"NATO musi się stać sojuszem jeszcze bardziej globalnym, działającym na całym świecie oraz podejmującym misje, o jakich nie śniło się jego założycielom" - piszą w DZIENNIKU amerykańscy dyplomaci Richard Halbrooke i Ronald Asmus.
Obecny szczyt NATO w Rydze może się okazać przełomowy. Sojusz musi się bowiem po raz kolejny w swojej historii wyraźnie i na nowo określić. Zdefiniować zarówno
swoje priorytety – tyleż militarne, co polityczne – jak też realistycznie określić zagrożenia, którym musi stawić czoła.
Konieczność nowej samodefinicji wynika z tego, że NATO zakończyło okres przejściowy, będący konsekwencją zakończenia zimnej wojny. Po upadku muru berlińskiego Sojusz stanął przed fundamentalnym wyborem: zmienić koncepcję działania czy stopniowo utracić znaczenie. Po okresie inercji i niezdecydowania podjął dwa historyczne kroki: otworzył drzwi dla nowych członków i przeprowadził dwie operacje wojskowe poza granicami państw członkowskich – w Bośni i Kosowie. Tym samym zrealizował strategiczne imperatywy początkowego okresu ery postzimnowojennej: powstrzymał czystki etniczne na Bałkanach, zakotwiczył nowe demokracje środkowo- i wschodnioeuropejskie w strukturach Zachodu oraz zbudował nowe stosunki z Rosją, swoim niedawnym wrogiem.
Jest niezmiernie ważne, aby drzwi do NATO pozostały otwarte i aby utrzymać możliwość rozszerzenia tej organizacji na inne obszary Eurazji i szeroko pojęty region czarnomorski. Zwłaszcza wobec zamknięcia podwoi Unii Europejskiej NATO może odegrać zasadniczą rolę w ustabilizowaniu południowej flanki wspólnoty euroatlantyckiej, regionu czarnomorskiego i Zakaukazia.
Nowa epoka
Tragiczne wydarzenia 11 września 2001 r. wyznaczyły początek nowej epoki. Okazało się, że nowe zagrożenia lokują się przede wszystkim poza Europą. NATO musi więc stać się sojuszem bardziej globalnym, działającym na całym świecie oraz podejmującym misje, o jakich nie śniło się jego założycielom. Misje takie są niezbędne, jeśli ma on zrealizować podstawowy cel, który od 1949 r. pozostaje niezmienny: zapewnić bezpieczeństwo wszystkim państwom członkowskim i chronić ich wspólne interesy. Pewne nieśmiałe kroki w tym kierunku już poczyniono, przede wszystkim wysyłając wojska do Afganistanu. Afganistan to pierwsza, lecz z pewnością nie ostatnia, misja z dala od Europy, w której Sojusz uczestniczy w niekonwencjonalnej wojnie ramię w ramię z nienatowskimi i nieeuropejskimi partnerami. Misja ta jest głównym tematem szczytu w Rydze.
Wojna w Afganistanie nie przebiega pomyślnie i wcale nie mamy gwarancji sukcesu. W misji tej najbardziej uderza, jak trudno było Sojuszowi uzyskać wsparcie polityczne i odpowiednio liczne siły wojskowe do osiągnięcia uzgodnionych celów. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że Sojusz poniesie porażkę, jeśli po obu stronach Atlantyku nie będzie politycznej woli wzmocnienia zaangażowania. Nie uciekniemy przed tym wyzwaniem: uspokojenie sytuacji w Afganistanie przypuszczalnie potrwa znacznie dłużej niż w Iraku, a porażka w tym kraju będzie dla Stanów Zjednoczonych i NATO katastrofalna. Odbiłaby się bezpośrednio na jego członkach, przede wszystkim Turcji.
Jednak nie wszyscy członkowie tej organizacji podzielają ten pogląd. Sojusz jest prawie nieobecny w innych punktach zapalnych nowej osi kryzysu, mimo że mógłby tam odegrać pozytywną i znaczącą rolę. NATO właściwie nie uczestniczy dzisiaj w dialogu politycznym na Bliskim Wschodzie (nie ma go ani w Dialogu Śródziemnomorskim, ani w Stambulskiej Inicjatywie Współpracy). Istnieje możliwość zacieśnienia więzi nie tylko z Izraelem, ale również z wieloma innymi krajami śródziemnomorskimi i kilkoma mniejszymi państwami znad Zatoki Perskiej w ramach Gulf Cooperation Council (GCC).
Tymczasem nieśmiałość i ambiwalencja NATO hamuje tego rodzaju współpracę. Nad tym wszystkim wisi groźba zdobycia broni nuklearnej przez Iran. W takiej sytuacji europejscy sojusznicy musieliby zrewidować swoje potrzeby dotyczące obrony rakietowej w tym kierunku, a ponadto wiele krajów bliskowschodnich szukałoby sposobów na wzmocnienie swego bezpieczeństwa, w tym – nawiązania ściślejszej współpracy z NATO, gdyby taka możliwość istniała.
Wymieniając te scenariusze, nie kierujemy się przekonaniem, że NATO powinno interweniować wszędzie i uczestniczyć w każdym przyszłym konflikcie. Nie musi brać na siebie roli światowego policjanta. Chcemy jedynie pokazać, w jaki sposób odważni i kreatywni przywódcy mogliby wykorzystać potencjał Sojuszu do rozwiązania poważnych problemów bezpieczeństwa, z jakimi się dzisiaj borykamy. W dzisiejszych realiach musi on być bardziej elastyczny, bardziej aktywny i bardziej zaangażowany w budowanie koalicji, które potrafiłyby się uporać z ewentualnymi sytuacjami kryzysowymi poza Europą. Oraz zastanowić się, jakie modele zaangażowania są najsensowniejsze.
Istnieje kilka godnych rozważenia. Pierwszy z nich to operacje pod kierunkiem NATO a la Bośnia, Kosowo i Afganistan. Byłoby najlepiej, gdyby takie operacje posiadały mandat ONZ. Chyba należy brać je pod uwagę tylko w Europie i na jej peryferiach, gdzie istotna rola Sojuszu w tłumieniu kryzysów wydaje się czymś naturalnym. Drugi model to sytuacja taka jak w Timorze Wschodnim w 1999 r., kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ udzieliła siłom wielonarodowym mandatu na operację wojskową pod dowództwem jednego kraju.
Stany Zjednoczone i Europa muszą wypracować wspólne stanowisko w sprawie legalności działań Sojuszu. W latach 90. państwa NATO były bliskie przezwyciężenia różnic poglądów w kwestii, czy potrzebują błogosławieństwa Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby mogły interweniować poza obszarem krajów członkowskich. Osiągnięto następujący kompromis: posiadanie
mandatu ONZ jest wysoce pożądane, ale Sojusz musi zachować możliwość działania bez niego, jeśli zaistnieje taka konieczność.
Rewizja stosunków z Rosją
Nadszedł również czas, aby Zachód – w tym NATO – zrewidował swoją koncepcja przyszłych stosunków z Rosją. Założenia naszej obecnej polityki wobec Rosji w dużej mierze pochodzą z połowy lat 90. Panowało wówczas przekonanie, że Moskwa przesuwa się – metodą dwóch kroków do przodu i jednego do tyłu – w zachodnim kierunku demokratycznym oraz że z czasem stanie się partnerem dla UE i Sojuszu w wielu kwestiach. Dzisiaj Rosja nie zmierza już jednak demokratyczną drogą. W coraz większym stopniu prowadzi neoimperialną politykę, której rzeczywistym celem jest cofnięcie demokratycznych przemian w krajach „bliskiej zagranicy”. Również gotowość Moskwy do wspomożenia Zachodu w powstrzymaniu północnokoreańskiego i irańskiego zagrożenia nuklearnego jest mniej oczywista niż dawniej. Pogłębiający się nacjonalizm i wysokie ceny nośników energii zwiększają geopolityczne ambicje Moskwy, a dzięki swemu naftowo-gazowemu bogactwu może ona realizować te cele metodami sprzecznymi z interesami Zachodu. Rosja wydaje się gotowa wykorzystać słabość USA wynikającą z ich uzależnienia od rosyjskiego wsparcia w sprawie Iraku i Korei Północnej.
Stwierdzenie, że stosunki z Moskwą są coraz trudniejsze, nie oznacza, że wracamy do jakiegoś rodzaju zimnej wojny. Coraz wyraźniej zaznacza się w nich połączenie współpracy z rywalizacją, a na niektórych obszarach nawet konfrontacją. Jesteśmy zainteresowani oczyszczeniem relacji z Rosją z zimnowojennych zaszłości oraz pogłębieniem współpracy w dziedzinie nierozprzestrzeniania broni jądrowej i walki z terroryzmem.
Zagrożenia środkowo- i bliskowschodnie, o których była mowa powyżej, dotyczą również Rosji. W sferze energetyki Rosja pozostanie jednym z największych dostawców nośników energii, ale będziemy konkurować z nią o dostęp do surowców energetycznych w Azji Środkowej i gdzie indziej. Piękne czasy Clintona i Jelcyna, którzy w 1995 r. w zabytkowej rezydencji Franklina
Delano Roosevelta planowali wspólną operację wojskową w Bośni, minęły – być może bezpowrotnie. Stosunki NATO z Rosją trzeba zweryfikować na tym nowym tle, ale również w
kontekście ogólnej rewizji strategii Zachodu.
Unia i NATO potrzebują się
Jeśli chcemy zdobyć poparcie Europy dla bardziej globalnej wizji Sojuszu Atlantyckiego, czas skończyć z bezproduktywną rywalizacją, która od dawna istnieje między UE a NATO, i uznać, że obie strony się potrzebują. Stany Zjednoczone muszą sprzyjać – zamiast obawiać się tego – powstaniu spójnej i otwartej na świat Unii Europejskiej, która będzie chętna i zdolna do globalnej współpracy z Waszyngtonem w walce z nowymi zagrożeniami. W ostatecznym rozrachunku projekt europejski jest priorytetem dla większości Europejczyków. Jeśli chcemy, żeby Europejczycy znowu interesowali się NATO i popierali tę organizację, nie możemy od nich żądać, aby wybierali między sojuszem a UE, bo i tak nie wygramy tej rywalizacji. Musimy wypracować strategię, która usunie zawarty tutaj konflikt i pozwoli Europejczykom ze szczerego serca wybrać jedno i drugie.
Przywódcy NATO na razie nie pokazali, że mają koncepcję i wolę polityczną przebudowy organizacji. Wiele osób wątpi, czy da się ją jeszcze – nadwerężoną transatlantyckimi napięciami wokół Iraku i innych spraw – posklejać. Niektórzy powiedzą, że proponowane przez nas posunięcia idą o krok za daleko i nie zasługują na rozważenie. Wielu nie miałoby nic przeciwko temu, żeby NATO ogłaszało podniosłe komunikaty, a potem nie uwiarygodniało ich działaniami, tym samym skazując się na powolną marginalizację i utratę znaczenia.
Richard Charles Albert Holbrooke, członek zespołu ds. polityki wschodniej w Białym Domu w czasie prezydentury Lyndona Johnsona, członek zespołu roboczego przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w czasie kadencji Jimmy’ego Cartera, ambasador USA przy ONZ w latach 1999 – 2001, ambasador USA w Niemczech; podsekretarz stanu w Departamencie Stanu ds. Azji i Europy w administracji Billa Clintona, architekt układu pokojowego w Dayton w 1995 pomiędzy walczącymi frakcjami bośniackimi. W zarządzie Council on Foreign Relations. Publikuje w „National Interest”, „Foreign Affairs” i „Washington Times”
Ronald D. Asmus, dyrektor prestiżowego German Marshall Fund’s Transatlantic Center w Brukseli. Architekt polityki rozszerzenia NATO przyjętej na szczytach w Madrycie i Waszyngtonie. Analityk RAND i Radio Free Europe. Członek Council on Foreign Relations. W Polsce ukazała się jego książka „NATO. Otwarcie drzwi” (2002)
Konieczność nowej samodefinicji wynika z tego, że NATO zakończyło okres przejściowy, będący konsekwencją zakończenia zimnej wojny. Po upadku muru berlińskiego Sojusz stanął przed fundamentalnym wyborem: zmienić koncepcję działania czy stopniowo utracić znaczenie. Po okresie inercji i niezdecydowania podjął dwa historyczne kroki: otworzył drzwi dla nowych członków i przeprowadził dwie operacje wojskowe poza granicami państw członkowskich – w Bośni i Kosowie. Tym samym zrealizował strategiczne imperatywy początkowego okresu ery postzimnowojennej: powstrzymał czystki etniczne na Bałkanach, zakotwiczył nowe demokracje środkowo- i wschodnioeuropejskie w strukturach Zachodu oraz zbudował nowe stosunki z Rosją, swoim niedawnym wrogiem.
Jest niezmiernie ważne, aby drzwi do NATO pozostały otwarte i aby utrzymać możliwość rozszerzenia tej organizacji na inne obszary Eurazji i szeroko pojęty region czarnomorski. Zwłaszcza wobec zamknięcia podwoi Unii Europejskiej NATO może odegrać zasadniczą rolę w ustabilizowaniu południowej flanki wspólnoty euroatlantyckiej, regionu czarnomorskiego i Zakaukazia.
Nowa epoka
Tragiczne wydarzenia 11 września 2001 r. wyznaczyły początek nowej epoki. Okazało się, że nowe zagrożenia lokują się przede wszystkim poza Europą. NATO musi więc stać się sojuszem bardziej globalnym, działającym na całym świecie oraz podejmującym misje, o jakich nie śniło się jego założycielom. Misje takie są niezbędne, jeśli ma on zrealizować podstawowy cel, który od 1949 r. pozostaje niezmienny: zapewnić bezpieczeństwo wszystkim państwom członkowskim i chronić ich wspólne interesy. Pewne nieśmiałe kroki w tym kierunku już poczyniono, przede wszystkim wysyłając wojska do Afganistanu. Afganistan to pierwsza, lecz z pewnością nie ostatnia, misja z dala od Europy, w której Sojusz uczestniczy w niekonwencjonalnej wojnie ramię w ramię z nienatowskimi i nieeuropejskimi partnerami. Misja ta jest głównym tematem szczytu w Rydze.
Wojna w Afganistanie nie przebiega pomyślnie i wcale nie mamy gwarancji sukcesu. W misji tej najbardziej uderza, jak trudno było Sojuszowi uzyskać wsparcie polityczne i odpowiednio liczne siły wojskowe do osiągnięcia uzgodnionych celów. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że Sojusz poniesie porażkę, jeśli po obu stronach Atlantyku nie będzie politycznej woli wzmocnienia zaangażowania. Nie uciekniemy przed tym wyzwaniem: uspokojenie sytuacji w Afganistanie przypuszczalnie potrwa znacznie dłużej niż w Iraku, a porażka w tym kraju będzie dla Stanów Zjednoczonych i NATO katastrofalna. Odbiłaby się bezpośrednio na jego członkach, przede wszystkim Turcji.
Jednak nie wszyscy członkowie tej organizacji podzielają ten pogląd. Sojusz jest prawie nieobecny w innych punktach zapalnych nowej osi kryzysu, mimo że mógłby tam odegrać pozytywną i znaczącą rolę. NATO właściwie nie uczestniczy dzisiaj w dialogu politycznym na Bliskim Wschodzie (nie ma go ani w Dialogu Śródziemnomorskim, ani w Stambulskiej Inicjatywie Współpracy). Istnieje możliwość zacieśnienia więzi nie tylko z Izraelem, ale również z wieloma innymi krajami śródziemnomorskimi i kilkoma mniejszymi państwami znad Zatoki Perskiej w ramach Gulf Cooperation Council (GCC).
Tymczasem nieśmiałość i ambiwalencja NATO hamuje tego rodzaju współpracę. Nad tym wszystkim wisi groźba zdobycia broni nuklearnej przez Iran. W takiej sytuacji europejscy sojusznicy musieliby zrewidować swoje potrzeby dotyczące obrony rakietowej w tym kierunku, a ponadto wiele krajów bliskowschodnich szukałoby sposobów na wzmocnienie swego bezpieczeństwa, w tym – nawiązania ściślejszej współpracy z NATO, gdyby taka możliwość istniała.
Wymieniając te scenariusze, nie kierujemy się przekonaniem, że NATO powinno interweniować wszędzie i uczestniczyć w każdym przyszłym konflikcie. Nie musi brać na siebie roli światowego policjanta. Chcemy jedynie pokazać, w jaki sposób odważni i kreatywni przywódcy mogliby wykorzystać potencjał Sojuszu do rozwiązania poważnych problemów bezpieczeństwa, z jakimi się dzisiaj borykamy. W dzisiejszych realiach musi on być bardziej elastyczny, bardziej aktywny i bardziej zaangażowany w budowanie koalicji, które potrafiłyby się uporać z ewentualnymi sytuacjami kryzysowymi poza Europą. Oraz zastanowić się, jakie modele zaangażowania są najsensowniejsze.
Istnieje kilka godnych rozważenia. Pierwszy z nich to operacje pod kierunkiem NATO a la Bośnia, Kosowo i Afganistan. Byłoby najlepiej, gdyby takie operacje posiadały mandat ONZ. Chyba należy brać je pod uwagę tylko w Europie i na jej peryferiach, gdzie istotna rola Sojuszu w tłumieniu kryzysów wydaje się czymś naturalnym. Drugi model to sytuacja taka jak w Timorze Wschodnim w 1999 r., kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ udzieliła siłom wielonarodowym mandatu na operację wojskową pod dowództwem jednego kraju.
Stany Zjednoczone i Europa muszą wypracować wspólne stanowisko w sprawie legalności działań Sojuszu. W latach 90. państwa NATO były bliskie przezwyciężenia różnic poglądów w kwestii, czy potrzebują błogosławieństwa Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby mogły interweniować poza obszarem krajów członkowskich. Osiągnięto następujący kompromis: posiadanie
mandatu ONZ jest wysoce pożądane, ale Sojusz musi zachować możliwość działania bez niego, jeśli zaistnieje taka konieczność.
Rewizja stosunków z Rosją
Nadszedł również czas, aby Zachód – w tym NATO – zrewidował swoją koncepcja przyszłych stosunków z Rosją. Założenia naszej obecnej polityki wobec Rosji w dużej mierze pochodzą z połowy lat 90. Panowało wówczas przekonanie, że Moskwa przesuwa się – metodą dwóch kroków do przodu i jednego do tyłu – w zachodnim kierunku demokratycznym oraz że z czasem stanie się partnerem dla UE i Sojuszu w wielu kwestiach. Dzisiaj Rosja nie zmierza już jednak demokratyczną drogą. W coraz większym stopniu prowadzi neoimperialną politykę, której rzeczywistym celem jest cofnięcie demokratycznych przemian w krajach „bliskiej zagranicy”. Również gotowość Moskwy do wspomożenia Zachodu w powstrzymaniu północnokoreańskiego i irańskiego zagrożenia nuklearnego jest mniej oczywista niż dawniej. Pogłębiający się nacjonalizm i wysokie ceny nośników energii zwiększają geopolityczne ambicje Moskwy, a dzięki swemu naftowo-gazowemu bogactwu może ona realizować te cele metodami sprzecznymi z interesami Zachodu. Rosja wydaje się gotowa wykorzystać słabość USA wynikającą z ich uzależnienia od rosyjskiego wsparcia w sprawie Iraku i Korei Północnej.
Stwierdzenie, że stosunki z Moskwą są coraz trudniejsze, nie oznacza, że wracamy do jakiegoś rodzaju zimnej wojny. Coraz wyraźniej zaznacza się w nich połączenie współpracy z rywalizacją, a na niektórych obszarach nawet konfrontacją. Jesteśmy zainteresowani oczyszczeniem relacji z Rosją z zimnowojennych zaszłości oraz pogłębieniem współpracy w dziedzinie nierozprzestrzeniania broni jądrowej i walki z terroryzmem.
Zagrożenia środkowo- i bliskowschodnie, o których była mowa powyżej, dotyczą również Rosji. W sferze energetyki Rosja pozostanie jednym z największych dostawców nośników energii, ale będziemy konkurować z nią o dostęp do surowców energetycznych w Azji Środkowej i gdzie indziej. Piękne czasy Clintona i Jelcyna, którzy w 1995 r. w zabytkowej rezydencji Franklina
Delano Roosevelta planowali wspólną operację wojskową w Bośni, minęły – być może bezpowrotnie. Stosunki NATO z Rosją trzeba zweryfikować na tym nowym tle, ale również w
kontekście ogólnej rewizji strategii Zachodu.
Unia i NATO potrzebują się
Jeśli chcemy zdobyć poparcie Europy dla bardziej globalnej wizji Sojuszu Atlantyckiego, czas skończyć z bezproduktywną rywalizacją, która od dawna istnieje między UE a NATO, i uznać, że obie strony się potrzebują. Stany Zjednoczone muszą sprzyjać – zamiast obawiać się tego – powstaniu spójnej i otwartej na świat Unii Europejskiej, która będzie chętna i zdolna do globalnej współpracy z Waszyngtonem w walce z nowymi zagrożeniami. W ostatecznym rozrachunku projekt europejski jest priorytetem dla większości Europejczyków. Jeśli chcemy, żeby Europejczycy znowu interesowali się NATO i popierali tę organizację, nie możemy od nich żądać, aby wybierali między sojuszem a UE, bo i tak nie wygramy tej rywalizacji. Musimy wypracować strategię, która usunie zawarty tutaj konflikt i pozwoli Europejczykom ze szczerego serca wybrać jedno i drugie.
Przywódcy NATO na razie nie pokazali, że mają koncepcję i wolę polityczną przebudowy organizacji. Wiele osób wątpi, czy da się ją jeszcze – nadwerężoną transatlantyckimi napięciami wokół Iraku i innych spraw – posklejać. Niektórzy powiedzą, że proponowane przez nas posunięcia idą o krok za daleko i nie zasługują na rozważenie. Wielu nie miałoby nic przeciwko temu, żeby NATO ogłaszało podniosłe komunikaty, a potem nie uwiarygodniało ich działaniami, tym samym skazując się na powolną marginalizację i utratę znaczenia.
Richard Charles Albert Holbrooke, członek zespołu ds. polityki wschodniej w Białym Domu w czasie prezydentury Lyndona Johnsona, członek zespołu roboczego przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w czasie kadencji Jimmy’ego Cartera, ambasador USA przy ONZ w latach 1999 – 2001, ambasador USA w Niemczech; podsekretarz stanu w Departamencie Stanu ds. Azji i Europy w administracji Billa Clintona, architekt układu pokojowego w Dayton w 1995 pomiędzy walczącymi frakcjami bośniackimi. W zarządzie Council on Foreign Relations. Publikuje w „National Interest”, „Foreign Affairs” i „Washington Times”
Ronald D. Asmus, dyrektor prestiżowego German Marshall Fund’s Transatlantic Center w Brukseli. Architekt polityki rozszerzenia NATO przyjętej na szczytach w Madrycie i Waszyngtonie. Analityk RAND i Radio Free Europe. Członek Council on Foreign Relations. W Polsce ukazała się jego książka „NATO. Otwarcie drzwi” (2002)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl