Po pierwsze, bo w DZIENNIKU wierzymy w wolność słowa. Ale potraktowaną poważnie, nie tak jak w wielu gazetach, gdzie odnaleźć można tylko te poglądy, z którymi redakcja się zgadza. Wolność słowa jest dokładnie czymś innym - jest publikowaniem poglądów, które wydają się zupełnie obce, i z którymi nie sposób się zgodzić. Ale trzeba je poznać, choćby po to, aby nauczyć się na nie odpowiadać. Nie agresją, wyzwiskami czy cenzurą - lepszymi argumentami. A wierzymy, że polski liberalizm, polski kapitalizm, nawet polski antykomunizm - potrafią odpowiedzieć na krytykę Żiżka.

Po drugie, bo cenimy kontestatorów. Jak się żyje w kraju, w którym debatą publiczną rządzi banał, gdzie liderami opinii są z jednej strony fanatyczni rycerze dziwacznie pojmowanego oświecenia, a z drugiej strony pryncypialni strażnicy odwiecznej prawdy i świętego zaścianka, gdzie niemal każdy tekst publicystyczny jest po raz tysięczny wypowiadaną mantrą, jednym słowem - jeśli się żyje nad Wisłą, to uroki myśli niepokornej stają się nie do odparcia.

Po trzecie, bo nie podoba nam się, że ci, którzy kiedyś tak kochali esej Kołakowskiego "Kapłan i błazen" i twierdzili, że zawsze będą się opowiadać po stronie błazna mającego odwagę krytyki wszystkich i wszystkiego, sami dziś są kapłanami. I broniąc kapłańskimi metodami własnego wątłego autorytetu, życie umysłowe Polaków zamienili w pustynię, gdzie tępi się wszystko, co się tylko poruszy.

Po czwarte, zaprosiliśmy Żiżka, bo to włanie my go Polakom pokazaliśmy. To właśnie na łamach "Europy" ukazały się jego pierwsze w Polsce teksty. I na łamach "Europy" broniliśmy "Krytyki Politycznej" odsądzanej w innych mediach od czci i wiary za wydanie "Rewolucji u bram".

Po piąte, bo DZIENNIK nie boi się poglądów. Choćby najdziwniejszych. Nie sądzimy, że czytelnika trzeba chronić przed umysłową infekcją. Że jest zbyt niedojrzały, by zmierzyć się z myśleniem radykalnym. Nigdy nie redagowaliśmy tak naszej gazety. Ani w części poświęconej ideom, ani na kolumnach przedstawiających codzienną polską politykę.

Po szóste, zaprosiliśmy go, bo chcemy zobaczyć miny tych, którzy słuchając Żiżka, będą zatykać uszy z przerażenia. Chcemy usłyszeć lament prostodusznych publicystów, którzy wierzą, że wypełniają wielką misję ochrony Polaków przed niebezpiecznymi ideami i jutro, zamiast podjąć z nim uczciwą dyskusję, sformułują kilka tępych sylogizmów (Żiżek=Lenin=ludobójstwo), z których finezji będą szalenie dumni.

Po siódme, zaprosiliśmy Żiżka, aby pokazać polskiej lewicy, że jej światowy nurt wygląda inaczej. Że myśli o czym innym i żyje czym innym. Że stawia sobie cele szersze niż zachowanie starych postkomunistycznych baronów przy stole i w polityce. A przez lewicowość rozumie coś innego niż mętne uwagi o sprawiedliwości z podręczników marksizmu-leninizmu.

Po ósme, chcemy pokazać, że śmieszna jest nie tylko lewicowość SLD-owskich dinozaurów, ale też niektórych modnych na polskich salonach intelektualistów. Tandetna jest ich nowoczesność, pozorna jest ich otwartość. Patrząc na oryginał myśli lewicowej - w dodatku człowieka, który do głównego nurtu światowej filozofii nie przebił się z Paryża czy Berkeley, ale z Lubljany, z takich samych postkomunistycznych peryferiów jak Polska - nie sposób dostrzec, jak żałosne bywają jej niektóre nadwiślańskie kopie.

Po dziewiąte, myślącym czytelnikom DZIENNIKA i "Europy" próbujemy pokazać, że wybuch rewolucji, o której marzy Żiżek, jest w istocie mało realny. Przynajmniej na razie. A jego radykalizm - bez względu na intencje autora - salonowy. Myśl lewicowa jest dziś w większym dołku, niż się komukolwiek wydaje. Nawet jej najbardziej niezależni liderzy nie są w stanie wyjść poza rolę koncesjonowanego opozycjonisty, jaką wyznacza im późny kapitalizm i liberalna demokracja. Co więcej, wie o tym doskonale sam autor "Rewolucji u bram". Właśnie dlatego prowadzi subtelną grę, nakładając w różnych miejscach różne maski - krwawego leninisty, hollywoodzkiego błazna, zatopionego z subtelnościach psychoanalizy akademickiego myśliciela.

Po dziesiąte, zaprosiliśmy Żiżka do Warszawy z powodów fundamentalnych. Otóż nie może być tak, że monopol na krytykę Zachodu ma mieć Osama bin Laden. Każdy ład polityczny wymaga oceny. Każdy system - nawet o tak ładnych imionach jak "demokracja" i "liberalizm" - wymaga krytyki. Każdy epoka, w której żyje człowiek, stawia sobie podstawowe pytanie - czy udało się nam zbudować najlepszy z możliwych światów? A jeśli nie, to jakie ukryte wady, jakie niesprawiedliwości, jakie napięcia mogą doprowadzić do zagłady naszego świata. Zaprosiliśmy Żiżka, bo jemu przynajmniej chce się na tak postawione pytanie odpowiedzieć.