Prezydent Bush popełnił na Bliskim i Środkowym Wschodzie wiele tragicznych w skutkach błędów. Najpierw zrezygnował z podejmowanych przez swoich poprzedników nieśmiałych prób równoprawnego traktowania Izraelczyków i Palestyńczyków i dał Izraelowi wolną rękę w sprawach okupacji terytorium palestyńskiego. Następnie wysłał do Afganistanu dostateczne siły, aby pokonać talibów – lecz zbyt małe, by pozwoliły Afgańczykom odbudować kraj. Dziś brak szerszego planu rozwoju Afganistanu i bezsilny rząd afgański musi sobie radzić z narodem podzielonym na zwaśnione plemiona. Potem, opierając się na sfałszowanych danych, Ameryka zaatakowała Irak, zniszczyła jego struktury społeczne, ściągnęła niewypowiedziane nieszczęścia na większość jego ludności – a teraz chce wplątać Europę w konfrontację z Iranem.
USA uzależniają poparcie dla ONZ-owskiej próby zahamowania rzezi i destrukcji w Izraelu i Libanie od zgody Izraela na postanowienia rezolucji. Niewykluczone, że Stany pozwolą na objęcie wojną Syrii i być może Iranu, a nawet będą zachęcały do tego Izrael. Wtedy czekają nas kolejne katastrofy. Prezydent i jego doradcy od początku lekceważą opinie amerykańskich dyplomatów, którzy znają Bliski Wschód. Chętnie natomiast słuchają amerykańskich sympatyków Izraela oraz szarlatanów ideologicznych. Czy ci, którzy zaproponowali absurdalny projekt demokratyzacji Bliskiego Wschodu, sami w niego wierzyli? Kiedy wybory w Palestynie przyniosły niepożądany rezultat, ani USA, ani Izrael nie uznały hamasowskiego rządu. Wrogość Ameryki wobec Iranu rośnie od czasu względnie uczciwych wyborów prezydenckich.
Sojusz na rzecz Izraela
Prezydent nie odrzucił jednak do końca odziedziczonej po poprzednikach koncepcji amerykańskiej polityki bliskowschodniej. Koncepcja ta składa się z trzech zasadniczych elementoacute;w, z ktoacute;rych każdy jest dostrzegalny (aczkolwiek niekiedy w skrajnej formie) w polityce zagranicznej Busha.
Pierwszy składnik ma charakter kulturowy i religijny. Zaroacute;wno świeccy, jak religijni Amerykanie uważają muzułmański Bliski Wschoacute;d za zacofany. Ideologia zimnej wojny w dużym stopniu opierała się na amerykańskiej wersji determinizmu historycznego, czyli na teorii bdquo;modernizacji”. Aby zyskać sobie szacunek świata, państwa i narody muszą stać się nowoczesne, czyli otworzyć się na rzeczywistość nieograniczonej ekspansji kapitalizmu i wolnego wyboru jednostki (często w karykaturalnej formie konsumeryzmu) oraz przyjąć amerykański model społeczeństwa.
Obok modernizatoroacute;w należy wspomnieć – skłoacute;cone zresztą z nimi – środowiska protestanckich fundamentalistoacute;w, ktoacute;rzy stanowią blisko czwartą część ludności USA. Popiera ich znaczna część katolikoacute;w, ktoacute;rzy opowiadają się za tradycyjnym modelem rodziny, nieufnie odnoszą się do seksualności i uważają Stany Zjednoczone za państwo chrześcijańskie. Katolicy stanowią około 26 proc. ludności – i co najmniej jedna trzecia z nich w wielu kwestiach wyznaje takie same poglądy jak fundamentaliści protestanccy. Dla tych tradycjonalistycznych chrześcijan muzułmański Bliski Wschoacute;d to siedlisko religii, ktoacute;ra odrzuciła chrześcijaństwo i jest dla niego zagrożeniem.
Kiedyś sojusznikami Izraela byli świeccy postępowcy, nowocześni katolicy i liberalni protestanci. Dziś rolę jego najbardziej zdecydowanych zwolennikoacute;w przejęli członkowie kościołoacute;w, ktoacute;rzy uważają, że Biblię należy rozumieć dosłownie. Fundamentaliści mają entuzjastyczny stosunek do państwa izraelskiego, ponieważ w ich przekonaniu powroacute;t Żydoacute;w do Ziemi Świętej oznacza, że zbliża się dzień Sądu Ostatecznego. Z kolei wielu Amerykanoacute;w, ktoacute;rzy nie podpisują się pod tą apokaliptyczną wizją, wyznaje koncepcję – odziedziczoną w spadku po XVII-wiecznych purytanach, ktoacute;rzy przybyli do Nowej Anglii – nowego Izraela, nowego narodu wybranego, w Ameryce Poacute;łnocnej. To roacute;wnież budzi sympatię do Izraela.
Z protestanckimi fundamentalistami sprzymierzyła się w ostatnich latach zorganizowana społeczność żydowska wynosząca 2 proc. ludności Stanoacute;w: wykształcona, zamożna i dobrze zintegrowana ze społeczeństwem amerykańskim. Nie spotyka się z przejawami antysemityzmu, ktoacute;ry jeszcze pięćdziesiąt lat temu był dosyć częstym zjawiskiem. Poczucie winy z powodu Holocaustu i zorganizowane wysiłki społeczności żydowskiej zapewniły jej znaczne wpływy polityczne. Izrael był zimnowojennym sojusznikiem USA; dziś jest sojusznikiem Stanoacute;w Zjednoczonych w mgliście zdefiniowanej wojnie z terrorem. Amerykańscy Żydzi nie widzą zatem konfliktu lojalności, uważają bowiem, że interesy amerykańskie i izraelskie są ze sobą niemal w stu procentach zbieżne. Kwestionuje to wielu akademikoacute;w, urzędnikoacute;w, wojskowych i nieliczni politycy – największe partie polityczne jednak w nieodpowiedzialny sposoacute;b utrwalają tę iluzję.
Amerykanie pochodzenia arabskiego stanowią tymczasem jedynie 1 proc. ludności Stanoacute;w. Ponad połowa z nich jest chrześcijanami (między innymi maronitami z Libanu), ale ich proacute;by wylansowania bardziej zroacute;żnicowanego spojrzenia na sprawy bliskowschodnie są w dużej mierze ignorowane. Muzułmanie w USA pochodzą z Afryki i Azji, jest też grupa osoacute;b od dawna mieszkających w USA, ktoacute;re przyjęły islam. W sumie stanowią około 2 proc. ludności i, zwłaszcza po zamachach z 11 września, wspoacute;lnie z arabskimi chrześcijanami walczą o uznanie ich za pełnoprawnych obywateli.
Watykan i Kościoacute;ł katolicki w USA opowiadają się za znacznie większą roacute;wnowagą między Arabami i Żydami w Ziemi Świętej, podobnie jak liberalne kościoły protestanckie, ktoacute;rych członkowie przewyższają liczebnie fundamentalistoacute;w. Nikt ich jednak nie słucha. Bushowski projekt demokratyzacji Bliskiego Wschodu, mimo swej kuriozalności, cieszy się poparciem bezrefleksyjnego społeczeństwa amerykańskiego, ktoacute;re jest przekonane o wyższości modelu amerykańskiego i o zacofaniu Araboacute;w.
Paliwowy pamp;oacute;łksiężyc
Czy interesy amerykańskie na Bliskim Wschodzie sprowadzają się do kontroli dostaw ropy? Stany Zjednoczone, ktoacute;rych mieszkańcy stanowią około 4 proc. ludności świata, zużywają 25 proc. światowego wydobycia ropy. Na Bliskim Wschodzie pozyskuje się mniej niż połowę ropy – z tego regionu pochodzi też mniej niż połowa amerykańskiego zużycia – ale zakłoacute;cenie tych dostaw byłyby bardzo groźne dla gospodarki. Podczas zimnej wojny amerykańska obecność na Bliskim Wschodzie pozwalała ochronić dostawy ropy do europejskich państw sojuszniczych i do Japonii.
Duże zasoby ropy i gazu w Azji Środowej sprawiają, że obecnie cały region jeszcze bardziej przybrał na znaczeniu. Dezintegracja Iraku, wrogość Iranu, możliwość destabilizacji Arabii Saudyjskiej czy bezbronność Kuwejtu i Emiratoacute;w to czynniki przemawiające za dalszą obecnością wojskową i polityczną USA w regionie. Oczywiście Stany Zjednoczone mogłyby zainicjować systematyczny program ograniczenia krajowego zużycia ropy, ale na jego efekty trzeba byłoby poczekać wiele lat. Generalnie jednak zainteresowanie USA bliskowschodnią ropą jest elementem szerszej strategii geopolitycznej, w ktoacute;rej zbiegają się czynniki kulturowe, religijne, gospodarcze i wojskowe.
Administracja Busha proklamowała się głoacute;wnym gwarantem światowego ładu – i zapowiedziała, że nie zawaha się użyć środkoacute;w wojskowych dla zademonstrowania naszej wyższości moralnej. Zaszokowała liczne amerykańskie środowisko multilateralistoacute;w, ktoacute;re uważało swoją strategię za bardziej subtelną: przekonać inne państwa, że zaakceptowanie przywoacute;dczej roli Ameryki leży w ich interesie, co oszczędziłoby USA smutnej konieczności narzucania swojej woli. Są też oczywiście zwolennicy bdquo;realistycznej” polityki zagranicznej, ktoacute;rzy mają świadomość ograniczeń amerykańskiej potęgi, a także duża, lecz rozproszona grupa religijnych i świeckich idealistoacute;w, ktoacute;rzy chcą, aby USA odgrywały w świecie dobroczynną rolę. Po wydarzeniach ostatnich lat spory te mają charakter przede wszystkim metahistoryczny, a o realnym kształcie amerykańskiej polityki zagranicznej w większym stopniu decyduje geopolityczny bezwład.
Amerykański Bliski Wschamp;oacute;d
Trzeba przypomnieć, że w wymiarze geopolitycznym Stany Zjednoczone pojawiły się na Bliskim Wschodzie podczas II wojny światowej i od tej pory są tam obecne. W 1946 r. zmusiły ZSRR do wycofania się z poacute;łnocnego Iranu. W 1947 r. zastąpiły Zjednoczone Kroacute;lestwo w roli gwaranta bezpieczeństwa Grecji i Turcji. Więzi ekonomiczne z Arabią Saudyjską uzupełniono wojskowymi. Jeszcze w 1956 r. Eisenhower powstrzymał brytyjsko-francusko-izraelski atak na Egipt jako zagrożenie dla bliskowschodniej pozycji USA, jednak po roku 1960 r. Izrael stał się sojusznikiem wojskowym Waszyngtonu. Pozostał nim nawet po rozpadzie ZSRR i jego sojuszy wojskowych z Egiptem i Syrią. USA nie potrafią wypracować spoacute;jnej strategii wobec nacjonalizmu arabskiego i islamizmu. Po rewolucji irańskiej w 1979 r. USA przeszły na stronę baasistowskiego Iraku i aktywnie wspierały Saddama w jego wojnie z Iranem, by potem wypowiedzieć mu wojnę w 1991 r.
Zamachy z 11 września posłużyły za pretekst do rozszerzenia amerykańskiej obecności wojskowej i wpływoacute;w politycznych na Azję Środkową. Pozycja USA na Bliskim Wschodzie jest jednak bardzo chwiejna. Wspierając Izrael, Stany Zjednoczone wbrew swoim dążeniom wzmacniają arabski nacjonalizm i islamizm. Wspierając autorytarne reżimy – Egipt, Arabię Saudyjską i Pakistan – podważają swoją wiarygodność jako krzewiciela demokracji i pluralizmu i budzą wściekłość wyzyskiwanych i ciemiężonych ludzi, ktoacute;rzy czują się upokorzeni. Chiny, Indie i Rosja wyraźnie pragną odgrywać znacznie większą rolę na Bliskim Wschodzie; muszą jednak w tym celu zaczekać, aż pozycja USA jeszcze bardziej osłabnie. Nieśmiałe proacute;by wypracowania niezależnej od USA polityki bliskowschodniej przez UE (a przede wszystkim udzielenia pomocy Palestyńczykom) przynoszą marne skutki z powodu braku jedności w łonie Unii.
Autonomiczna polityka europejska miałaby pożyteczny wpływ, przynajmniej edukacyjny, na amerykańską opinię publiczną. Wydaje się jednak, że większość przywoacute;dcoacute;w europejskich nie jest zainteresowana propozycjami Starego Świata. Bush wciąż jeszcze ma przed sobą dwadzieścia dziewięć miesięcy w Białym Domu. Jego poczynania najprawdopodobniej przyspieszą całkowite załamanie się pozycji USA na Bliskim Wschodzie. Konsekwencje tego mogą dotknąć także Europejczykoacute;w.
------------------------------
Norman Birnbaum - socjolog i publicysta, jeden z intelektualnych lideroacute;w radykalnej lewicy amerykańskiej. Wykładowca Oxfordu, Georgetown University, London School of Economics i Amherst College. Wieloletni doradca Demokratoacute;w w Kongresie USA, brał roacute;wnież udział w kampaniach prezydenckich Jimmyrsquo;ego Cartera i Jesse Jacksona. Założyciel bdquo;New Left Review” i członek rady redakcyjnej bdquo;The Nation” – wpływowych periodykoacute;w lewicy.
Zaangażowanie USA w świecie islamu prowadzi jedynie do kolejnych konfliktów – uważa guru amerykańskiej lewicy, socjolog i politolog, prof. Norman Birnbaum.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama