Na niedawnym półformalnym spotkaniu grona liberalnych ekonomistów warszawskich rozmowa zeszła na temat euro.
Trudno orzec, ale tak czy owak oczekiwałbym, by znani akademicy wykazali się ciut większą odwagą i szczerością. W końcu nie są politykami.
Ci bowiem swych prawdziwych poglądów nie tylko w tej sprawie nie chcą ujawnić za grosz. Liderzy PO powtarzają nam coś, w co sami chyba nie bardzo wierzą - że euro byłoby dla nas lekarstwem na kryzys, ale nawet jeśli więcej w tym propagandy, niż autentycznego przekonania, to przynajmniej przekaz jest jasny. Inaczej rzecz się ma z PiS. Może w 2015 roku albo w 2018, a może jeszcze później? W każdym razie za jakiś czas.
A poza tym tak, ale jednak najpierw trzeba Polaków spytać o zdanie. I jeszcze zagwarantować, że nikt nie będzie naszą walutą huśtać. No i zrobić coś, żeby nie podrożało. Wszystko to słuszne, tyle tylko, że taka ilość zastrzeżeń wzbudza podejrzenie, że delikwent tak naprawdę jest przeciw, lecz boi się do tego przyznać. Mało tego, potrafił on swego czasu głosić poglądy mocno niepopularne. Czemu nie potrafi i tym razem powiedzieć jasno: jestem przeciw? A może to nieprawda, może jest za, ale w takim razie czemu kręci? Odpowiedzią jest polityka, kalkulacje, chęć i poparcia Ojca Dyrektora, i zawojowania proeuropejskiego centrum. Jasne, ja to rozumiem, ale w sumie szkoda.
Lider opozycji często zżyma się, że dla PO polityka to nieustanne fajerwerki, propaganda i pic. Może, ale oni przynajmniej w tej sprawie są w stanie powiedzieć, czego chcą.