To były dwa lata w piekle. W dniu ostatecznego zerwania rozmów o koalicji PO - PiS pojawił się nowy język, inne reguły, niesłychana brutalność, nieznana do tej pory Polakom. Nieznana nawet w czasach, gdy "Solidarność" ścierała się z postkomuną, gdy AWS odbijała państwo zawłaszczone przez SLD, a potem SLD piętnował partyjniactwo i nieudolność AWS. Nawet wtedy, kiedy walił się przeżarty korupcją gmach zbudowany przez Leszka Millera.
Można się dziś zastanawiać, na ile były to emocje niekontrolowane - mieliśmy do czynienia z kłótnią w jednej solidarnościowej rodzinie - a na ile obie strony - Jarosław Kaczyński i Donald Tusk - świadomie dociskały pedał gazu, bo gorączka miała być zaczynem nowego podziału sceny. Dla nas była to jednak wojna domowa. Na dokładkę nasze temperamenty nie pasują do chwytania za broń, stawania w karnym szeregu, udziału w marszach, skrzykiwaniu się w karne ekspedycje. Wydaje się nam to sprzeczne z dziennikarskim powołaniem.
Perspektywa okopu
Nasz problem był inny: jak to wszystko opisywać? Pytaliśmy o to sami siebie każdego dnia, z przerażeniem obserwując narastającą irracjonalną agresję polityków i - niestety, bo to znacznie gorsze - zaangażowanych politycznie dziennikarzy, intelektualistów, ludzi chcących uchodzić za autorytety opisujące świat z lotu ptaka. Niestety, lot ptaka był zmieniany coraz częściej na perspektywę bitewnego okopu.
Nasza odpowiedź na pytanie, co pisać, jak przemawiać, była prosta, wręcz banalna i już na starcie skazująca nas na porażkę: uciekać od narzucanych przez polityków języka skrajności i logiki konfliktu. Najcelniej ujął to wtedy naczelny DZIENNIKA Robert Krasowski: ani PO nie jest czystym dobrem, ani PiS samym złem - i odwrotnie. Inaczej wybrać nie mogliśmy. Bywały w czasie tych dwóch lat momenty, kiedy największym nonkonformizmem była merytoryczna krytyka tego rządu, pozbawiona wszakże fałszu propagandowych ostrzeżeń o rzekomo zagrożonej demokracji.
Ale gdy spoglądamy wstecz, nie to jest najgorsze. Najstraszliwsze jest, że nie spełniły się zaklęcia Ryszarda Bugaja, który jakiś czas temu na łamach DZIENNIKA apelował, by "ofiarą walki o władzę nie stały się wartości, które powinny być fundamentem polskiej wspólnoty". Niestety - za późno. Dlatego ta kampania jest zupełnie inna niż poprzednie.
Dwie kampanie
W świecie wykreowanym przez reklamówki PiS jest wyidealizowany premier, twórca polskiego cudu gospodarczego i ludzie z towarzystwa wystraszeni tym, że Kaczyński i Ziobro nie pozwalają im już brać łapówek. Nie znajdziemy tam Stoczni Gdańskiej i Stoczni Gdynia źle kierowanych przez politycznych nominatów PiS, nie znajdziemy nędzy publicznej telewizji przechwyconej i krzepko trzymanej przez jedną partię, nie znajdziemy ślamazarności w pracach nad reformą finansów publicznych ani wątpliwości opozycji co do intencji prokuratorów podobno manipulujących niektórymi śledztwami. I to normalne. To nie opozycja, ale partia rządząca recenzuje siebie samą w tych reklamówkach. Ma się poddawać samokrytyce?
Wzywać do głosowania na kogoś innego?
Ze spotów Platformy Obywatelskiej dowiadujemy się z kolei o ruinie kraju, o bankrutujących szpitalach, o Polakach uciekających przed złymi Kaczorami do Irlandii i o prezydencie Lechu Kaczyńskim wycofującym funkcjonariuszy CBA z willi oligarchy. Nie znajdziemy tam ani przyrostu pieniędzy na płace tychże lekarzy w ostatnich dwóch latach, ani informacji, że bezwzględność wobec łapówkarzy zmieniła klimat wokół korupcji (przyznają to w prywatnych rozmowach nawet co mniej zacietrzewieni zwolennicy PO). I znów - to naturalne. Opozycja nie jest od tego, żeby wyważać racje i dokonywać uczciwych bilansów, ale żeby dzielić włos na czworo.
W tym nie ma więc akurat niczego nowego. Zaryzykujemy jednak twierdzenie: te wszystkie spoty i kontrspoty, billboardy i kontrbillboardy to jedynie drobna część emocji, jakie towarzyszą obecnemu wyborczemu starciu. Emocje były raczej wyznaczane przez bombastyczne oświadczenia prawników i biznesmenów oburzonych tym, że premier ich krytykuje, i gestami profesorów wyższych uczelni, którzy formalnie walczyli z ustawą lustracyjną uchwaloną również głosami PO, ale nieustannie powtarzali, że są przeciwko "państwu PiS". Te emocje były podsycane przez czołowych telewizyjnych publicystów, którzy nieustannie zapominali o roli moderatorów debaty, aby otwarcie angażować się po stronie opozycji, więcej, besztać tę opozycję, że jest zbyt nijaka, zanadto mięczacka. One były uosabiane przez pisarkę Manuelę Gretkowską, która podczas jazdy samochodem była przekonana, że ścigają ją siepacze Kaczyńskich, choć jechał za nią tylko uprzejmy kierowca chcący jej zwrócić uwagę na stłuczone światło.
To wszystko działo się wcześniej. Ale przecież kampania, którą nazwaliśmy na wstępie "piekłem", trwa tak naprawdę przez ostatnie dwa lata. Może nawet temperatura politycznych namiętności sprzed pół roku była dużo większa niż ta, które ma wykrzesać z wyborców obecna kampania - pełna mocnych słów, a jednak niemrawa, bo przecież wszystko powiedziano już wcześniej i to po wiele razy.
Wykształciuchy na ulice!
Czy opisujemy w tym momencie potężne emocje społeczne?
Tak - jeśli mierzyć je natężeniem internetowych pyskówek, choć przecież w internecie debatuje i obrzuca się błotem zawsze mniejszość. Tak - jeśli ich wyznacznikiem ma być wewnętrzna polaryzacja poszczególnych środowisk, ostrość podziałów także w poprzek rodzin czy przyjacielskich grup.
Nie - jeśliby przez moment traktować serio gromkie wezwania wicenaczelnego "Gazety Wyborczej" Piotra Pacewicza, aby niezadowolony lud wyszedł wreszcie na ulice. Lud naturalnie nie wychodzi. Manifestacje wykształciuchów to uliczne zloty redaktora Pacewicza i jego kilkudziesięciu przyjaciół i wielbicieli. Kataklizm buzuje jedynie w głowach najbardziej wojowniczych przedstawicieli elit. To oni witają się radosnym: "ty jesteś z układu, ja też jestem z układu". To oni schlebiają sobie nawzajem figlarnie epitetami zaczerpniętymi z arsenału propagandowego języka PiS. Nie ożywią w ten sposób, nie zelektryzują milionów. Nie będzie powtórki choćby z Węgier, gdzie opozycja, akurat prawicowa, była w stanie wyprowadzić na ulice demonstrantów przeciwko paru słowom wypowiedzianym przez socjalistycznego premiera.
W cieniu Wielkiego Brata
Nie oznacza to jednak, że ta święta wojna elit (dla porządku poprawmy - części elit, nawet jeśli ważnej) nie ma żadnego znaczenia. Oto tuż przed wyborami pojawił się na rynku zbiór fundamentalnych tekstów dwóch publicystów "Polityki" Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego. Aż trudno uwierzyć, ale ci utalentowani autorzy przez długie miesiące serwowali swoim czytelnikom tydzień w tydzień sążniste teksty poświęcone jednemu tematowi: Prawu i Sprawiedliwości oraz Kaczyńskiemu.
Analizowali kropka po kropce język PiS. Osobowość Kaczyńskiego, to, co uważają za mechanizmy sprawowanej przez niego władzy. Janicki i Władyka zawiesili na ten czas zainteresowanie wszelkimi innymi zakamarkami rzeczywistości. A wraz z nimi ich tygodnik, bo umieszczał te teksty na poczesnym miejscu, a przecież mimo to pół tuzina innych publicystów "Polityki" - Janina Paradowska, Jacek Żakowski i wielu mniej znanych - też zajmowało się tylko jednym: wyszydzaniem PiS i Kaczyńskich, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu.
Ten zbiór artykułów to z jednej strony, zapewne wbrew intencji, pomnik wystawiony liderowi PiS. "Jarosław Kaczyński jest dziś najsilniejszym politykiem w Polsce, to on układa politycznego pasjansa" - ogłaszali Janicki i Władyka w grudniu 2005 roku w czasie, gdy bohater tych słów szamotał się z rządem mniejszościowym, nie wiedział, w którą stronę pójść, i badał na oślep polityczne możliwości i rzeczywistość. Tej diagnozie obaj publicyści pozostali wierni, a wraz z nimi dziesiątki bardziej poślednich autorów, komentatorów i analityków.
Z drugiej strony ten zbiór jest znakomitym świadectwem obsesji "antykaczystowskiej inteligencji". Począwszy od tytułu. Przecież "Cień Wielkiego Brata", oczywiste nawiązanie do demonicznej wizji Orwella, opatrzone wielką twarzą obecnego premiera, niestety bez wąsów, więcej mówi o autorach takich metafor niż o naturze rządów PiS. Ludzie, którzy zmagają się z wykreowanym przez siebie fantomem Wielkiego Brata, muszą przyznać sobie prawo do najmocniejszych słów, najbardziej katastroficznych zapowiedzi, najbardziej nieprawdopodobnych przypuszczeń. Więc Janicki i Władyka korzystali z tego prawa obficie. Nie oni jedni.
Media w roli opozycji
Rzecz w tym, że to, co w subtelnym stylu wykładali przez ostatnie dwa lata publicyści "Polityki", wylewało się już w zwulgaryzowanym wydaniu ze stron większości gazet, z większości programów w komercyjnych telewizjach, także z oświadczeń środowisk, których - myślimy tu na przykład o prawnikach czy profesorach wyższych uczelni - wcześniej nic nie było w stanie wytrącić ze stanu obywatelskiego letargu, łącznie z korupcyjnymi zapustami rządów lewicy.
Wszyscy ci ludzie mieli oczywiście święte prawo do manifestowania swoich przekonań. Tyle że traktując Kaczyńskich zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie rządzące ekipy, wszystkich innych uczestników życia publicznego, popsuli stan publicznej debaty i ujawnili coś, co zawsze wydaje się postronnym obserwatorom podejrzane: własne złe emocje.
Robert Mazurek stawiał już na początku mijającej kadencji PiS-owskich rządów tezę, że media wzięły na siebie w dużej mierze funkcję opozycji. Janicki i Władyka odnieśli się do tego problemu w jednym ze swoich tekstów. "Media w sposób naturalny są opozycją osobną, niezwiązaną z partiami politycznymi, ale ostrą i wyrazistą". Okładka ostatniej "Polityki" dopingująca do boju Donalda Tuska, a i tekst Paradowskiej udzielającej mu rad, jak ma walczyć z PiS, to zabawna puenta dla tej pięknie brzmiącej deklaracji. Ciekawe, jaką to "niezwiązaną z partiami politycznymi" opozycję będą uprawiać Janicki i Władyka, gdy po wyborach doczekamy się rządów marzeń tygodnika "Polityka" - koalicji PO - LiD.
W tezie Mazurka zawarta była przygana do opozycji, zbyt miękkiej i biernej wobec PiS-owskiego projektu IV RP. Była to przygana na wyrost, zwłaszcza jeśli wojowniczość PO i lewicy mierzyć ostrością sformułowań, a nie siłą własnych pomysłów czy projektów ustaw. Niemniej jeśli media rzeczywiście stały się bardziej agresywne od polityków opozycyjnych partii, a tak jest chyba do dziś, to z wszelkimi konsekwencjami.
Skleroza czy manipulacja?
Pierwszą konsekwencją jest zanik resztek wspólnego języka, gdy przychodzi wyznaczać jakiekolwiek wspólne standardy. Nie były one nigdy mocną stroną naszego życia publicznego. Ale dziś nie ma już nawet hipokryzji, która bywa przecież hołdem składanym cnocie. Warto przy okazji kłopotów Aleksandra Kwaśniewskiego z wizerunkiem zadać retoryczne pytanie: co by się działo, jak zachowywałyby się media, gdyby w takim stanie jak były prezydent pojawił się publicznie któryś z braci Kaczyńskich. Przecież przedmiotem poważnych wielotygodniowych debat stawały się brudne buty prezydenta albo reklamówka przyniesiona mu przez żonę do samolotu. Na problemy Kwaśniewskiego także gazety uważane za antylewicowe reagują co najwyżej pytaniami pełnymi powściągliwego zażenowania. Dowcipni didżeje komercyjnych stacji radiowych nagle przestają być dowcipni. Dyżurni satyrycy tracą poczucie humoru. Trzeba je przecież zachować na braci Kaczyńskich i ich śmieszną partyjkę.
Jest i konsekwencja poważniejsza: wszelkiego typu debaty, wymiany opinii, ba, nawet proste informacje przestają mieć cokolwiek wspólnego z meritum. Dziś antypisowscy komentatorzy użalają się, pewnie słusznie, nad losem byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza wyplutego przez własny obóz. Trudno jednak zapomnieć ostrzał, jakiemu poddano jego rząd niemal od pierwszych godzin urzędowania - gdy był to gabinet złożony w znacznej mierze z ludzi bliskich PO, bez populistycznych koalicjantów i bez obciążeń późniejszymi wydarzeniami. Przykład pierwszy z brzegu: debiutująca ekipa chce podnieść akcyzę na paliwa. Natychmiast chór dziennikarzy zaczyna narzekać na zwiększanie fiskalnych obciążeń. Marcinkiewicz rezygnuje z podwyżki. Ci sami krytycy bez zmrużenia oka zachodzą go z drugiej strony, teraz poręcznym narzędziem będzie troska o domknięcie się budżetu. Powiedzieć można wszystko: słuchacze, widzowie, czytelnicy mają przecież - choć pozornie - słabą pamięć.
Na użytek nieustającego alertu budowano całe polityczne teorie. Oto jeden z komentatorów odkrył, że politykom władzy wolno mówić mniej niż politykom opozycji, bo przecież są władzą. To, że premier jest równocześnie liderem partii, która będzie chciała wygrać następne wybory, jest tu bez znaczenia. Opozycja ma prawo krytykować rządzących, rządzący nie mają prawa krytykować opozycji. Cała masa publicystów wysiłki PiS, aby sformować rząd większościowy, kwitowała przerażonymi okrzykami, że oto "Kaczyńscy chcą pełni władzy". Takiej pełni władzy - dodajmy - jaką mają szefowie jednopartyjnych i obsadzających wszystkie funkcje politykami swoich partii szefowie rządów Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Włoch. Niejednokrotnie słyszeliśmy narzekania, że nigdy w Polsce nie było takiej koncentracji politycznej siły w jednych rękach, no bo kto słyszał, żeby i premier, i prezydent z jednej byli opcji. A lata po 1995 roku? A czas po roku 2001? Skleroza czy manipulacja?
A może celowy zabieg? Bo bardzo istotną rolę w tej manipulacji odgrywało założenie, że dyskutując o dniu dzisiejszym, nie należy sięgać do przeszłości, nawet tej nieodłeglej. Jeśli ktoś przypominał, że zawłaszczanie mediów publicznych przez polityków nie zaczęło się za Kaczyńskich, że przez siedem lat TVP była niepodzielnym księstwem SLD, z którego wykurzono wielu niepokornych dziennikarzy, zyskiwał natychmiast etykietę obrońcy kaczyzmu, choćby miał jednoznaczne stanowisko wobec tego, co zrobili z TVP Elżbieta Kruk pospołu z Andrzejem Urbańskim. A przecież to przypomnienie było ważne nie dlatego, że zapewniało alibi łapczywie wyciągającym ręce po media funkcjonariuszom PiS. Było ważne jako odpowiedź na tezę, że w Polsce dzieje się coś straszliwego i niepowtarzalnego, zasługującego na miano "zamachu na demokrację" (a w ujęciu nieocenionego Waldemara Kuczyńskiego na miano "dyktatury"). Skoro tak - dlaczego nie bito na alarm wcześniej albo ograniczano się do bladych narzekań? Standardy powinny być uniwersalne. Albo nie warto się do nich odwoływać w ogóle.
Logika upiornego meczu
To wszystko razem przypominało upiorny mecz. Wzorzec odnajdujemy zresztą w "Dzienniku 1954" Leopolda Tyrmanda. W Warszawie czasów stalinowskich odbywało się futbolowe spotkanie ZSRR - Polska. Sędzią w meczu był... obywatel Związku Radzieckiego, który robił wszystko, aby jego drużyna odniosła zwycięstwo. Dyktował niesłuszne rzuty karne, pokazywał Polakom czerwone kartki. Proszę zajrzeć do tej książki i sprawdzić, jakim rezultatem zakończyło się to spotkanie.
Obserwujący taką rozgrywkę Polacy szybko przestali oceniać klasę obu drużyn. Czy trudno się dziwić, że obecna kampania jest podwójnie mniej merytoryczna niż każda inna. To prawda, skądinąd współczesne wyborcze starcia z reguły mają w sobie więcej spektaklu niż solennej debaty o faktach. Tym razem jednak samo poszukiwanie faktów jest dla wyborcy więcej niż trudne. To tak, jakby prosić owego radzieckiego sędziego, aby dzielił się z obserwującymi mecz widzami swoją fachową wiedzą o piłkarskich przepisach.
Najlepsi ludzie Kaczyńskiego
Równocześnie zaś najbardziej bezwzględni organizatorzy antykaczystowskiego frontu, ludzie gotowi maszerować z Piotrem Pacewiczem w marszach wykształciuchów (albo przynajmniej zagrzewać do maszerowania) okazali się... najbardziej wypróbowanym i wiernym wojskiem Jarosława Kaczyńskiego.
Można podejrzewać, że większość Polaków nigdy nie sięgnie po publikację Janickiego i Władyki. Ale usłyszy tezy zawarte w tej książce w ich uproszczonej wersji i zderzy z rzeczywistością. Jest wiele powodów, dla których PiS, zapędzony do narożnika, skompromitowany zarówno koalicją z LPR i Samoobroną, jak i gwałtownym końcem tej koalicji, odzyskuje dziś poparcie. Widmo Wielkiego Brata zderzone z realnym wizerunkiem czasem rzeczywiście zręcznego, ale czasem bezradnego polityka, jakim jest obecny premier, to jedna z przyczyn. Trudno ocenić, jaką rolę w wyborczych decyzjach odgrywa przekora. Ale można podejrzewać, że nawet obojętny na uroki piłki, ba, niepowodowany polskim patriotyzmem widz z opowieści Tyrmanda stanąłby murem za biało-czerwonymi.
Lider PiS nie wymyślił swoich wrogów ani nie sterował na odległość ich aktywnością. Można nawet podejrzewać, że niektóre ich faule naprawdę go zabolały. Niemniej sam zrobił sporo, aby ani na moment nie zamilkli. Te jego wszystkie prowokacyjne wystąpienia, ataki na Trybunał Konstytucyjny, zanim wydał jakiekolwiek niepomyślne dla rządu orzeczenie, te wszystkie oracje o łże-elitach, te szpile wbijane w wykształciuchów cały czas podtrzymywały stan gorączki. Nie pozwalały, aby gombrowiczowska wojna na miny ustała chociaż na chwilę. Jeśli PiS pokona tak dziś dopingowaną przez tygodnik "Polityka" Platformę, ten sukces będzie miał wielu ojców. Także takich, którzy o takim dziecku wcale nie marzą.
Wojna na miny
Te dwa lata wojny na miny miały efekt uboczny, dobrze opisany przez politycznego wygnańca Jana Rokitę. Skoncentrowany na nieustannym drażnieniu straumatyzowanych elit Jarosław Kaczyński zajmował się głównie mówieniem. Choć polubił stanowisko premiera, samo rządzenie udało mu się gorzej. A własną partię przekształcił z ciekawego wielobarwnego środowiska w sprawną, ale bardzo toporną maszynę. Jej funkcjonariusze zdają egzamin w monotonnym powtarzaniu na wiele głosów komunikatów, które oburzą po raz setny Pacewicza. Słabiej wychodzi im reformowanie Polski. Realna IV RP składa się tak naprawdę wciąż głównie ze słów. Te słowa są znakomitym materiałem dla stu kolejnych rozprawek Janickiego i Władyki. Aż tyle. I tylko tyle.
Czy to pełna i sprawiedliwa ocena? Zapewne nie. Kaczyński zawdzięcza swój obecny relatywny sukces także temu, że postawił na porządku dziennym wiele tematów traktowanych przez III RP po macoszemu: korupcję i zbytnią miękkość wobec bandytów, lekceważenie polskiej tradycji narodowej czy brak dyscypliny w szkołach. W wielu wypadkach nie znalazł właściwych odpowiedzi, wiele innych dziedzin zaniedbał i troszczył się też nadmiernie o poszerzanie władztwa swojej partii.
Ale powodem tak wielkiej temperatury całej tej w istocie ideologicznej wojny jest alergia części polskich elit na tę tematykę. W pierwszym szeregu walki z PiS stanęli ci sami dziennikarze i intelektualiści, którzy uważali kilka lat temu patologie polskiego państwa za problem wydumany. Dziś radzą Platformie - odsyłam do wyborczego artykułu w "Polityce" - aby dla odniesienia wyborczego sukcesu szukała innych recept na te schorzenia. Mogę uwierzyć, że Donald Tusk czy Jarosław Gowin chcą takie recepty znaleźć. Ale ich niektórzy gorliwi obrońcy - już niekoniecznie.
Polska zasługuje zapewne na lepszy rząd. Ale zasługuje też na lepszych organizatorów publicznej debaty. Oto publicysta Piotr Najsztub opowiada na radiowej antenie TOK FM, że wziął zaświadczenie uprawniające do głosowania w innym okręgu niż ten, w którym jest zameldowany, by pojechać do Krakowa i zagłosować przeciwko Zbigniewowi Ziobrze.
W niektórych krajach dziennikarze nie unikają takich deklaracji. W Polsce tradycja jest inna, a dwuletnie pouczanie, ba, tropienie "dworskich dziennikarzy" powinno do czegoś zobowiązywać. Ale nawet gdyby deklaracje Najsztuba czy politycznie zaangażowana okładka "Polityki" były czymś normalnym, to i tak należałoby apelować: bądźcie przynajmniej zaangażowani mniej emocjonalnie. Bierzcie udział w życiu publicznym mądrzej. Politycy są w każdej chwili do demokratycznej wymiany. Z elitami dużo trudniej.