Dziennikarze mają prawo do pochopnych wniosków, do skrótów myślowych. W ustach dziennikarzy pracujących w pośpiechu, w stresie, często bez chwili na głębszą refleksję, takie stwierdzenia mogą być zrozumiałe. Mój gorący sprzeciw budzą natomiast nieprzemyślane komentarze osób, które z racji tytułów naukowych lub charakteru instytucji, które reprezentują, przedstawiane są w mediach jako eksperci.
Eksperci - pan Andrzej Sadowski, socjolodzy Jadwiga Staniszkis i Ireneusz Krzemiński jako dyżurni komentatorzy bez zapoznania się z faktami, z opisem konkretnej sytuacji, stanu prawnego - "odtrąbili" paraliż państwa. Takie właśnie komentarze utrwalają mechanizmy, z którymi całe życie walczyłem - przerzucania odpowiedzialności osobistej każdego z nas, obywateli, na innych - najlepiej na państwo, na rząd!
Odkąd pamiętam moja wizja państwa jest inna! Państwo ma wspierać obywatela, chronić go, ale nie odbierać mu odpowiedzialności. Nie jestem za państwem, które nas we wszystkim wyręcza. Nie należę do osób, które przerzucają odpowiedzialność za własne błędy na innych, surowo też rozliczam swoich współpracowników i podwładnych. Ale jestem ostatnią osobą, która będzie obwiniała własną instytucję tylko dlatego, że tak… wypada, że komentatorzy za każdy incydent w naszym kraju winią rządzących. To deprawuje Polaków!
Fakty są następujące. Od kwietnia 2004 roku ustawa o wyrobach medycznych (art. 62) nakłada na liczne podmioty obowiązek informowania prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych o zaistniałych incydentach medycznych. Wśród tych podmiotów są producenci, dystrybutorzy, zakłady opieki zdrowotnej. Artykuł 85 mówi z kolei o tym, że za naruszenie obowiązku grozi kara więzienia do jednego roku.
Czy prawo pozostawia jakiekolwiek wątpliwości albo jest złe? Jest jasne, dostosowane do prawa unijnego: wiadomo, kto jest odpowiedzialny, wiadomo w jakiej sytuacji jakie konsekwencje go czekają. Czy personel medyczny, zakład opieki zdrowotnej, dystrybutor lub producent poinformowali prezesa urzędu o tym fakcie? Nie.
Czy ktokolwiek ma wątpliwości, że złamali prawo i popełnili błąd? Tak - mają je nasi eksperci. Bo winne jest państwo, a nie te konkretne osoby. I znowu wszyscy obywatele mogą odetchnąć z ulgą, bo odpowiedzialność za ich brak wiedzy o stanie prawnym i nieodpowiedzialność zostaje przez autorytety przesunięta na polityków. Obywatel nie dopełnił obowiązku? To po prostu "pech"!
Cóż z tego, że eksperci mylą Główny Inspektorat Farmaceutyczny z Urzędem Rejestracji - eksperci prawa znać nie muszą. Tyle że oskarżają osoby, które z aferą strzykawkową nic wspólnego mieć nie mogły. Ekonomista Andrzej Sadowski mówi, zaprzeczając sam sobie, że winny jest monopol państwa, że w mechanizmie rynkowym zatajanie informacji o incydentach medycznych nie byłoby możliwe. Ale to właśnie dystrybutor i uznany w świecie producent działający w warunkach wolnego i bardzo wymagającego rynku nie poinformowali Urzędu Rejestracji, a niewidzialna ręka tegoż rynku informacji o zagrożeniu na biurko prezesa urzędu nie dostarczyła.
Socjolog Ireneusz Krzemiński winnych afery strzykawkowej doszukuje się wśród bliżej nieskonkretyzowanych osób "mianowanych z klucza partyjnego". Nie wiem czy dyrektor szpitala, personel medyczny, dystrybutor czy producent strzykawek należą do jakiejś partii i czy domniemany nepotyzm w obsadzeniu tych stanowisk mógł mieć wpływ na ich brak znajomości prawa, ale w krajach Europy Zachodniej, gdzie takie incydenty się zdarzają, nikt wtedy o przynależności partyjnej nie dyskutuje.
Dla wszystkich jest jasne, że to właśnie działający na wolnym rynku dystrybutor i producent nie dopełnili swoich obowiązków. W Polsce za niezastosowanie się do procedury opisanej prawem ekspert obarcza "ich", tych na górze. W związku z tym producent i dystrybutor mogą spać spokojnie - winny jest minister zdrowia. Jak to się ma do idei państwa obywatelskiego, o którym nasi socjolodzy tak chętnie rozprawiają? Czy socjolog zamiast badania mitów społecznych nie przyczynia się raczej do ich rozpowszechniania?
W trakcie afery corhydronowej uznałem błędy, które leżały po stronie podległej mi administracji, wziąłem na siebie odpowiedzialność i oddałem się do dyspozycji premiera. Uznałem też, że prawo regulujące kwestie przepływu informacji jest złe - poprawiliśmy prawo. Ale teraz mamy zupełnie inną sytuację.
W przypadku afery strzykawkowej prawo precyzyjnie określa obowiązki, pokazuje drogę przekazu komunikatu o zagrożeniu. Niewłaściwie zadziałali konkretni ludzie, niepowiązani z administracją państwa. Podległe mi służby dowiedziały się o problemie po pół roku. Nieprzemyślane komentarze, składając jak zawsze winę na polityków i na gry partyjne, usprawiedliwiają obywateli. W wyniku takiego właśnie podejścia, za sprawą takiej mentalności mamy jeden z najniższych w Europie poziom zgłaszalności incydentów i błędów medycznych!
Czy znajdą się wreszcie odważni eksperci, którzy będą chcieli uczyć nas prostej odpowiedzialności za własne postępowanie - bez ciągłego przerzucania jej na barki "onych"?