ANNA WOJCIECHOWSKA: Który z graczy wygrał tę kampanię?
PAWEŁ ŚPIEWAK: Żaden. Wszyscy bowiem zrobili wszystko, żeby odepchnąć wyborców od urn i zniechęcić ich do udziału w wyborach.

Reklama

Czym konkretnie odstręczają od siebie?
Dokonało się to poprzez dwa posunięcia. Po pierwsze żadna z partii nie wyjaśniła swojej agendy. Niezależnie od tego, czy wybiorę PiS, czy PO, nie wiem, co wybieram konkretnie. Choćby namiastkowa dyskusja merytoryczna została przysłonięta wojną domową. Nie wiem, dlaczego w ogóle miałbym na kogoś głosować. Po drugie obie główne partie stworzyły obraz polityki jako mordobicia. Zapraszanie kogoś, żeby popierał jednego boksera przeciw drugiemu w sytuacji, kiedy wiadomo, że to nie jest ring bokserski, tylko pole walki o głosy, jest żenujące. Nie mam ochoty udzielać poparcia komuś tylko dlatego, że mocniej walnął.

Akademickie narzekanie, panie profesorze. Naprawdę wierzy pan, że merytoryczne spory o politykę europejską porwałyby ludzi? Może zrobienie z tego pola walki ringu jest jedyną szansą na podniesienie frekwencji?
Upieram się, że jest sposób na zmniejszenie. Nie chodzi mi o wielkie dyskusje, tylko choćby o minimalny element merytoryczny dla ludzi o ograniczonym pojęciu o kwestiach europejskich. Mam znajomych rolników i ich naprawdę interesują bardzo konkretne sprawy: dopłaty, kwestia euro. Ludzie są bardzo racjonalni w swoich zachowaniach życiowych. W tej kampanii zaś zostali potraktowani przez partie jak tępe żółwie, które nie za bardzo wiedzą, co się do nich mówi i będą na poziomie najprymitywniejszych emocji reagowały na to, co się mówi. To pierwsza kampania, w której tak jawnie i głęboko potraktowało się wyborców jak analfabetów. Do tej pory mówiliśmy o wkraczaniu w erę postpolityki. W tej kampanii jesteśmy naocznymi świadkami kompletnego jej zwycięstwa. To jest zaprzeczenie idei demokracji, bo w demokracji wygrywa w jakimś stopniu demagogia, namiętności, ale jednak pozostaje element racjonalnego wyboru. W tej kampanii go zabrakło.

PiS i PO na równi traktują wyborców jak debili?
Trudno oddzielić tę kampanię od wojny między tymi partiami przez ostatnie lata. Trudno więc powiedzieć, kto bardziej, kto mniej. Obie strony były bardzo agresywne. A symbolem tej agresji są obchody 4 czerwca. Podzielić Polskę tego dnia na dwie grupy, to jest naprawdę sztuka.

Postpolityka zakłada też sprzedawanie ludziom jakichś historii, które mają je porwać. Któraś z partii może się choć tu sukcesem pochwalić?
O to chodzi właśnie, że nie. Nie było nawet takiego minimum. Dlatego właśnie twierdzę z przekonaniem, że partie zrobiły wszystko, by odpędzić ludzi od urn.

Platforma próbowała budować przekaz, że warto tylko na nią głosować, bo ona jest w europarlamencie w największej grupie, a zatem będzie miała największy wpływ na interesy polskie. Przekonujące potencjalnie?
Nie, bo polscy deputowani mogą działać przez różne grupy równie skutecznie. Akurat dobrze, by Polacy byli obecni w różnych grupach. Muszą mieć dostęp do uszu, głów ludzi z różnych środowisk. Dlatego Jacek Saryusz-Wolski zasłaniający w tej kampanii usta teczką, by pokazać, że inni nie będą mieli głosu, tylko on będzie w stanie coś mądrego powiedzieć, a inni to szmaciarze, to cyrk. Można pogratulować tylko dobrego samopoczucia. Niczego więcej.

PiS z kolei w apogeum kampanii chwycił się przekazu: tylko my stoimy na straży polskich granic. Może być skuteczny?
Jest obraźliwy przede wszystkim. Straszenie Niemcem oczywiście wzbudza silne emocje. Ale bez przesady. To żałosna próba. Większość ludzi wie, że nie ma żadnego zagrożenia dla polskich granic. To przykład takiej jazdy po bandzie. Nie świadczy to, delikatnie mówiąc, o wielkim zrozumienie politycznym sytuacji przez Jarosława Kaczyńskiego.

Był jednak obecny mocno w kampanii motyw kryzysu? I tu już między dwoma partiami był wyraźny podział.
Tak, PiS od początku próbował grać na kryzysie. Tyle że nie jest tak, że duża grupa ludzi w Polsce czuje ten kryzys w sposób intensywny. To nie jest jakiś fakt dla większości wyborców w Polsce. Boimy się owszem, co będzie ale nie co jest.

Można w ogóle wskazać jakiś przełomowy punkt w kampanii?
Nie. Miało być nim nadzwyczajne wystąpienie prezydenta w Sejmie. Ale ono zostało spolityzowane, pozbawione treści. Nawet jeśli prezydent miał rację, to i tak wszyscy mówią tylko o tym, że prezydent mówił przeciwko Tuskowi, a Tusk przeciwko prezydentowi. Nikt się nie interesował, kto miał rację.

Najbrudniejszy chwyt w tej kampanii?
Mnie osobiście te pierwsze spoty PiS wyjątkowo się nie podobały. Czysty negatywizm.

Ten negatywizm w wykonaniu PiS i PO to szansa w przyszłości na wybicie się dla innych graczy?
Wszystko wskazuje, że jednak dla lewicy.

Klatka piersiowa Wojciecha Olejniczaka jest bardziej pociągająca od ringu bokserskiego PiS i PO?
Nie, zgadzam się, że lewica też nie miała i nie ma nic do powiedzenia. Ale to wynika z naturalnego mechanizmu potrzeby szukania czegoś trzeciego. Obaj główni zawodnicy są zmęczeni sobą i od siebie zależni, więc trzeba szukać kogoś innego. SLD może być wybierane na zasadzie: mamy dosyć tej odrażającej walki gigantów. SLD ma szansę odegrać większą rolę, niż sam się spodziewał. PiS i PO są już tak aroganckie i nonszalanckie wobec wyborców, że mogą dojść do wniosku: musimy znaleźć inną partię, wręcz wymyślić sobie ją, wpisać w nią intencje, których ona nawet nie posiada.