GROM jest prawdziwą elitą naszej armii. Ci żołnierze naprawdę wiedzą, po co służą - i sami potrafią się dyscyplinować i stawiać w trudnych sytuacjach w trakcie szkolenia. Prezentują zupełnie inne podejście do działania niż reszta armii - mówi DZIENNIKOWI generał Roman Polko, wiceszef BBN.
Witold Głowacki: Czy w GROM-ie świętuje się przypadającą 20 marca rocznicę akcji odbicia z rąk irackich terminali naftowych w porcie Um Al-Kasr - a tym
samym początku interwencji w Iraku?
Gen. Roman Polko: Może to na pierwszy rzut oka dziwne - ale nie. Prawda jest taka, że jest to - owszem - pierwsze, ale jednak jedno z wielu zadań, jakie GROM realizował w Iraku. To, co było podczas tej akcji nietypowe, to fakt, że szliśmy w nieznane.
Przecież obiekt był rozpoznany - mieliście jego dokładny plan.
My wtedy naprawdę myśleliśmy, że Saddam może mieć broń masowego rażenia. Kiedy jeszcze przed akcją na naszą bazę wyjściową leciały irackie rakiety, dręczyła nas myśl, że w ich głowicach może być broń biologiczna. Na platformie także nie wiedzieliśmy do końca, czego właściwie się spodziewać.
Co dzisiaj wydaje się zabawne, potwierdzenie zgody prezydenta na udział GROM-u w tej wojnie, a przez to w tej pierwszej operacji - otrzymałem przez komórkę. Było w tym sporo szczęścia, bo Amerykanie dość skutecznie zagłuszali telefony komórkowe przed ważnymi akcjami.
Amerykanie traktowali was z góry?
Absolutnie nie. Po zrealizowanym zadaniu w Um Al-Kasr przekazaliśmy obiekt marines. Dlatego trudno mi było słuchać potem znanego ze sceptycyzmu wobec GROM-u gen. Tyszkiewicza, który mówił o "naszych profesorach z marines". Przepraszam, ale to my akurat byliśmy nauczycielami marines.
Um-Kasr to było łatwe zadanie? Poszło bardzo sprawnie.
Nie było strat, dlatego można zadanie ocenić jako łatwe, ale to była ciężka praca wymagająca maksymalnej koncentracji. Jakiś czas po opanowaniu platformy weszliśmy na inny obiekt, który okazał się jedną wielką bombą. Przeżyliśmy. Dla rozładowania napięcia zrobiliśmy sobie wtedy to słynne zdjęcie z amerykańskimi żołnierzami. Choć była z tego wówczas afera - ale to dobrze, że zdjęcie to ukazało się w prasie. Dzięki temu udało się oddać trochę sprawiedliwości naszym żołnierzom.
Czy zagraniczne misje przynoszą polskim żołnierzom coś więcej oprócz pamiątkowych zdjęć?
Uczymy się dzięki nim. Nowoczesna armia - podobnie jak cywilne firmy i koncerny - stawia dziś na organizacje uczące się. Takie, które czerpią siły ze świadomości i wiedzy swych członków. Przez całe lata ten rodzaj organizacji był w polskim wojsku bardzo lekceważony. Dopiero teraz jest na to szansa. Właśnie GROM jednak opierał się od początku na zasadzie stałego rozwoju, wyciągania wniosków z popełnionych błędów i odniesionych sukcesów. Dlatego też ta jednostka ma w wojsku wielu wrogów. W całej polskiej armii obowiązywały bowiem reguły rodem z Ludowego Wojska Polskiego. To bardzo trudne dziedzictwo, mentalność, która będzie zmieniać się jeszcze przez całe lata.
To chyba nie dotyczy GROM-u?
Nie. GROM jest prawdziwą elitą naszej armii. Tam obowiązują zupełnie inne reguły gry. Ci żołnierze naprawdę wiedzą, po co służą - i sami potrafią się dyscyplinować i stawiać w trudnych sytuacjach w trakcie szkolenia. Oni są fanatykami swojej pracy. Prezentują zupełnie inne podejście do działania niż reszta armii. Oni wiedzą, że nie jadą odpoczywać.
Doświadczenia GROM-u są brane pod uwagę w przygotowaniu obecnej misji w Afganistanie?
Oczywiście - to będzie pierwsza w naszej historii naprawdę dobrze przygotowana misja. Dziś dużo się mówi o niedostatkach w jej organizowaniu. Niemniej weźmy jako punkt odniesienia misję w Iraku. Popełniono wtedy naprawdę karygodne błędy - największym z nich było wysłanie naszych żołnierzy przygotowanych i wyposażonych na misję stabilizacyjną do regionu ogarniętego wojną. Prezydent Kwaśniewski, minister Szmajdziński i szef Sztabu Generalnego gen. Piątas wyekspediowali polskich żołnierzy do działań stabilizacyjnych - zapomnieli jednak powiadomić o tym terrorystów.
Powinniśmy więc chyba uczyć się na błędach i wpadki z Iraku wziąć pod uwagę przy przygotowaniach do działań w Afganistanie.
I właśnie tak jest. Trudno nawet porównywać dzisiejsze niedostatki pancerza transportera Rosomak z sytuacją, w której żołnierze w Iraku budowali na zwykłych starach osłony z worków z piaskiem albo samodzielnie spawali ze złomu amatorskie opancerzenie z blachy do honkerów. Minister Szmajdziński patrzył na to z boku i mówił - wszystko w porządku, przecież to misja stabilizacyjna...
Czegoś się dzięki Irakowi nauczyliśmy?
Może tego, co trafnie zauważył dowódca Wojsk Lądowych - misje nie powinny nam przysłaniać całego świata. Oczywiście - to bardzo ważne doświadczenia dla naszych żołnierzy. To wykonywanie zadań bojowych w bardzo trudnych warunkach. Mimo to pamiętajmy, że podczas misji realizuje się tylko wycinek rzeczywistej wojskowej działalności - niekoniecznie ten najważniejszy.
Po każdej misji niezbędny jest więc "refresh training" - przywracający misyjnym pododdziałom zdolność do działania w innych warunkach.
Czyli jednostki biorące udział w misji tę zdolność tracą.
Warto na przykład popatrzeć na zachowanie Amerykanów w Bośni. W pierwszym rzucie pojechały tam jednostki stricte bojowe. W drugim wysłano już tylko Gwardię Narodową. A w trzecim rzucie dowódcą kontyngentu w Bośni był generał rezerwy. Po prostu jednostki bojowe po wykonaniu pierwszych zadań przestały być tam potrzebne - i Amerykanie bardzo rozsądnie je wycofali, by nie traciły swoich zdolności bojowych.
Tymczasem my wysłaliśmy do Bośni elitarny 16. batalion czerwonych beretów. I jak go wysłaliśmy, to on już w tej Bośni siedział i siedział. Kompletnie zaburzyło to strukturę i program szkolenia całej 6. Brydagdy
Desantowo-Szturmowej. A w dodatku było zupełnie zbędne. W wypadku Iraku, i teraz Afganistanu, nie będziemy już powtarzać tego błędu. I postaramy się, by efektowne i atrakcyjne medialnie misje nie przysłoniły całościowej reformy armii.
Roman Polko, generał brygady, oficer wojsk powietrznodesantowych i sił specjalnych; dowodził 6. batalionem desantowo-szturmowym, 18. batalionem desantowo-szturmowym oraz Wojskową Formacją Specjalną GROM. Obecnie jest zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
Gen. Roman Polko: Może to na pierwszy rzut oka dziwne - ale nie. Prawda jest taka, że jest to - owszem - pierwsze, ale jednak jedno z wielu zadań, jakie GROM realizował w Iraku. To, co było podczas tej akcji nietypowe, to fakt, że szliśmy w nieznane.
Przecież obiekt był rozpoznany - mieliście jego dokładny plan.
My wtedy naprawdę myśleliśmy, że Saddam może mieć broń masowego rażenia. Kiedy jeszcze przed akcją na naszą bazę wyjściową leciały irackie rakiety, dręczyła nas myśl, że w ich głowicach może być broń biologiczna. Na platformie także nie wiedzieliśmy do końca, czego właściwie się spodziewać.
Co dzisiaj wydaje się zabawne, potwierdzenie zgody prezydenta na udział GROM-u w tej wojnie, a przez to w tej pierwszej operacji - otrzymałem przez komórkę. Było w tym sporo szczęścia, bo Amerykanie dość skutecznie zagłuszali telefony komórkowe przed ważnymi akcjami.
Amerykanie traktowali was z góry?
Absolutnie nie. Po zrealizowanym zadaniu w Um Al-Kasr przekazaliśmy obiekt marines. Dlatego trudno mi było słuchać potem znanego ze sceptycyzmu wobec GROM-u gen. Tyszkiewicza, który mówił o "naszych profesorach z marines". Przepraszam, ale to my akurat byliśmy nauczycielami marines.
Um-Kasr to było łatwe zadanie? Poszło bardzo sprawnie.
Nie było strat, dlatego można zadanie ocenić jako łatwe, ale to była ciężka praca wymagająca maksymalnej koncentracji. Jakiś czas po opanowaniu platformy weszliśmy na inny obiekt, który okazał się jedną wielką bombą. Przeżyliśmy. Dla rozładowania napięcia zrobiliśmy sobie wtedy to słynne zdjęcie z amerykańskimi żołnierzami. Choć była z tego wówczas afera - ale to dobrze, że zdjęcie to ukazało się w prasie. Dzięki temu udało się oddać trochę sprawiedliwości naszym żołnierzom.
Czy zagraniczne misje przynoszą polskim żołnierzom coś więcej oprócz pamiątkowych zdjęć?
Uczymy się dzięki nim. Nowoczesna armia - podobnie jak cywilne firmy i koncerny - stawia dziś na organizacje uczące się. Takie, które czerpią siły ze świadomości i wiedzy swych członków. Przez całe lata ten rodzaj organizacji był w polskim wojsku bardzo lekceważony. Dopiero teraz jest na to szansa. Właśnie GROM jednak opierał się od początku na zasadzie stałego rozwoju, wyciągania wniosków z popełnionych błędów i odniesionych sukcesów. Dlatego też ta jednostka ma w wojsku wielu wrogów. W całej polskiej armii obowiązywały bowiem reguły rodem z Ludowego Wojska Polskiego. To bardzo trudne dziedzictwo, mentalność, która będzie zmieniać się jeszcze przez całe lata.
To chyba nie dotyczy GROM-u?
Nie. GROM jest prawdziwą elitą naszej armii. Tam obowiązują zupełnie inne reguły gry. Ci żołnierze naprawdę wiedzą, po co służą - i sami potrafią się dyscyplinować i stawiać w trudnych sytuacjach w trakcie szkolenia. Oni są fanatykami swojej pracy. Prezentują zupełnie inne podejście do działania niż reszta armii. Oni wiedzą, że nie jadą odpoczywać.
Doświadczenia GROM-u są brane pod uwagę w przygotowaniu obecnej misji w Afganistanie?
Oczywiście - to będzie pierwsza w naszej historii naprawdę dobrze przygotowana misja. Dziś dużo się mówi o niedostatkach w jej organizowaniu. Niemniej weźmy jako punkt odniesienia misję w Iraku. Popełniono wtedy naprawdę karygodne błędy - największym z nich było wysłanie naszych żołnierzy przygotowanych i wyposażonych na misję stabilizacyjną do regionu ogarniętego wojną. Prezydent Kwaśniewski, minister Szmajdziński i szef Sztabu Generalnego gen. Piątas wyekspediowali polskich żołnierzy do działań stabilizacyjnych - zapomnieli jednak powiadomić o tym terrorystów.
Powinniśmy więc chyba uczyć się na błędach i wpadki z Iraku wziąć pod uwagę przy przygotowaniach do działań w Afganistanie.
I właśnie tak jest. Trudno nawet porównywać dzisiejsze niedostatki pancerza transportera Rosomak z sytuacją, w której żołnierze w Iraku budowali na zwykłych starach osłony z worków z piaskiem albo samodzielnie spawali ze złomu amatorskie opancerzenie z blachy do honkerów. Minister Szmajdziński patrzył na to z boku i mówił - wszystko w porządku, przecież to misja stabilizacyjna...
Czegoś się dzięki Irakowi nauczyliśmy?
Może tego, co trafnie zauważył dowódca Wojsk Lądowych - misje nie powinny nam przysłaniać całego świata. Oczywiście - to bardzo ważne doświadczenia dla naszych żołnierzy. To wykonywanie zadań bojowych w bardzo trudnych warunkach. Mimo to pamiętajmy, że podczas misji realizuje się tylko wycinek rzeczywistej wojskowej działalności - niekoniecznie ten najważniejszy.
Po każdej misji niezbędny jest więc "refresh training" - przywracający misyjnym pododdziałom zdolność do działania w innych warunkach.
Czyli jednostki biorące udział w misji tę zdolność tracą.
Warto na przykład popatrzeć na zachowanie Amerykanów w Bośni. W pierwszym rzucie pojechały tam jednostki stricte bojowe. W drugim wysłano już tylko Gwardię Narodową. A w trzecim rzucie dowódcą kontyngentu w Bośni był generał rezerwy. Po prostu jednostki bojowe po wykonaniu pierwszych zadań przestały być tam potrzebne - i Amerykanie bardzo rozsądnie je wycofali, by nie traciły swoich zdolności bojowych.
Tymczasem my wysłaliśmy do Bośni elitarny 16. batalion czerwonych beretów. I jak go wysłaliśmy, to on już w tej Bośni siedział i siedział. Kompletnie zaburzyło to strukturę i program szkolenia całej 6. Brydagdy
Desantowo-Szturmowej. A w dodatku było zupełnie zbędne. W wypadku Iraku, i teraz Afganistanu, nie będziemy już powtarzać tego błędu. I postaramy się, by efektowne i atrakcyjne medialnie misje nie przysłoniły całościowej reformy armii.
Roman Polko, generał brygady, oficer wojsk powietrznodesantowych i sił specjalnych; dowodził 6. batalionem desantowo-szturmowym, 18. batalionem desantowo-szturmowym oraz Wojskową Formacją Specjalną GROM. Obecnie jest zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|