Dziennik Gazeta Prawana logo

"Wolna Europa jest nasza"

12 października 2007, 16:25
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
Nasza - to znaczy taka, w której patriotyzm polski jest postacią patriotyzmu europejskiego. W której Unia to nie oni, ale my - pisze w DZIENNIKU Zdzisław Najder, były szef Radia Wolna Europa.
Nic w takiej postawie nowego. Polacy czują się Europejczykami od ponad pół tysiąca lat. I nie tylko czują: zachowują się po europejsku. Byliśmy w czołówce państw, które wprowadziły kalendarz gregoriański. I państw, które wprowadziły jednolity czas europejski. Bynajmniej nie byliśmy "tylko" naśladowcami innych: nasze neminem captivabimus wyprzedziło o dwa i pół wieku angielskie habeas corpus i podobne ustawy, chroniące jednostkę przez samowolą panujących, w większości państw kontynentu. Pierwsi skodyfikowaliśmy konstytucję państwa; byliśmy zawsze w czołówce praw cywilnych kobiet; o ćwierć wieku wyprzedziliśmy Francję w upowszechnieniu prawa wyborczego. I tak dalej. Żaden z tych, którzy kształtowali polską tożsamość kulturową, od Jana Kochanowskiego do Józefa Piłsudskiego, nie uznałby alternatywy "Polska czy Europa" za sensowną.

Bo nie ma Europy poza kulturami narodów, które ją współtworzyły. Tak, jak nie ma europejskiego języka ani europejskich kołysanek. Także kultura starożytnej Grecji i Rzymu trwa tylko dzięki istnieniu w języku nowoczesnych narodów.

Koniec paplaniny
Debata nad przyszłym traktatem rewizyjnym - zastępującym zardzewiały od początku Traktat Nicejski - wyszła nareszcie w Polsce z opłotków partyjnej, bieżącej paplaniny. Już nawet politycy PiS-u nie powtarzają tezy, że Traktat Konstytucyjny jest "trupem", a politycy PO nie cieszą się, że Francuzi "uwolnili nas od kłopotu", odrzucając go w referendum. Ale nadal występuje skłonność do premiowania niechęci.

Za każdym razem mówi się o negatywnych wynikach referendów we Francji i Holandii, a rzadko przypomina, że już dwie trzecie spośród 27 państw członkowskich traktat ratyfikowało (zaś parę następnych, z Bułgarią i Rumunią włącznie, jest do tego skore). A przecież wiadomo, że odrzucenie traktatu przez Francuzów i Holendrów było wywołane motywami wewnętrznymi, dla Polaków zupełnie obojętnymi. Inaczej mówiąc: ich decyzje to dla nas problem techniczno-prawny, a nie wskazówka merytoryczna.

Te dwa rodzaje problemów, przed którymi stoimy, należy starannie rozróżniać. I nie wałęsać się,jak nasi dzisiejsi przedstawiciele RP, po stolicach państw (Czechy, Dania, Wielka Brytania), które z jakichś tam swoich powodów wahają się z poparciem poglądu, że nowy traktat jest potrzebny. Trzeba wsłuchać się w głos większości (w tym wszystkich poza Czechami naszych sąsiadów) i zacząć od zastanowienia: jakiej wspólnoty europejskiej potrzebują Polacy i potrzebuje cała Unia? Bez nagminnego kompleksu niższości (podszytej niewiedzą), który przejawia się w podejrzliwej agresji. I nie w tym duchu, że "stawką rozmów o eurokonstytucji jest miejsce Polski w przyszłym układzie sił w UE." (Jacek Pawlicki, Gazeta Wyborcza, 8 marca). To pachnie modnym obecnie w Polsce podejściem do prawa: dobre, jeżeli jest w tej chwili po stronie rządu.

Unia to całość
Zdaniem naszych traktato-sceptyków fakt, że UE funkcjonuje mimo braku nowego traktatu, dowodzi, iż taki traktat nie jest w ogóle potrzebny i możemy trwać przy Nicejskim. To albo obłuda, albo naiwność. Licząca sobie już pół wieku wspólnota jest strukturą silną i, podobnie jak organizm ludzki, w przypadku ograniczenia czy uszkodzenia może uruchamiać działania kompensacyjne. Zdrowy człowiek ze złamaną prawą ręką szybko uczy się posługiwać lewą. Ale to nie znaczy, by był równie sprawny, jak oburęczny. Przed Unią stają coraz to nowe wyzwania i w interesie wszystkich jej członków jest sprawność maksymalna.

Bez nowego traktatu nie jest też możliwe ani dalsze rozszerzanie, ani skuteczna współpraca polityczna czy obronna. Traktat Nicejski przesunął też ciężar mechanizmów decyzyjnych Unii z jej organów wspólnotowych (jak Komisja i Parlament) w stronę organów międzyrządowych (jak Rada Europejska). Nie sprzyja to instytucjonalnej spoistości Unii i zachęca do rozgrywania przez poszczególne państwa, zwłaszcza silniejsze, ich osobnych interesów.

Kością niezgody między Polską a CAŁĄ resztą Unii pozostaje wprowadzenie zasady podwójnego głosowania i oparcie liczby głosów "ważonych" poszczególnych państw na liczbie ich obywateli.
Przypominam, że proponowany przez Traktat Konstytucyjny system jest prosty: każde głosowanie w Radzie Europejskiej czy Radzie Ministrów Unii (jeżeli się w ogóle głosuje - w większości wypadków decyzje osiągane są na drodze uzgodnienia) ma się odbywać na dwu poziomach. Po pierwsze, głosują państwa: każde z nich posiada jeden suwerenny głos o tej samej wadze, czy chodzi o mały Luksemburg lub maleńką Maltę, czy też o Wielką Brytanię lub Republikę Federalną Niemiec. Wymagana jest, w zależności od rodzaju sprawy, albo większość zwykła, albo kwalifikowana.

To jednak nie wystarcza: dla podjęcia wiążącej decyzji potrzebne jest drugie głosowanie i zebranie większości głosów nie tylko państw, ale i obywateli. Zasada jest więc analogiczna do obowiązującej np. w USA: tam członkowie Izby Reprezentantów są wybierani proporcjonalnie do liczby ludności, natomiast każdy stan, zarówno olbrzymia Kalifornia, jak i malutka Rhode Island, ma tyleż samo senatorów.

Pseudokompromisy
Traktat Nicejski przydzielił głosy poszczególnym państwom na innej, dość arbitralnej zasadzie: wszystkie największe mają po 29, średnie czyli Hiszpania i Polska po 27, zaś na przykład Szwecja 10, a Cypr 4. Nie jest to ani przejrzyste, ani w żaden sposób sprawiedliwe. My jednak ucieszyliśmy się, jak dziecko, któremu dano nadspodziewanie wielką grzechotkę. Nie wie, co prawda, po co i jak ma nią grzechotać (mówi się, że "łatwiej nam blokować", jednak Unia nie służy do blokowania, tylko do współpracy) - ale grzechotki oddać nie chce... Hiszpanie swojej już się dawno wyrzekli i jakoś nie żałują. My zaś - w sposób, który osobiście odczuwam jako upokarzający - unoszeni dumą, upieramy się: "nie dam! moje!"

Dla odrzucenia prostej reguły, że równe są wszystkie państwa i wszyscy obywatele, wymyśla się dziwne koncepty. Do takich zaliczam tzw. "kompromis jagielloński", polegający na "zasadzie malejącej proporcjonalności względem liczby ludności" przedstawiony w "Dzienniku" przez Jacka Saryusza-Wolskiego. Ten pomysł, ponoć krakowskich matematyków, jest doskonały - ale dla Zielonego Balonika. Bo wyobraźmy sobie europejskiego wyborcę, któremu się tłumaczy, że jego głos zostanie przeliczony według jakiejś matematycznej formuły (podnoszenia do potęgi liczby ludności) i będzie miał inną wagę w każdym kraju! Wyznaję też, że nie rozumiem, co chciał powiedzieć również na łamach "Dziennika" Paweł Zalewski, twierdząc, że według Traktatu Konstytucyjnego "siła głosu obywateli mniejszych krajów UE jest znacznie mniejsza niż obywatela Niemiec czy Francji." Na poziomie obywateli UE jest dokładnie taka sama; zaś na poziomie poszczególnych państw głos suwerennego Cypryjczyka znaczy 78 razy więcej niż głos Francuza, a głos Polaka 2,3 razy więcej, niż Niemca. I dlaczegóż to wszystkie małe państwa UE (poza Danią) już Traktat ratyfikowały - czyżby z masochizmu? Czy Litwini, którzy ratyfikowali pierwsi, są naprawdę idiotami?

Umieszczona obok tekstu Jacka Saryusz-Wolskiego tabela zestawiająca liczbę głosów, przypadających państwom UE według różnych propozycji, już przy pierwszym rzucie oka ukazuje, o co naprawdę chodzi. O Niemcy...

Polowanie na Niemcy
Według propozycji Traktatu Konstytucyjnego Niemcy uzyskują, na poziomie głosowania "obywatelskiego", wyraźnie większą i demograficznie proporcjonalną liczbą głosów. Można powiedzieć, że w ten sposób Niemcy zostają ukarane za zjednoczenie; przed rokiem 1990 liczba mieszkańców RFN niewiele się różniła od liczby Francuzów czy Włochów. Ale być może wielbiciele matematycznych formułek zaproponują Niemcom, aby ich wkład do budżetu Unii (od lat największy) obliczać nie według Produktu Krajowego Brutto Republiki Federalnej, ale według przeciętnego PKB w Unii, pomnożonego przez liczbę Niemców? Tylko skąd wtedy wziąć brakujące dziesiątki miliardów euro, które i my dostajemy z budżetu Unii?

Więc lepiej bądźmy poważni. Unia potrzebuje politycznej przejrzystości. Niemcy nie mogą być karani za fakt, że jest ich najwięcej. I nie ma powodu, byśmy im okazywali tak ostentacyjną niechęć: byli i pozostają, mimo okazjonalnych zgrzytów, naszymi wypróbowanymi i niezbędnymi partnerami.

Co do tego, że Polsce potrzebna jest spoista Unia - zgadzają się niemal wszyscy. Ryszard Bugaj obawia się co prawda, że Unia może wymusić ograniczenia np. w produkcji statków, ale to jest obawa oparta na jakimś nieporozumieniu. Komisja Europejska wprowadza ograniczenia wyłącznie wobec produktów, dofinansowanych z unijnego budżetu. Poza tym zaś dba tylko o to, by rządowe subwencje dla niewydolnych przedsiębiorstw nie zakłócały reguł wolnego rynku.

Chodzi głównie o spoistość polityczną. Niektórzy sprzeciwiają się, twierdząc, że to uszkodzi naszą tożsamość narodową. To twierdzenie jest po prostu bzdurą. Wystarczy popatrzeć na Belgię i Hiszpanię: w ramach tego samego państwa mogą się, w warunkach zapewnionego pokoju i demokracji, rozwijać różne tożsamości etniczno-kulturowe. Pół wieku współpracy politycznej nie wpłynęło na zatarcie różnic między Niemcami a Holendrami, Włochami a Francuzami.

Obrona przed rozczłonkowaniem
Wiemy, że o spoistość polityki zagranicznej - na pewno potrzebną - łatwo nie będzie. Tym bardziej jednak trzeba próbować, a propozycje Traktatu Konstytucyjnego takie próby ułatwiają i wspomagają, zapewniając zarazem, że żadne państwo do niczego nie może zostać zmuszone.

Sceptycy twierdzą, że spór wokół interwencji w Iraku pokazał "niemożliwość" wspólnego stanowiska. Nie zgadzam się z tym poglądem. Spór był w znacznej mierze wynikiem ówczesnej świadomej polityki rządu amerykańskiego, zmierzającego do "rozczłonkowania" (de-aggregate) Unii Europejskiej. Gdyby lepiej działały mechanizmy uzgadniania decyzji, może udałoby się przynajmniej Europę uchronić przed katastrofalnymi skutkami błędnej decyzji Waszyngtonu? Bo cztery lata temu to niechętna wojnie Europa miała rację. Przyznają to dziś sami Amerykanie (a Jan Paweł II szepcze z nieba: "A nie mówiłem?") Może przemawiająca jednym głosem UE byłaby wysłuchana? A przynajmniej potrafiła ustalić, co naprawdę leży w jej interesie. I w interesie Ameryki - bo na długą metę interesy Europy i USA są jeżeli nie zbieżne, to równoległe; sprzeczności wynikają głównie z błędów poszczególnych polityków, tak Busha, jak Chiraca.

Nie chodzi jednak o musztardy po stypach. Idzie o to, że choćby na przykład wypracowanie wspólnego stanowiska w sprawie bezpieczeństwa energetycznego byłoby łatwiejsze, gdyby istniały odpowiednie struktury. Można się zastanawiać, czy rozwiązania, proponowane przez Traktat, są zawsze najlepsze; ale jest pewne, że zmierzają w dobrym kierunku. Choćby pod tym względem, że dopuszczają powołanie wewnątrz Unii "grup specjalistycznych", współpracujących w konkretnych regionalnych celach. Takie grupy mogłyby zapobiegać rozbijackim działaniom takim, jak wciąganie przez Rosję do osobnej współpracy energetycznej poszczególnych państw wschodnich Unii.

Na przyszły traktat musimy patrzeć przede wszystkim jako na narzędzie instytucjonalnego wspierania tak sprawności decyzyjnej, jak wewnętrznej solidarności, zarówno międzypaństwowej jak, co jeszcze ważniejsze, między-narodowej Unii. A również na narzędzie umacniania tak potrzebnej tradycji, o której pisał w "Dzienniku" Władysław Bartoszewski. Traktat powinien być zarazem manifestem wzajemnego zaufania, jak i instrumentem to zaufanie umacniającym.
Zdzisław Najder, politolog, publicysta, historyk literatury. działacz opozycji antykomunistycznej, twórca Polskiego Porozumienia Niepodległościowego (1976 r.). W czasie stanu wojennego na emigracji, w latach 1982 - 87 dyrektor polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa. Zaocznie skazany na śmierć i pozbawiony obywatelstwa polskiego przez władze PRL. Szef zespołu doradców premiera Jana Olszewskiego.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj