Sprawa "Delegata" jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieniła nastroje społeczne wokół lustracji. Nikt nie dziwi się kuriozalnemu audiotele, zatytułowanemu "zgadnij, kto na zdjęciu z Rzymu jest agentem", jakie zorganizowali nam autorzy tekstu w "Rzeczpospolitej". Do zgadywanek dały się zaprosić osoby tak ważne jak Lech Wałęsa, prymas Józef Glemp czy Anna Walentynowicz. Nie słychać głosów o "dzikiej lustracji" ani oskarżeń o "pisaniu w tonie tabloidów".
Czy stało się tak dlatego, że "Delegat" to ktoś, kogo rozmaite salony dawno wykreśliły ze swego grona? Ktoś, w czyjej obronie nie napiszą zbiorowego listu dziękczynnego znani intelektualiści? A może ten ktoś nie budzi pozytywnych emocji wsród hierarchów? Tak czy inaczej sposób opisania sprawy "Delegata" przez dziennikarzy "Rzeczpospolitej" tworzy nowe standardy w pisaniu o wpływach komunistycznej SB w środowisku opozycji. Nie ułatwi to rzeczowej dyskusji o lustracji.
Bardzo prywatne śledztwa
Dotychczas dociekania dotyczące agentury spowodowane były głównie wątpliwościami dotyczącymi deklaracji lustracyjnych urzędników państwowych. Kiedy dostęp do teczek uzyskały osoby pokrzywdzone, rozpoczęły się tzw. śledztwa prywatne, dotyczące osób nieobjętych lustracją ustawową. Najgłośniejsze ustalenia, uzyskane w tym trybie, zostały poczynione przez grupę przyjaciół zabitego Stanisława Pyjasa w kwestii działalności agenturalnej Lesława Maleszki.
Inną grupą nieobjętą ustawą lustracyjną byli księża. Szereg prywatnych dochodzeń w ich kwestii podjął ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Mieliśmy również do czynienia z dwoma precedensowymi przypadkami dotyczącymi duchownych: ojca Konrada Hejmo i księdza Michała Czajkowskiego.
W pierwszym wypadku sprawę zapoczątkowała budząca spore wątpliwości wypowiedź prezesa IPN, ale wyczerpujący raport – wynik kwerendy w aktach SB, sporządzony przez powołany wkrótce potem zespół historyków Instytutu – dostarczył dodatkowych argumentów na rzecz tej tezy. Z kolei w przypadku ks. Czajkowskiego punktem wyjścia było równie solidne i oparte na wielu dokumentach opracowanie badacza dr. Tadeusza Witkowskiego. Wszystkie opiniotwórcze media podejmowały tematy duchownych agentów z dużą rozwagą, dopiero po deklaracji prezesa IPN (casus Hejmo) bądź po powstaniu solidnego raportu badawczego (casus Czajkowski).
Lawina podejrzeń
W przypadku "Delegata" punktem wyjścia do szukania domniemanego agenta jest jedynie kilka dokumentów archiwalnych SB. Ich treść porusza i skłania do podejrzeń. Jednak żaden z dokumentów nie daje odpowiedzi na pytanie o zakres i długość współpracy "Delegata", zwłaszcza że znamy przede wszystkim relację z wizyty delegacji "Solidarności" u Jana Pawła II, której odpis znalazła w swoich dokumentach działaczka opozycji Bożena Rybicka. To właśnie ów dokument oraz wzmianki o możliwości użycia "Delegata" do manipulacji wokół wyboru Lecha Wałęsy na zjeździe "Solidarności" stały się dla dziennikarzy "Rzeczpospolitej" punktem wyjścia do stawiania pytań o tożsamość agenta.
Czy znajomość dokumentu zdradzającego obecność agenta SB w jakiejś grupie uprawnia dziennikarzy do publicznego postawienia pytania o personalia? To niełatwa kwestia. Odkrycie odstępcy w jakimś gremium budzi naturalny zapał badawczy. Kiedy jednak i w jakich okolicznościach można je upublicznić? Dotąd w praktyce medialnej raczej powstrzymywano się nawet z zadawaniem pytań o agenturalność, nie posiadając pewności co do personaliów i winy danej osoby. Ta powściągliwość wynikała ze zrozumienia, jakie konsekwencje – w tym przede wszystkim lawinę wzajemnych podejrzeń – wywołać może w danej grupie osób informacja o denuncjatorze znanym tylko z pseudonimu.
Na łamach "Rzeczpospolitej" tekst o "Delegacie" opatrzono zdjęciem, na którym widać – nie licząc Ojca Świętego – aż siedem osób. Nie sposób, by czytelnicy nie zastanawiali się, która z nich wykazała się w najlepszym wypadku gadulstwem, a w najgorszym inwigilowaniem "Solidarności" i otoczenia Prymasa. Na wszystkie te osoby padł cień podejrzenia o zdradę bez wyznaczenia perspektywy rychłego wyjaśnienia sprawy. Czy w tej sytuacji można zakończyć tekst formułą "może być tak, że jego (tzn. »Delegata«) nazwisko nigdy nie ujrzy światła dziennego?".
Co równie istotne, tekst w "Rzeczpospolitej" nie rozstrzyga, czy "Delegat" był "kontaktem operacyjnym" czy "tajnym współpracownikiem". Jak wiadomo, "kontakt" był źródłem informacji, nie musiał być jednak świadomym agentem. Dotąd nawet podczas rozpraw lustracyjnych faktu, że ktoś był "kontaktem" nie uważano za wystarczającą podstawę do uznania, że był agentem SB. Czy przyjdzie nam zmienić ten sposób myślenia?
Zwolennicy takiej zmiany słusznie przypomną, że nie zawsze łatwo jest przeprowadzić rozróżnienie obu ról. W praktyce osoby pełniące rolę "kontaktu" często bywały równie szkodliwe jak "tajni współpracownicy". Również relacja z Rzymu zdaje się świadczyć o prowadzeniu przez "Delegata" rozmów z oficerami SB. Jak dotąd jednak w publikacjach poświęconych lustracji wyraźnie rozróżniano oba statusy. Tymczasem mimo że autorzy "Rzeczpospolitej" nie są w stanie rozstrzygnąć, czy tajemniczy bohater tekstu był "tylko kontaktem" czy "aż współpracownikiem", tytuł tekstu stwierdza jednoznacznie: "jednym z donosicieli był »Delegat«". Być może autorzy dysponują jeszcze kolejnymi dowodami, ale opublikowane dotąd w żadnym razie nie upoważniają ich do takiej jednoznaczności. Czy fakt, że mają zbyt mało dokumentów, by rozstrzygnąć wątpliwości, nie powinien skłonić ich do używania mniej wyrazistych określeń? Być może więcej dowiemy się w najbliższą sobotę. Nie usprawiedliwia to jednak wzniecenia tygodniowej zawieruchy i atmosfery sensacji.
Raz poczyniona sugestia zaczęła tymczasem zataczać coraz szersze kręgi: telewizyjna "Panorama" z 7 sierpnia już w czołówce zapowiadała swój materiał słowami: "Kim był »Delegat«? – w »Panoramie« o solidarnościowym agencie". Co gorsza, w niefrasobliwej atmosferze zgadywanek znakomicie poczuli się byli działacze "S", prymas Polski czy członkowie władz IPN. Już w poniedziałek członek władz Instytutu, prof. Andrzej Friszke wyraził pogląd, że "Delegat" mógł mieć status pokrzywdzonego. Czy oznaczać ma to, że Friszke zna jego personalia? Jeśli tak, należałoby oczekiwać od znanego historyka unikania wypowiedzi, które mogą podsycać gorączkę zgadywanek – bądź podjęcia inicjatywy wyjaśnienia sprawy przez IPN, które obejmowałoby jednoznaczne określenie statusu „Delegata” wobec SB i okresu współpracy. Nic takiego jednak się nie stało. Dlaczego ważna instytucja państwowa, jaką jest IPN, nie ustosunkowała się do publikacji "Rzeczpospolitej"?
Porządek dziobania
W porównaniu ze sposobem, w jaki przedstawiona została sprawa "Delegata", tak krytykowany wcześniej sposób pisania o sprawie ks. Czajkowskiego okazuje się być nieomal szczytem odpowiedzialności. W przypadku tekstu "Rzeczpospolitej" media i zwykli ludzie, dysponując nieporównanie mniejszą liczbą dokumentów niż w przypadku Jankowskiego i wobec bierności IPN, starają się dopasować do groteskowego pseudonimu konkretne osoby. Czy nie można było przewidzieć takich konsekwencji przed publikacją tekstu?
Nie potrafię przy tym pozbyć się wrażenia, że autorzy dywagują tak beztrosko o osobie "Delegata" w przekonaniu, że jest to człowiek na tyle wyizolowany i skompromitowany, iż w obronie jego dobrego imienia nie wystąpi żadne znaczące środowisko. Czy nonszalancja taka byłaby możliwa w przypadku osoby posiadającej silną pozycję polityczną lub towarzyską w sferach intelektualnych? Przypomnijmy, jak ostrożnie media podchodziły do dokumentów rzucających światło na ewentualne uwikłania Lecha Wałęsy. Porównajmy sprawę "Delegata" ze sprawą ks. Czajkowskiego. Ile było wówczas, często słusznych, ale niekiedy ocierających się o histerię, apeli świetnych piór polskiej publicystyki o zachowanie ostrożności w ocenach kościelnego asystenta redakcji "Więzi".
Nie chcę wyrokować o skali uwikłania "Delegata" ani spekulować, kim był: Czekam na więcej dokumentów. Jako zwolennik lustracji szanuję dociekliwość autorów "Rzeczpospolitej". Kłopot jednak w tym, że za jakiś czas mogą pojawić się kolejne teksty, w których najpierw zadawane będzie pytanie o agenturę w różnych środowiskach, a dopiero w drugiej kolejności ich autorzy zastanawiać się będą nad personaliami. Ot, choćby jakaś relacja z zamkniętego posiedzenia KOR, gdzie występuje grupa osób, których nazwiska znamy. Czy wówczas wybuchnie nowe medialne roztrząsanie tego, kim był odstępca? Takie teksty łatwo mogą sprawić, że podejmowanie zagadnień lustracyjnych będzie receptą na rozpętanie chaosu. Tym bardziej że banalizacja tematu lustracyjnego nie zmartwi przeciwników ujawniania niełatwej części naszej historii.
Zdaję sobie sprawę, że nie ma gotowych recept na pisanie o kwestiach lustracyjnych, ale droga, jaką wybrali autorzy tekstu z sobotniej "Rzeczpospolitej", budzi moje wątpliwości. Źle stałoby się, gdyby sprawa "Delegata" zatrzymała się na zadaniu pytania o jego nazwisko, bez wyjaśnienia sprawy do końca. Tydzień lustracyjnego audiotele stanowczo wystarczy.
---------------------------------
Piotr Semka - dziennikarz, absolwent Wydziału Historii KUL. Publicysta m.in. TV Puls i Radia Plus, w połowie lat 90. redaktor "Pulsu dnia". Współpracownik dwumiesięcznika "Christianitas" i tygodnika "Gazeta Polska".
W sprawie "Delegata" znaczna część mediów odstąpiła od dotychczasowych standardów ostrożności. Dotąd nawet podczas rozpraw lustracyjnych faktu, że ktoś był "kontaktem", nie uważano za wystarczającą podstawę do uznania, że był agentem SB. Czy przyjdzie nam zmienić taki sposób myślenia? - pisze publicysta Piotr Semka.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama