Podczas stanu wojennego Przemysław Gintrowski śpiewał piosenkę o "ozdabiaczach". Byli to ci intelektualiści, którzy podczas brutalnych represji, gdy zamykano ludziom usta, tworzyli miłe dekoracje, prawiąc o greckiej filozofii i polskim patriotyzmie w reżimowych mediach.

Absolutnie niczego nie porównując, użyjmy podobnej maniery językowej. We współczesnej Polsce plenią się "wyciszacze". Wyciszacz to dziennikarz, który nie chce wiedzieć. A gdy go już zmuszają, aby się dowiedział, krzywi usta z niesmakiem, stwierdzając: "w tym nic nie ma". Albo żąda tłumaczenia się od tych, którzy podsunęli mu niemiłą informację pod nos.

Wyciszacze obecni są po wszystkich stronach ideowych barykad. Każdy lubi czasem powyciszać w interesie osób, które popiera. Ale - będę się upierał - najwięcej wyciszaczy pojawia się po stronie liberalnej i postkomunistycznej lewicy. Po prostu dla tych obozów "wyciszanie" - na przykład afer czy agenturalnej przeszłości - było nie tylko doraźną koniecznością chwili. Było ideologią.

Nie chcą wiedzieć
Klasykiem tego sposobu myślenia jest Piotr Najsztub. Gdy podczas kampanii wyborczej 2005 roku zastanawiano się, jaki jest naprawdę majątek Włodzimierza Cimoszewicza i czy przy jego ujawnianiu nie doszło do nieprawidłowości, Najsztub ogłosił, że to wszystko go nie interesuje, że istotniejszy jest program kandydata SLD.

Dziennikarze zachodni, gdyby dowiedzieli się, że szef poważnego tygodnika ogłasza: nie będę zaglądał politykowi do portfela czy oświadczenia majątkowego, byliby bardzo zdziwieni. Taka wiedza to źrenica demokracji. Bywa, że staje się przedmiotem walki politycznej. Tyle że następstwem tej walki jest często oczyszczenie życia publicznego. Politycy na Zachodzie muszą się tłumaczyć nawet z tak "prywatnych" spraw jak zatrudnianie cudzoziemskiej, nieubezpieczonej służącej. W Polsce rozmaite nieformalne klosze często w końcu pryskały. Ale nim do tego doszło, tłum wyciszaczy dzielnie pracował nad ich instalacją i ochroną, aby się broń Boże nie stłukły.

Nie zdziwiło mnie więc, gdy zobaczyłem Najsztuba gorączkującego się w TVN 24 przeciw poważnemu potraktowaniu tak zwanych taśm Oleksego (albo Gudzowatego 2). To jak najbardziej zgodne z jego wizją dziennikarstwa. Niemniej publicysta sięgnął po argument chętnie używany przez innych wyciszaczy i warto mu się przyjrzeć. Oto taśmy Gudzowatego jawią się jako "wrzutka", efekt politycznej intrygi. Ma to nie tylko dyskwalifikować ich treść, ale zwalniać wyciszaczy od debaty nad nimi.

Świat spiskowych teorii
W stanie czystym to rozumowanie zostało zaprezentowane w "Gazecie Wyborczej". Pierwszego dnia pismo to uznało, że treść nagrań warta jest ósmej strony. Gdy jednak okazało się, że stacje telewizyjne i radiowe nie stosują się do tej hierarchii informacji, zdecydowano się na atak.

Marcin Wojciechowski snując rozważania, czy ulega spiskowym teoriom, czy nie, obwieścił: "To oczywiście przypadek, że nagrania atakujące Aleksandra Kwaśniewskiego pojawiają się, gdy jest on coraz bardziej aktywny w kraju, udziela coraz więcej wywiadów i rozważa powrót do polityki. To jeszcze większy przypadek, że publikują je "Dziennik" i "Wprost". Nie ma się co dziwić, bo pisma te zdobyły przecież nagrania w ramach żmudnego dziennikarskiego śledztwa. Mogę im tylko pozazdrościć warsztatu. To, że nagrania były w dyspozycji prokuratury od jesieni, a wypłynęły właśnie teraz, jest niewiele znaczącym szczegółem.

Ta gryząca ironia co do terminu publikacji jest zabawna na łamach gazety, która nawet dla tekstu o aferze Rywina (godzącej wszak w jej własne interesy) wybrała tak starannie moment druku, że przypadł on na pół roku po wydarzeniach. Niemniej protekcjonalne uwagi dziennikarza "Wyborczej" o warsztacie warte są odpowiedzi. Oczekiwać bowiem można, że lider polskiej opinii publicznej nie ograniczy się do ogólnikowych napomnień, ale przedstawi szczegółowo wytyczną - komu wolno mniej, a komu więcej w podobnych skądinąd przypadkach. Od czego to zależy i jakie gremium będzie rozdawać pochwały i nagany.

Dwa standardy

Przypomnijmy przypadek tak zwanych taśm Renaty Beger, nazwanych także taśmami prawdy. Pokazanie ich w TVN-owskim programie Teraz My było przyjęte przez Wyborczą wręcz owacyjnie. A przecież spełniły one wszystkie kryteria z tekstu Wojciechowskiego. Czy przyjęcie zaproszenia do instalowania kamer w pokoju posłanki Samoobrony to żmudne dziennikarskie śledztwo? I czy nie widać gołym okiem, kto na emisji tego słynnego programu skorzystał, a kto stracił? Samoobrona zmusiła PiS do ustępstw i wkrótce wróciła do koalicji. A politycy PO, dziś zżymający się na przecieki, dziękowali wtedy wylewnie dziennikarzom za obronę podstaw demokracji. Czyli za - chwilowy skądinąd - spadek notowań PiS.

Może nawet profitenci tamtej emisji byli łatwiejsi do wskazania niż ci, którzy skorzystają na obecnej publikacji. Bo tak naprawdę nie wiadomo, kto bardziej zyskuje na pognębieniu lewicy i ewentualnej kompromitacji Kwaśniewskiego - PiS (potwierdza własną wizję świata) czy PO (osłabia groźnego konkurenta).

Żeby było jasne - nie uważam pozyskania taśm Beger za coś nagannego. Przeciwnie, broniąc wtedy Sekielskiego i Morozowskiego przed bezsensownymi oskarżeniami posłów PiS o uleganie inspiracjom WSI czy inne bezeceństwa, pisałem, że decydującym kryterium oceny ich dziennikarskich decyzji jest interes publiczny. W obu przypadkach - choć metoda dotarcia do kompromitujących rozmów Beger z Lipińskim i Oleksego z Gudzowatym jest inna - dowiedzieliśmy się sporo o kulisach polityki. Podobne stanowisko - że to nie nowa afera Rywina, ale ciekawa i ważna informacja - zajmował wówczas Dziennik.

Interes publiczny

Tymczasem wyciszacze zdają się dziś twierdzić, że dziennikarz znajduje takie nagrania (lub ważne dokumenty) na ulicy. Tak oczywiście nie jest - także, gdy jakąś rewelację odkrywa Gazeta Wyborcza. Przypomnijmy utrwaloną na taśmie rozmowę Aleksandra Gudzowatego z Adamem Michnikiem. Potentat zarzucał gazecie redaktora korzystanie z materiałów przynoszonych wprost przez funkcjonariusza służb specjalnych. Michnik nie zaprzeczał - przeciwnie, tłumaczył się z tego. A jego zastępca Piotr Pacewicz oznajmił z rozbrajającą szczerością w studio TVP, że u nas nikt nie zna się na tematyce energetycznej. Czyżby więc wrzutka demonicznych oficerów UOP przyjmowana na wiarę przez naiwnych redaktorów? Wówczas także ja broniłem Wyborczej, wskazując, że kryterium oceny publikacji powinna być przede wszystkim ich prawdziwość, a ponadto za podnoszeniem tematyki zagrożeń dla polskiej suwerenności energetycznej także stał ważny interes publiczny sprzeczny z interesem Aleksandra Gudzowatego.

A czy było przypadkiem, że Wyborcza pozyskała w 1991 roku dokumenty dotyczące spółki Telegraf? Bardzo wielu ludzi i wiele instytucji nie lubiło wówczas braci Kaczyńskich. Ich gotowość do dzielenia się dowodami swojej wiedzy z też nieżyczliwą tym politykom gazetą była zapewne ogromna. A czy przypadkiem były łatwe sukcesy Wyborczej w przeczesywaniu rozmaitych ciemnych interesów na obrzeżach rządów AWS? Przecież taka wyliczanka nie ma sensu. Istnieją oczywiście etyczne granice poza które dziennikarz - próbując zdobyć informacje - nie powinien wychodzić. Kłopot w tym, że trudno je precyzyjnie wytyczyć. Szczególnie tym, którzy stosują inne miary wobec siebie, a inne wobec ideowej czy rynkowej konkurencji. Dziennikarz odpowiada za to, czy sam manipuluje informacjami. W dużo mniejszym stopniu za intencje tych, którzy mu je przekazują.

Kto jest obryzgany?
Inną metodą wyciszaczy jest bagatelizowanie tego, co powiedział Oleksy. Sugeruje się, że był pijany (choć z emisji kawałków wynika, że mówił bardzo składnie). Ogłasza się, że nie lubi Kwaśniewskiego (to akurat prawda, ale czy to musi oznaczać, że powtarzał o nim same fałszywe informacje). Albo po prostu - jak komentator Wyborczej - uznaje się rozmowę za plugawą. Taka kwalifikacja zwalnia z dalszej debaty.

A przecież nawet jeśli w tej czy innej kwestii Oleksy się myli, czy powtarza plotki, nie ma powodu rysować fałszywego, skądinąd apokaliptycznego obrazu własnej formacji wobec osoby, która również nieźle zna jej naturę, tyle że podpuszcza swojego rozmówcę. Nawet fakt, że były premier i marszałek Sejmu jawi się tu i ówdzie jako samochwał, nie jest dowodem, że nie mówi prawdy, choćby dlatego, że w innych miejscach tej rozmowy posługuje się językiem kapitalizmu politycznego zrozumiałym dla nich obu. Na przykład wtedy, gdy ma pretensję do Gudzowatego, że ten przychodził po pomoc nie do niego, a do Kwaśniewskiego i Millera. To język wewnętrzny. Dlaczego mieliby go używać tylko ci dwaj ludzie - będąc jakąś wyspą zła w morzu dobra i bezinteresowności.

Jedną myśl Najsztuba wyrażoną w studiu TVN 24 warto poprzeć: to wszystko, co usłyszeliśmy, jest surowym materiałem, który trzeba teraz weryfikować. Tyle że krzyki wyciszaczy (taki mały paradoks - wyciszanie jest często bardzo hałaśliwe) wcale w tej weryfikacji nie pomaga. Bo teraz każde podążanie za interesami Kwaśniewskiego czy innych osób obecnych na taśmie będzie przedstawiane jako dalszy ciąg politycznych szykan. Skoro Oleksy z definicji nic ważnego nie powiedział - nie ma czego sprawdzać.

Niezależnie zaś od sukcesów czy porażek w dziele tego sprawdzania, rozmowa Oleksego z Gudzowatym jest znakomitym materiałem badawczym dla socjologów polityki. I znakomitym źródłem wiedzy o atmosferze panującej na postkomunistycznej lewicy dla komentatorów. Marcin Wojciechowski napisał na łamach Wyborczej, że wszyscy zostaliśmy tymi rewelacjami obryzgani.

Nie obwieszczał tego, gdy poznawaliśmy brzydką polityczną kuchnię relacji PiS - Samoobrona. Obryzgane było tylko PiS. Ja się obryzgany nie czułem wtedy i nie czuję teraz. Więc niech gazeta Adama Michnika nie wyciera sobie twarzy w moim imieniu.