Kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, która właśnie dobiega końca była taka, jakiej się wszyscy spodziewali, a więc nijaka. Była to kampania słabych emocji, nudna i nieciekawa. Zresztą chyba nikt nie spodziewał się, że wniesie ona coś wartościowego do debaty publicznej lub, że dowiemy się dzięki niej czegoś ważnego na temat funkcjonowania Unii Europejskiej. A szkoda, bo była na to wielka szansa.

Reklama

Co mogło by ją wzbogacić i sprawić by była ciekawsza również dla milionów wyborców którzy zapowiadając w badaniach sondażowych, że w niedzielę zostaną w domach i nie zagłosują?

Kandydaci powinni więcej mówić wykorzystywaniu przez Polskę funduszy unijnych. Powinni tłumaczyć i spierać się o to, jak będzie to wyglądało w kolejnym rozdaniu budżetowym, mówić dlaczego będzie „tak mało”, lub „tak dużo” na daną dziedzinę. Tego zabrakło zupełnie.

Drugą sprawą, która podczas mijającej kampanii wyborczej nie była zbyt często podnoszona to sprawa dofinansowania z budżetu wielkich przedsiębiorstw przechodzących trudności i stojących na skraju upadłości, a więc zakładów Opla czy stoczni.

Trzecią sprawą jest oczywiście niemiecka polityka wobec Polski, ale nie w takim skrajnym wydaniu, w jakim jest ona rozgrywana i ustawiona przez naszych polityków. Nie chodzi o to, czy tak bardzo zagraża ona polskim interesom, by jak chce tego Jarosław Kaczyński, rząd twardo reagował na rezolucję CDU-CSU, ani o to, że „problemu nie ma”, jak próbuje to fałszywie przedstawiać rząd Donalda Tuska i politycy Platformy. Bo sprawa ta powinna być potraktowana zupełnie poważnie. Tymczasem nikt nie chciał odpowiedzieć na pytanie, co tak na prawdę oznacza ta rezolucja i zawarte w niej tezy i na ile fakt, że CDU-CSU zdominowała frakcję chadecką w europarlamencie przekłada się na ewentualne decyzje jakie będą tam podejmowane. A w konsekwencji również na los poszczególnych ludzi.

Jednak kampania wyborcza pokazała, że wydawało by się ważne problemy, zostały potraktowane bardzo powierzchownie, a emocje jakie w nich zostały uruchomione, nie przekładały się na konkretną treść. Oceniam, że najważniejsze partie, a więc PO, PiS i SLD nie były do nich w ogóle przygotowane merytorycznie, bo nie posiadają takiego zaplecza, które w krótkim czasie pozwalałoby im przygotować fachowe odpowiedzi na trudne pytania i problemy, a potem dobrze „sprzedać” je konsumentom mediów. Ten brak przygotowania jest najbardziej dojmujący, bo nie wierzę, w to, że nie są to nieciekawe tematy, którymi nikt by się nie zainteresował. Wręcz przeciwnie, ale dyskusja musiałaby zostać sprowadzona na poziom merytorycznych debat. Tymczasem, media przestały być areną takich sporów.

Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Między innymi dzieje się tak z winy samych polityków, którzy już dawno przestali używać mediów jako areny publicznej debaty, a uczynili je jedynie narzędziem doraźnych sporów, pyskówek, ataków. Przez to nikt nie miał możliwości dowiedzenia się tego, czy Polska ma jakieś ważne interesy narodowe w Europie? Jak będą one realizowane? Gdzie są szanse, trudności. Czy interesy narodowe będę dominowały, czy przeciwnie, będą się roztapiały w Unijnym tyglu?