Konstytucja stanowi, że prezydent zarządza wybory parlamentarne nie później niż 45 dni od momentu przyjęcia przez Sejm uchwały o samorozwiązaniu i skróceniu kadencji.
Gdyby nie doszło do nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu, taka uchwała mogłaby być przyjęta 22 sierpnia. Prezydent mógłby zarządzić wybory 23 sierpnia.
Pozostaje 45 dni na wszystkie konieczne czynności określone przez Państwową Komisję Wyborczą. Możliwe jest dokonanie wszystkich wymaganych kroków nieco szybciej, tak by wybory odbyły się właśnie 30 września.
Wybory są bardzo prawdopodobne również z powodów politycznych. Wydaje mi się, że Prawu i Sprawiedliwości jest na rękę krótka i mocna kampania.
Co prawda partia braci Kaczyńskich jest bardzo odporna na wahania nastrojów wyborczych. Kaprysy sondaży ich nie dotykają. Politycy PiS robią różne dziwne rzeczy, które inną partię już dawno kosztowałyby utratę wielu punktów. Tymczasem notowania Prawa i Sprawiedliwości prawie się nie zmieniają.
Jednak trwanie w takim bezładzie, jaki jest obecnie, prędzej czy później PiS zaszkodzi. Nie wiadomo, co z Samoobroną, będącą w drodze między partią koalicyjną, opozycyjną i prokuraturą.
Nie wiadomo również, co z Ligą Polskich Rodzin - w drodze między urlopem Giertycha a jego dymisją. Nie wiadomo też, jak PiS miałby spełniać w takiej sytuacji dane podczas kampanii obietnice.
Jednocześnie PiS ma bardzo dobre warunki do tego, żeby kampanię poprowadzić mocno i skutecznie. Ma dostęp do potężnych źródeł informacji, ma "resorty siłowe", wpływ na wymiar sprawiedliwości. Myślę, że oskarżenia, jakim mogą być poddani politycy opozycji, będą wykorzystywane bezwzględnie.
Ale to wszystko jest może mniej istotne. Najważniejsze, że PiS ma zdolność narzucania tematyki kampanii wyborczej, czy w ogóle całego dyskursu politycznego, i co za tym idzie - zepchnięcia przeciwników do absolutnej defensywy, do takiej roli, w ktrej wyłącznie odpowiadają na kolejne zarzuty.
W ostatnich wyborach Kaczyńscy zrobili to perfekcyjnie z Platformą Obywatelską, a sztab Lecha Kaczyńskiego zrobił to równie sprawnie z Donaldem Tuskiem. Dlatego właśnie taka krótka kampania, gdzie pojawi się wiele oskarżeń, jakieś mocne sprawy, odpowiednio przedstawione opinii publicznej, mogą być PiS bardzo na rękę. Przeciwnicy mogą nie zdążyć się do nich ustosunkować i będzie po wszystkim.
Cały czas pojawiają się jednak spekulacje, że PiS poszukuje innej większości, licząc np. na rozpad Samoobrony i pozyskanie grupy posłów z innych partii, głównie tzw. posłów dietetycznych. Sądzę jednak, że jest to mało prawdopodobne.
PiS z pewnością nie widzi w tym jakichś dodatkowych korzyści. Nie ma przecież żadnej gwarancji, że nowy układ będzie mniej kłopotliwy niż obecni koalicjanci. Wprost przeciwnie - może się okazać jeszcze bardziej grząskim gruntem.
Pomijając już fakt, że zebranie takiej większości byłoby niezwykle trudne, to jakie miałoby być jej spoiwo? Najprawdopodobniej takie samo jak obecnej koalicji z LPR i Samoobroną - strach mniejszych sojuszników przed przedwczesnymi wyborami i utratą mandatów poselskich i innych stanowisk. Nie ma tu więc żadnej wartości dodanej.
Sądzę, że Jarosław Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę i poważnie nie bierze pod uwagę tego wariantu.
Jeśli chodzi o Platformę Obywatelską, to, delikatnie mówiąc, przestałem wierzyć w zdolności tej partii do kreowania rzeczywistości politycznej.
PO nie potrafiła zagrać roli skutecznej opozycji, liczyła tak naprawdę na to, co podsunie PiS. Nie widzę, żeby w tym wypadku miało być inaczej. Dlatego Platforma raczej zgodzi się na samorozwiązanie Sejmu. Cóż jej pozostało? Czekanie na samowyniszczenie PiS? Na razie sondaże dają PO względną przewagę i partia ta liczy na to, że potwierdzi je głosowanie przy urnach.
Również Samoobrona i LPR mają moim zdaniem interes w jak najszybszych wyborach. Być może nawet największy. Te "przystawki" są zjadane coraz szybciej przez PiS. Mają więc ostatnią szansę na przetrwanie. Szanse zwiększone przez utworzenie LiS-u. Przy urnach wyborczych mogą więc mieć nadzieję na skorzystanie z tzw. efektu nowości i zgarnięciu premii za jedność.
Wydaje mi się, że elektoraty wszystkich ugrupowań oczekiwałyby "zejścia" z tej retoryki wojennej. Mają już dość tego, że polityka w Polsce od ponad roku to nieustanna wojna, kryzysy, afery. Niewiele ma to wspólnego z normalnym rządzeniem, normalną pracą.
Sądzę, mam nadzieję, że już wszyscy politycy zdają sobie z tego sprawę i czują, że prędzej czy później to zaszkodzi im wszystkim. Myślę więc, że wszyscy główni gracze widzą swój interes w jak najszybszych wyborach. Dlatego podniosą rękę za samorozwiązaniem Sejmu.