone chorągwie, a groźne krzyki i dzikie wycia rozdzierały powietrze. Obraz mrożący krew w żyłach. Nie było innego wyjścia, jak tylko zawrócić całą brygadą i szarżować. Wszyscy czuli to instynktownie, nikt nie czekał na rozkazy. Wszystkie karabiny maszynowe wytrysnęły na grzbiet wzgórza, które panowało nad całą okolicą i otworzyły ogień. Artyleria odprzodkowała i już widać było w zapadającym zmroku błyski jej wystrzałów. 9 Pułk Ułanów, który maszerując na ogonie kolumny był najbardziej narażony, dosiadł natychmiast koni. Padły ostre słowa komendy. Oficerowie z dobytymi szablami wyskoczyli przed front oddziałów. Za ich przykładem pułk ruszył w stronę przeciwnika, najpierw stępem, rozmyślnie szanując swoje konie, by w ostatniej fazie szarży wszystko z nich wydobyć. W międzyczasie nasze karabiny maszynowe zbierały krwawe żniwo. Nieprzyjaciel natychmiast zwolnił tempo.