Ale w sądach pozostało wielu sędziów, którzy kiedyś te telefony odbierali. Grupa "skorumpowanych" w jakiejś mierze nadawała ton, a już na pewno odpowiadała za wizerunek sądownictwa. Krzywdziło to z jednej strony wielu uczciwych pracowników wymiaru sprawiedliwości, a z drugiej powodowało, że Polacy nie szli do sądu po sprawiedliwość, tylko załatwić sprawę lub wybronić się przed tymi, którzy ich zdaniem sobie coś właśnie załatwili.
Bardzo drogie usługi prawnicze i zawalenie sądów sprawami, których nie były w stanie szybko obsłużyć, potęgowało u wielu naszych rodaków poczucie braku opieki prawnej ze strony państwa. Korporacyjny system sądownictwa zabezpieczony nie tylko ustawodawstwem, ale i praktyczną działalnością Trybunału Konstytucyjnego, blokował jakiekolwiek zmiany. Młodych zdolnych prawników ten system nie zachęcał do rewolucyjnych zmian, albo choćby reform na swoim własnym podwórku. Zniechęcały też niskie pensje i brak perspektyw rozwoju.
Niewiele lepiej wyglądała sytuacja prokuratury, czy innych korporacji prawnych. Dalej idące reformy zaszły jedynie wśród notariuszy i komorników, gdzie powiązano efektywność ich pracy z zarobkami. Ale i tu złe rozwiązania ustawodawcy często blokowały wysiłki młodych prawników, chcących wykazać się na swoim polu zawodowym.
Popularność ministra Zbigniewa Ziobry wzięła się przede wszystkim z zapowiadanych zmian w wymiarze sprawiedliwości. Jednak zmiany takie nie są możliwe szybko. O ile protesty przeciwko zmianom widać i słychać było natychmiast, to ich pozytywne skutki odczuwalne będą po latach. Skuteczny opór środowiska prawniczego doprowadził do skarykaturyzowania wielu niezbędnych reform.
Tak stało się np. z pomysłem potanienia usług adwokackich. Najprostszym sposobem na powszechny dostęp do tego typu porad było złamanie systemu korporacyjnego, który ograniczał liczbę usługodawców, a przez to podwyższał ceny. Ten wydawałoby się prosty i zgodny z regułami rynku pomysł został zablokowany przez Trybunał Konstytucyjny. Uzasadnienie decyzji Trybunału pokazywało spory potencjał tego organu do wydawania sądów na podstawie wyobraźni i własnych przekonań. Niekorzystna decyzja Trybunału spowodowała, że Ministerstwo Sprawiedliwości, nie mogąc zwiększyć liczby usługodawców na rynku prawnym, postanowiło ograniczyć ceny usług adwokackich.
Ten pomysł, który był reakcją na fatalne decyzje trzeciej władzy, krytykowany jest nawet przez zwolenników Zbigniewa Ziobry. Być może dotrzymywanie obietnic za wszelką cenę jest w tym wypadku błędem. Ziobro znalazł się w klasycznej pułapce stawianej przed twórcami IV RP: być wiarygodnym politykiem, czy solidnym urzędnikiem. Miarą sukcesu, ale jednocześnie szkodliwości odpowiedzialnej za to opozycji – tej w parlamencie, ale i tej w wymiarze sprawiedliwości – jest to, że taką alternatywę w ogóle stworzono.
Ziobro stanął przed jeszcze jednym problemem, który jest dzisiaj nierozwiązywalny: brak kadr. Nawet tam, gdzie dominuje władza Ministerstwa Sprawiedliwości, czyli w prokuraturze, istniejące ograniczenia i czas niezbędny do przygotowania do zawodu zawężają pole działania do małej grupki najbliższych współpracowników. To rodzi oczywiście zwiększone ryzyko podejmowania błędnych decyzji personalnych, które natychmiast są nagłaśniane przez media.
Ziobro jest kowbojem, który wyszedł na ulicę z gwiazdą szeryfa, błyszczącymi koltami, ale i z niewielka ilością amunicji i poluzowanym spustem. Wyciągając pistolet musi uważać, by ten nie wypalił mu w ręku, raniąc jego i postronnych. Nie daje to wiele czasu na ustrzelenie przeciwnika.
Jako jeden z najbardziej popularnych polityków PiS Ziobro wystawia się za to na pewny strzał ze strony opozycji. Popularność jest dzisiaj paliwem świata mediów i polityki. Wyborcy i media wybaczają błędy, nie lubią natomiast miałkości. Najgorszymi zaś doradcami są ci, którzy tworzą z osób publicznych postacie niekontrowersyjne. W normalnym demokratycznym kraju takie osoby mają szanse być najwyżej cieniami władców. Ziobro nie ma na to ochoty, więc w pewnym sensie sam wybrał sobie swój los.