Ja z kolei w naszej publicznej rozmowie dostrzegam co najmniej dwie wysoce niepokojące postawy. Każda niepokoi inaczej i każda wymaga odrębnej krytyki. Jedną nazwałbym postawą wojownika, drugą, zdecydowanie mniej groźną - postawą nieobecnego. Pierwsza sprowadza się do przekonania, że w sporach publicznych chodzi o ostateczne pokonanie, zdominowanie przeciwnika i zmuszenie pozostałych rozmówców do wstydliwego milczenia. Druga postawa polega na unikaniu rozmowy, zabawie w Musilowskiego człowieka (formację) bez właściwości.
Odbieranie głosu
Pokonać przeciwnika można, spychając każdą, nawet nieco krytycznie nastawioną osobę na pozycję skrajną, nazywając ją osobą niegodną, zakłamaną, odbierając jej wszelkie moralne cechy uprawniające do zabierania głosu. Prawo do krytyki odbierają dzisiaj swoim polemistom zarówno przeciwnicy lustracji, jak i zwolennicy poprawiania konstytucji w imię całkowitego zakazu aborcji. Rozumowanie przeciwników lustracji jest w sumie proste: każdy, kto jej broni, broni tym samym kultury szantażu politycznego, tworzy klimat strachu, łamie prawa człowieka, a więc podważa kulturę demokratyczną. Analogicznie rozumują LPR-owcy. Każdy, kto krytykuje proponowane zmiany w konstytucji, jest w istocie niegodny miana katolika, przeciwny narodowej tradycji, popiera zabijanie nienarodzonych, czyli jest osobnikiem etycznie nie do zaakceptowania. Jego głos nie może się zatem liczyć w publicznej debacie.
Zarówno antylustratorzy, jak i antyaborcjoniści tworzą fałszywe kryteria podziałów - ten, kto jest nawet za ograniczoną lustracją, rzekomo chce wprowadzić na trwałe strach do życia publicznego; ten, kto nie chce zmian w konstytucji nawet wówczas, gdy popiera dotychczas obowiązującą ustawę antyaborcyjną, wybiera cywilizację śmierci. Panowie Jacek Żakowski i Roman Giertych (by wskazać tylko osoby ostatnio wyjątkowo medialnie aktywne) tworzą dla swoich antagonistów ten sam rodzaj językowej pułapki i zadają im podobny rodzaj rany. Obu autorom i ideologom może wszak chodzić o to samo, a mianowicie o polaryzację sceny publicznej. O to, bym jako zwolennik nawet ograniczonej formy lustracji (głosujący zresztą w Sejmie przeciwko obowiązującej ustawie) i tak był natychmiast utożsamiany z obecną koalicją rządzącą oraz jej szczerą niezgodą na teorię Darwina.
Rewolucja radykałów
Nasi radykałowie są typowymi rewolucjonistami, którzy wierzą w zasadę: kto nie z nami, ten przeciw nam. Wielu ulega tego rodzaju retoryce, ponieważ jedni (postawieni w kłopotliwej sytuacji liderzy PiS) nie chcą pozostawać w kręgu podejrzeń o sprzyjanie postawom antykatolickim, inni nie chcą być posądzani o to, że mają jakiś problem z prawami człowieka. Fatalne są też dodatkowe manipulacje. Postkomuniści kwestionują potrzebę poznawania biografii peerelowskiego establishmentu w imię ochrony liberalnie pomyślanej prywatności, z kolei LPR-owcy powołując się na konieczność ochrony życia poczętego, będą realizować swoją antyeuropejską politykę.
Przy tym radykalizm prawicy jest oczywiście na rękę co bardziej zawziętym politykom lewicy i na odwrót. Wobec tak skrajnie pomyślanej przez LPR kampanii przeciw aborcji, homoseksualizmowi, zdrowemu rozsądkowi, liberalizmowi - SLD może występować właśnie jako partia umiarkowana, spokojna, która broni nas przed prawicowym szaleństwem. Postkomuniści mogą udawać, że są centrystami. Z kolei wobec radykalnych antylustratorów nawet mocna prawica przedstawia się jako w miarę rozsądny partner.
Ofiarą rozbudzonych namiętności jest zawsze centrum, które nie ma dobrych i mocnych jak kotwica argumentów. Politycy o umiarkowanych poglądach, nawet jeśli stoi za nimi największe społeczne poparcie, popadają we władztwo strony biernej. Centrum musi się użalać nad swoim losem, bo traci zdolność tworzenia własnego języka, a nie czując się dobrze w żadnym, trwożliwie milknie.
Pochwała niekonsekwencji
Ale kłopot z tego rodzaju radykalnymi postawami ma jeszcze jeden wymiar. Radykalizacja prowadzi do zakwestionowania reguł rozmowy liberalnej. Można powiedzieć, że nasza kultura rozmowy, paradoksalnie, polega na pochwale niekonsekwencji (któż pamięta świetny esej Leszka Kołakowskiego właśnie pod tym tytułem), na udzieleniu sobie swoistego rodzaju prawa do swobodnego, a więc niespodziewanego w swoich konkluzjach myślenia. W tej rozmowie nie spójność poglądów bywa wartością, ale roztropność, nie tyle ich ogólność, abstrakcyjność, ile umiejętność dostrzegania tego, co niepowtarzalne, konkretne. Co to w praktyce oznacza?
Gdy ktoś krytykuje lustrację, a w szczególności ustawę w skrócie nazywaną lustracyjną, przyjętą przez obecny parlament, nie musi od razu nazywać każdej formy lustracji polowaniem na czarownice, niszczeniem ludzi. Powinien uznać, że pewne grupy zawodowe muszą być poddane skrupulatniejszej weryfikacji, np. wyżsi oficerowie wszelkich służb, liczne osoby mające dostęp do zastrzeżonych informacji, politycy, wyżsi urzędnicy państwowi i samorządowi, część prawników, być może właśnie dziennikarze, historycy właśnie wtedy, gdy zajmują się problematyką lustracyjną. A w takiej sytuacji nie można już mówić: lustracja albo wolność, lustracja albo prawo, ale zastanawiać się nad skalą i sposobem jej przeprowadzenia.
Tak samo rzecz się ma z aborcją. Nieliczna grupa radykałów powiada, że wszelka aborcja powinna być zakazana. Większość katolików zapewne nie chce obecnych zapisów ustawowych wyostrzać. Tymczasem Radio Maryja próbuje wymusić na swoich opowiedzenie się po ich stronie (albo jesteś za naszą wersją zapisów, albo nie jesteś katolikiem), a zarazem wszelkich krytyków niezależnie od argumentów, stylu, tożsamości ideowej czyni takimi samymi lekko zdemonizowanymi wrogami.
Wojna o język
Radykałowie chcą panować nad językiem publicznym, a panować nad językiem to dzielić scenę polityczną, polityków, tworzyć tożsamości obozów, ludzi i im narzucać własne poglądy. Władza nad językiem bywa równie dojmująca jak władza nad narzędziami przemocy. Ma do tego jedną jeszcze straszną cechę. Sprawia, że ludzie muszą się tłumaczyć, jak niegdyś na zebraniach ZMP czy PZPR, z myśli niepomyślanych i idei wręcz sobie nieznanych. Bo jeśli ktoś nie popiera antylustracyjnych fobii, to znaczy że jest za lustracją w każdej postaci. A jak nie, jeśli z kolei ma wątpliwości wobec pewnych rozwiązań ustawy lustracyjnej, to pewnie jest przeciw lustracji, a zatem staje się osobnikiem o wątpliwej reputacji.
Dokładnie tak samo rzecz się miała w 1968 roku, gdy ktoś nie popierał kampanii antysyjonistycznej czy antyrewizjonistycznej i był z góry podejrzewany o to, że ukrywa złe myśli, ma chwiejne poglądy, a więc stawał się niegodny zaufania. Mechanizm postępowania radykałów jest zawsze ten sam bez względu na to, czy przebierają się oni w kostium liberałów, czy są zwykłymi, marnymi ksenofobami.
Kultura liberalna pozostawia nam prawo do wygłaszania czasem zdań "tak, ale" do tego, by zgłaszać wątpliwości, czasem krytykować siebie samego i swoich politycznych kolegów, by odróżniać poszczególne sfery życia. Można najgłębiej wierzyć w Boga, modlić się, medytować nad Pismem, ale nie oznacza to, że mamy wszystkich zmuszać do tego, by z naszej wiary zawsze wyciągano te same, ostateczne wnioski legislacyjne i praktyczne. Pewna ostrożność i delikatność uczuć przystoi nawet osobom o gorących przekonaniach. Pewien dystans między tym co religijne i polityczne jest niezbędny.
Radykalizmu nie da się przeczekać
Jest i drugi niepokojący rodzaj pozornego jedynie uczestnictwa w dyskursie publicznym: przeczekiwanie, udawanie, że nic się nie dzieje. Co może być spowodowane zarówno brakiem poglądów, jak i motywami taktycznymi, nie mówiąc nikomu, nie narażamy się; nikogo być może w ten sposób nie uda się zjednać, ale nikogo też jawnie zniechęcić. Można rzec, tego rodzaju postawa pozwala hulać radykałom.
Gdy ważni politycy i ich formacje milkną, gdy wycofują się ze zbiorowej komunikacji, to nie oznacza, że problemy przestają istnieć, że np. problem lustracji czy raczej problem archiwów pozostawionych przez PRL zaniknie. Lub że da się przeczekać kolejne występy lidera nacjonalistów prowadzące do niszczenia państwa i europejskich standardów prawa. Zwłaszcza że LPR uprawia swoją politykę świadomie i nie napotykając oporu, będzie kwestionować uprawnienia kolejnych grup społecznych (politycznych oponentów nazwanych trockistami czy lewicą, homoseksualistów, osób religijnie indyferentnych...). Będzie też w sposób nieodwracalny tworzyć za granicą tradycjonalistyczno-radykalny obraz polskiej tożsamości.
W ten sposób tego rodzaju osobnikom i formacjom pozostawia się swobodę ekspansji, ale co gorsza, osoby atakowane i poniżane pozostawia same sobie, a innych uczestników publicznej debaty stawia w sytuacji osamotnienia i zagrożenia (na razie tylko) atakami medialnymi, mową opartą na jątrzeniu, hipokryzji, cynizmie.
Milczenie i zabawa w chowanego wtedy, gdy trwają być może głupkowate, ale brutalne spory, oznacza tylko, że najważniejsze partie w istocie wycofują się z polityki, której ważną częścią jest język. Oczywiście, ten czy ów polityk powie, czy napisze, że intelektualiści wyobrażają sobie politykę jako rozmowę, seminarium, a polityka to przecież działanie, ale w ten sposób mówią rzeczy po prostu nietrafne. Tak jak wolności nie sposób oddzielać od solidarności, tak nie można polityki odseparować od rozmowy, od wysiłku szarych komórek. Chyba że politykę sprowadzimy do personalnych rozgrywek i gry o uznanie.
Partyjna odpowiedzialność
Partie polityczne ponoszą odpowiedzialność nie tylko za zbieranie składek członkowskich, sprawne zarządzanie statutowymi organami, ale również za kształt publicznych sporów w Polsce. I w tym sensie mogą ich publiczną obecność rozliczać wszyscy, również osoby z partią niezwiązane czy nawet danej formacji niechętne. O jakości życia publicznego decydują - co oczywiste - zarówno partie u władzy, jak i opozycja, stawiając rządzącym stosowne wymagania. Jeżeli jakaś partia albo nadużywa wojen i konfliktów, czy wręcz - jak PiS - z wywoływania konfliktów czyni zasadę rządzenia, jak i wtedy, gdy partia wycofuje się z prezentacji swoich poglądów i racji, które podobno wspiera, mamy do czynienia z bardzo istotnym elementem kryzysu sceny politycznej.
Politycy i polityka stają się wówczas jeszcze bardziej niezrozumiali, nieistotni dla życia obywateli. I są jeszcze bardziej obcy. Zostają zredukowani do jednego, w sumie technicznego problemu, kto weźmie władzę, natomiast przestaje być ważne dla nich, po co im ta władza, co chcą dzięki niej osiągnąć. Czy biorą ją tylko po to, by odsunąć obecną ekipę, czy może mają jakieś ważne rzeczowe i ideowe racje swego rządzenia?
Teza ta zdaje się być oczywista i tak wiele razy od 1990 roku powtarzana, że właściwie nie wypadałoby już jej powtarzać. Ale dramat polega również na tym, że w ciągu tych kilkunastu lat w dyskursie politycznym stoimy w miejscu i - jak trafnie pisał Rafał Matyja - przerabiamy po raz któryś początek demokratycznego alfabetu.
Nadal toczymy spory o sprawy, które, wydawać by się mogło, już przedyskutowaliśmy: aborcję, lustrację, jakość klasy politycznej i potoczne rozumienie polityki. Tej rozmowy o ważnych sprawach państwa, obecności w Europie, demokracji nie podejmują główni aktorzy polityki. Nie podejmując, obawiam się, wydają nas i siebie na przypadkowe argumenty i koniunkturalne postawy.
Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, publicysta, poseł na Sejm od 2005 z listy PO. Autor głośnej książki Pamięć po komunizmie
Rafał Matyja i Cezary Michalski zwrócili uwagę na słabość naszego politycznego centrum, które nie stara się wytłumaczyć Polakom, dlaczego radykałowie nie powinni przejąć władzy w państwie - pisze w DZIENNIKU Paweł Śpiewak, poseł PO.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama